Mały Wielki Człowiek – Thomas Berger

maly wielki czlowiekNa początku czuję się w obowiązku wyrazić swoje święte oburzenie okładką omawianego wydania Małego Wielkiego Człowieka (Prószyński i S-ka, Warszawa 2015). Potrafię zrozumieć marketingowe zalety okładki, która nawiązując do gorącej filmowej ekranizacji dzieła liczy na większe zainteresowanie tych, którzy z kina dopiero wyszli. Ale w tym przypadku trudno się spodziewać, by wydawca pokładał nadzieję w bazie fanów obrazu, skoro ten swoją premierę miał w 1970 roku. Przecież oni w większości powinni już nie żyć. Potrafię również zrozumieć intencję wydawcy, który zaplanował sobie wydawać kolejne kultowe powieści w „filmowej serii”, ale nie potrafię z kolei dostrzec w tym zamyśle sensu. No bo jak to: kupujesz książkę, a tam na okładce (oraz na grzbiecie!) bezcenna informacja o tym, kto występuje w rolach głównych. Dustin Hoffman, Clint Eastwood, Meryl Streep, Jack Nicholson i inni. W książce grają, normalnie rola życia. Jakby obsada ekranizacji miała być jakimkolwiek argumentem do lektury. Ja wiem, że według niektórych okładka jest akurat najmniej istotna, ale nikt mi nie wmówi, że nie jest ważna i można ją potraktować byle jak – artystycznie na nią zwymiotować i po sobie nie posprzątać. Nie godzi się więc, bo to razi moje poczucie piękna, tak jak fanów motoryzacji obraża prezencja Fiata Multipli. Uf, dobrze, najbardziej bolesne uwagi mamy za sobą, przejdźmy zatem do istoty tego wpisu.

Jeżeli będziesz kiedyś chciał naprawdę dać odpocząć nerwom, to stocz się na samo dno, a będziesz szczęśliwy. Większość naszych problemów pochodzi stąd, że mamy zasady.[1]

Jack Crabb ma 111 lat (jak jakiś hobbit) i zaczyna opowiadać o swoim przebrzmiałym życiu. A jest o czym, bo Jack ma za sobą coś, co w świecie sloganów zwykło się określać barwnym żywotem i akurat w tym przypadku nie będzie krztyny przesady. Jack został w wieku kilkunastu lat rozdzielony z rodziną, a jego ojca zamordowano w dość niecodziennych okolicznościach, bo wskutek niezwykłej komedii omyłek. Dość napisać, że bohater zostaje ostatecznie adoptowany przez plemię Czejenów i w ten sposób – pośród namiotów ze skór bizona oraz obiadów z psiego mięsa – rozpoczyna się Jackowa odyseja po Dzikim Zachodzie. Nie trzeba być asem wróżbiarstwa aby przewidzieć, że białe dziecko nie będzie miało łatwo pośród Indian, ale Jack to dość zaradny chłopak, skoro ostatecznie dożył tych 111 lat. Trzeba dodać, że to nie będzie jedyny raz, gdy ktoś go adoptuje, ale uznajmy, że rozwlekłe skróty fabularne nikogo w tym miejscu nie interesują, więc będzie telegraficznie: Jack zdąży podjąć się wielu zajęć, zwykle mało chwalebnych (hazardzista, szuler i oszust na różne sposoby), pozna parę historycznych postaci (Dziki Bill Hickok, generał Custer), przyłoży się do wyginięcia bizonów, jak również będzie świadkował paru historycznym bitwom (nad Washitą, oraz nad Little Bighorn). To nie wszystko, bo z pewnością o czymś zapomniałem, jednak nie mam pod ręką notatek, więc zostawię tak, jak jest, a Wy weźmiecie pod uwagę, że prawdopodobnie tym akapitem nie wyczerpałem tematu.

Oczywiście nie wszyscy Indianie są brązowi, nie mówiąc już o tym, że żaden nie jest czerwony.[2]

Co najbardziej charakterystyczne dla powieści Bergera, to bez wątpienia jej nie do końca poważny wydźwięk. Owszem, bywa wyjątkowo krwawo, bo takie to czasy, ale również całkiem śmiesznie. Jack i jego umiłowanie do czarnego humoru nadają Małemu Wielkiemu Człowiekowi niezwykłego i rzadko spotykanego szlifu, co postaram się odzwierciedlić w cytowanych fragmentach, choć obawiam się, że suche wycinki mogą nie lśnić pełnią blasku, ale spróbować warto. Bez wątpienia najwięcej ubawu czytelnikowi zapewnią sami Indianie, których określiłbym trochę głupkami, ale w tym czułym sensie. No wiecie – tak jak Krzysiu nazywał Kubusia Puchatka swoim małym głupiutkim misiem. Bez złośliwości i z ochotą, aby głuptasków przytulić. Bo Indianie nie dość, że mają wyjątkowo słabą głowę do alkoholu i upojeni najczęściej wzajemnie się zabijają (a o świcie niczego nie pamiętają i szukają w namiocie towarzysza, któremu wczoraj roztrzaskali twarz toporkiem), to jeszcze muszą nosić dość oryginalne imiona: Skóra ze Starego Szałasu, Opala się na Czerwono, Wpycha Wszystko za Pas, Brud na Nosie, Biały Człowiek go Ściga i – mój faworyt – Żaba Siedząca na Stoku. Sam Jack z racji swojego niezbyt imponującego wzrostu (160 cm, a w butach na obcasie i sombrero – 182 cm) jest określany Małym Wielkim Człowiekiem. Tajemnicę tytułu powieści mamy więc za sobą i nie było zaskoczenia.

Nie mam pojęcia, skąd ci Indianie zrobili się tacy sprytni. Wcześniej napływały raporty o czejeńskich wojownikach, którzy ścigali się z pociągiem i usiłowali złapać go na lasso, i w to można było uwierzyć, bo dziki Indianin nie miał wyobrażenia o masie i rozmiarach. I uznałby, że skoro biały człowiek może jechać taką kupą metalu, to czerwony człowiek może ją złapać na lasso.[3]

To właśnie Indianie zapewniają żywotowi Jacka najwięcej kolorytu i to właśnie na opisach ich codzienności najbardziej zyskuje czytelnik. Nie chciałbym wnikać, na ile w tych opowieściach autentyzmu, a ile autorskiej wyobraźni, ale umówmy się: to powieść przygodowa, nie reportaż, więc każde odchylenie od faktów potraktujmy łaskawie, bo najprawdopodobniej miało nam zapewnić jedynie dodatkową rozrywkę oraz magnetyzm trzymający przy lekturze. I zapewnia, a potwierdzi to każdy, kto przeczyta o robiącym wszystko na odwrót Indianinie (wątek jak z parodii!), czy też o okolicznościach, w jakich przychodzi Indiankom rodzić dzieci (w krzakach, w przerwach między rąbaniem drewna na opał). Rzecz jasna życie Jacka nie toczyło się wyłącznie pośród pachnących „ogniskiem, ziemią, tłuszczem, krwią, potem i pełną dzikością”[4] indiańskich obozowisk, ale to właśnie te fragmenty, w moim odczuciu, mogą się poszczycić największą wartością literacką. Mogę się mylić, ale tak to zapamiętałem.

(…) jako wojownicy Czejenowie lubią być naładowani. Spróbuj kiedyś bić się po tym, jak sobie użyjesz, a zrozumiesz, o co chodzi: będzie ci się tylko chciało spać.[5]

Opowieść Jacka Crabba, który nie może znaleźć sobie miejsca i wytchnienia w świecie pełna jest drobnych wydarzeń, anegdotek i luźnych spostrzeżeń bohatera – nie zawsze porażająco bystrych, ale prawie zawsze zabarwionych na czarno. Więc nie zrozumcie mnie źle, bo to nie jest komedia w czystej formie, a zabawnie jest – owszem – ale tylko do czasu. Najbardziej dobitnie uświadamia nas o tym huczna i krwawa kulminacja nad Little Bighorn. Małemu Wielkiemu Człowiekowi gatunkowo najbliżej chyba do Na Południe od Brazos – tam również nie brakowało humorystycznych akcentów, jednak im dalej w opowieść, tym bardziej stawała się ona bezwzględna i poważna w brzmieniu. Dzieło Bergera to jednak inna (mniejsza) skala rozmachu i niższe wymagania stawiane czytelnikowi, więc na tematyce i zbliżonym rozłożeniu akcentów podobieństwa się kończą. Obie powieści zasługują na przeczytanie, choć gdybym miał wybrać wyłącznie jedną, to bez wahania wskazałbym McMurtry’ego. Na szczęście nikt nie każe mi wybierać, co?


[1] Thomas Berger, Mały Wielki Człowiek, tłum. Lech Jęczmyk, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2015, str. 239
[2] Tamże, str. 14
[3] Tamże, str. 316
[4] Tamże, str. 329
[5] Tamże, str. 152

Reklamy

5 uwag do wpisu “Mały Wielki Człowiek – Thomas Berger

  1. O, ja tydzień temu przeczytałam:) I to obie części, ale nie zachęcam do kontynuacji, to strasznie odgrzewany kotlet, niemal Twarda Podeszwa. I zdecydowanie popieram, że McMurtry lepszy, choć wolę jak w literaturze Indian traktuje Meyer, McCarthy i Crummey – bez lukrowania i white saviorów, po prostu piszą jak było.

    1. No właśnie, Meyerowy „Syn” zawiera w zasadzie bliźniaczy wątek, ale sposób w jaki go podaje jest zupełnie inny. I o ile ja również wolę ten dosadniejszy, mniej przystępny i nieubarwiony przekaz (a McCarthy’ego to w ogóle najchętniej bym adoptował do rodziny i pozwolił spać na kanapie), to jednocześnie nie mogę napisać, że Berger sprawił mi jakąkolwiek przykrość swoim pisarstwem. To był dobrze i przyjemnie spędzony czas.

      1. Pierwsza część Małego była bardzo fajna, też czytało mi się to szybko i z przyjemnym flowem, ale cd można sobie odpuścić, bo jest już baaardzo naciągany fabularnie.

          1. A ja tam wolę jak McMurtry pospołu z Bergerem dorzucają garstkami humor, niż jak McCarthy tylko krrrrrew i mrrrrok i czas apokalipsy. Co nie znaczy, że nie lubię się nurzać w tym apokaliptycznym Pograniczu, pióra tego ostatniego :P

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s