Wojna i terpentyna – Stefan Hertmans

wojna-i-terpentynaTo pewnie wyłącznie moja złuda, ale mam wrażenie jakby od kilku lat świat zaczynał sobie przypominać, że kiedyś miało miejsce tak nieistotne wydarzenie jak I Wojna Światowa. Setna rocznica jej wybuchu była doskonałą okazją, by wreszcie się tym tematem zainteresować, bo wielu Polaków ma wyraźny problem z podaniem choćby przekroju lat, w których trwał konflikt. Na szkolnych lekcjach historii mówi się o nim niewiele, bo nasza ojczyzna była wtenczas rozebrana i w negliżu, więc nie wypadało patrzeć, a co dopiero rozmawiać. Oczywiście I WŚ była przez długi czas ze zrozumiałych przyczyn określana Wielką Wojną, bo nikt się nie spodziewał, że za około dwie dekady przyjdzie jej młodsza, równie okrutna siostra i trzeba będzie zacząć je numerować. Starsza siostra została wyraźnie przyćmiona, choć zupełnie niesłusznie. Ale coś się zmienia, bo o tour de force nazistów powiedziano już najwyraźniej wszystko, aż do znudzenia, tymczasem nieco zapomniana Wielka Wojna może w sobie kryć niewykorzystany potencjał. Wreszcie wychodzą gry dotykające tej tematyki i nie są to wyłącznie strzelanki. I powieści jakby więcej, częściej, lepiej wyróżnionych w katalogach. Tak jak pisałem: to być może moje błędne poczucie, choć zauważam taką prawidłowość dostrzegam na swoich półkach i tej wersji będę się trzymał na torturach. Wojna i terpentyna to jeden z tych tytułów, który w zasadzie przeszedł bez większego echa, a jednak ja zwróciłem na niego uwagę już po przeczytaniu krótkiej notki prasowej. Tylko tyle było trzeba, by mój instynkt zaczął mnie przyjemnie gilgotać z tyłu głowy, wystukując jednocześnie za pomocą sygnałów Morse’a jasny komunikat o treści: CHCE (bo Ę Morse niestety nie przewidział).

Dziadek Stefana Hertmansa przed śmiercią powierzył autorowi swoje osobiste dzienniki, których lektura była dla wnuka impulsem, by poświęcić im powieść. Wojna i terpentyna jest więc w całości o żyjącym w latach 1891-1981 (jego życie nie wydawało się niczym więcej, jak przeskoczeniem przed siebie dwóch cyfr w roczniku[1]) Urbainie – weteranie dwóch wojen i pasjonacie sztuki malarskiej, ale przede wszystkim noszącym chałacik oraz chodaki dziadku autora. Książka dojrzewała w głowie Hertmansa przez trzy dekady, ale w końcu się udało. A to podobno ja mam trudności z zabraniem się do pisania. Autor postanowił przeredagować nieco dzienniki dziadka (bo literacko oraz stylistyką nie imponowały) i połączyć ich treść z własnymi wspomnieniami o tym zdystansowanym, odciętym człowieku. W efekcie czytelnik zostanie uraczony sporą dawką szwendania się po miejscach w jakiś sposób związanych z Urbainem, przywoływaniem nostalgicznych obrazów, kolorów, zapachów i dźwięków, które autorowi jednoznacznie kojarzą się z przodkiem. To wszystko podane w dość emocjonalnym, osobistym, być może nawet miejscami intymnym sosie, więc lubujący się w takich wrażliwościach czytelnicy powinni dać się ponieść lekturze.

Jednak nie zniechęcaj się w tym miejscu, nawet jeśli jesteś twardy jak skała oraz pozbawiony wrażliwości literackiej. Wojna i terpentyna zawiera bowiem na swoich stronach parę udanych fragmentów, które również robota bez uczuć zaintrygują i nawet jeśli nie poruszą jego wrażliwości, to z pewnością czasu poświęconego na ich lekturę nie uzna za stracony. Choćby fragment dotyczący umierającego pradziadka autora a ojca Urbaina: proces ten opisany jest w przejmujący sposób, bo suchoty już u Dostojewskiego potrafiły robić spore wrażenie na czytelniku i tutaj jest podobnie. Wybaczcie, że zdradzam ten wątek, ale jest dość oczywisty – chyba nie spodziewaliście się, że człowiek urodzony w połowie dziewiętnastego wieku nadal trzyma się w dobrej formie? A jeśli kogoś nie kręci umieranie, to może opis pracy w fabryce żelatyny dogodzi jego gustom literackim. O tym wątku już więcej nie zdradzę, ale w moim notatniku widnieje na ten temat krótki komentarz o treści: wow.

W ten sposób żyjemy tu na swego rodzaju sądzie bożym bez Boga.[2]

Aż wreszcie przychodzi moment, by powieść uzasadniła swój pierwszy człon tytułu i Urbain trafia na front Wielkiej Wojny. Autor poświęca temu wydarzeniu obszerną część książki, a obraz codzienności żołnierzy wygląda tak, jak można było się spodziewać: to nie spacer w parku i wizyta u babci na pączkach. Te fragmenty i opisy wojny pozycyjnej z pewnością z spodobają się fanom Na Zachodzie bez zmian. Zresztą Hertmans wcale nie kryje się z inspiracjami, bo parokrotnie udaje mu się subtelnie nawiązać do klasyka Remarque’a (a raz mniej subtelnie – w cytacie z dedykacji). A dziadek Urbain? Cóż, jego imponujące wyczyny na froncie najlepiej mógłby skomentować Bolec: „a co on jest, kurwa, Robocop?” (Chłopaki nie płaczą).

Co do drugiego członu tytułu, to nawiązuje on do malarskiej pasji Urbaina. Ni mniej, ni więcej. Temat ten niestrudzenie przewija się przez całą treść powieści, więc nie sposób go przegapić, ale nie wiem, co mógłbym w tym miejscu dodać. W takim razie nie dodam nic.

Tam gdzie teraz ani jeden listek żadnej rośliny nie jest naruszony, korzenie rosną głęboko w ziemi, która jest żyzna i tłusta od dziwnego nawozu zwanego człowiekiem, przyjaznego dla biotopu materiału, który łatwo przekształca się w próchnicę.[3]

Wojna i terpentyna ma swoje słabsze momenty, gdy zaczyna niebezpiecznie wiać nudą. Fragmenty dotyczące tła politycznego oraz niektórych miejsc nie wnoszą do historii zupełnie nic, poza szczyptą monotonii. Znacznie lepiej na ich tle wypadają opisy życia codziennego podane bez nadęcia, w nieco nostalgiczny sposób. Niechciana monotonia wkrada się również w krótkich fragmentach w wątek frontowy, ale to jestem akurat w stanie wybaczyć, bo tak samo monotonne mogły być kolejne dni spędzone w zabłoconych okopach, gdzie żołnierze byli najpierw przez dowództwo upijani, a potem wysyłani na linię strzału. Mam również wrażenie, że Hertmans nieco idealizuje swojego dziadka i choć – owszem – dostrzega jego wady, to jednak przypomina to krytykę szczeniaczka: co prawda nasikał mi do kapcia, ale zobacz jaki jest słodziuchny. Będąc uczciwym przyznam, że po około stu stronach nadszedł kryzys i rozważałem porzucenie lektury. Jednak łaskawie podarowałem jej kolejne sto stron ostatniej szansy i poskutkowało. Nie żałuję, choć nie jest to perełka, na którą ja i mój instynkt po cichu liczyliśmy.


[1] Stefan Hertmans, Wojna i terpentyna, tłum. Alicja Oczko, wyd. Marginesy, Warszawa 2015, str. 19
[2] Tamże, str. 278
[3] Tamże, str. 399

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s