Wojna i terpentyna – Stefan Hertmans

wojna-i-terpentynaTo pewnie wyłącznie moja złuda, ale mam wrażenie jakby od kilku lat świat zaczynał sobie przypominać, że kiedyś miało miejsce tak nieistotne wydarzenie jak I Wojna Światowa. Setna rocznica jej wybuchu była doskonałą okazją, by wreszcie się tym tematem zainteresować, bo wielu Polaków ma wyraźny problem z podaniem choćby przekroju lat, w których trwał konflikt. Na szkolnych lekcjach historii mówi się o nim niewiele, bo nasza ojczyzna była wtenczas rozebrana i w negliżu, więc nie wypadało patrzeć, a co dopiero rozmawiać. Oczywiście I WŚ była przez długi czas ze zrozumiałych przyczyn określana Wielką Wojną, bo nikt się nie spodziewał, że za około dwie dekady przyjdzie jej młodsza, równie okrutna siostra i trzeba będzie zacząć je numerować. Starsza siostra została wyraźnie przyćmiona, choć zupełnie niesłusznie. Ale coś się zmienia, bo o tour de force nazistów powiedziano już najwyraźniej wszystko, aż do znudzenia, tymczasem nieco zapomniana Wielka Wojna może w sobie kryć niewykorzystany potencjał. Wreszcie wychodzą gry dotykające tej tematyki i nie są to wyłącznie strzelanki. I powieści jakby więcej, częściej, lepiej wyróżnionych w katalogach. Tak jak pisałem: to być może moje błędne poczucie, choć zauważam taką prawidłowość dostrzegam na swoich półkach i tej wersji będę się trzymał na torturach. Wojna i terpentyna to jeden z tych tytułów, który w zasadzie przeszedł bez większego echa, a jednak ja zwróciłem na niego uwagę już po przeczytaniu krótkiej notki prasowej. Tylko tyle było trzeba, by mój instynkt zaczął mnie przyjemnie gilgotać z tyłu głowy, wystukując jednocześnie za pomocą sygnałów Morse’a jasny komunikat o treści: CHCE (bo Ę Morse niestety nie przewidział).

Czytaj dalej „Wojna i terpentyna – Stefan Hertmans”

Szczygieł – Donna Tartt

szczygielMiędzy innymi Hemingway, Steinbeck, Faulkner, Philip Roth i teraz Donna Tartt. To znaczy nie teraz, bo już trzy lata temu, ale nie bądźmy tak drobiazgowi. To wszystko zdobywcy Nagrody Pulitzera w kategorii literackiej, więc grono co najmniej zacne, wąsate i brodate, tylko ta Tartt mi jakoś tam nie pasuje, nie tylko w kwestii zarostu. No, ale tak prestiżowego wyróżnienia nie wręczają chyba za nic, więc ten cały Szczygieł musi być piekielnie dobrą powieścią. Nie, przecież nie jestem aż tak naiwny by wierzyć, że jakakolwiek nagroda gwarantuje mi udaną lekturę, choć zaledwie udana byłaby w takim przypadku porażką, bo od laureatki Pulitzera wręcz wypada oczekiwać więcej. I w sumie sobie myślę, że takie przyznawanie nagród literackich to fajna fucha, bo konsekwencji ze złego wyboru prawie żadnych, a w razie krytyki zawsze można się zasłonić jakimiś żelaznymi formułkami w rodzaju „literacki głos pokolenia”, „uniwersalna opowieść o dojrzewaniu”, „mistrzowsko poprowadzona intryga” i trwać przy swoim, bo w końcu wszystko i tak sprowadzi się do gustów. Nam się podoba, innym nie musi. Psy poszczekają, karawana pojedzie dalej, a za rok i tak będzie głośno o kolejnym Pulitzerze, więc w sumie szkoda ryja strzępić. Ale tutaj ja rozdaję wyróżnienia i w razie porażki to ja będę się chował za oklepanymi sloganami, choć nie jestem najzręczniejszy w szermierce nimi. A Szczygłowi nagrody bym nie dał, mimo że nie dysponuję żadną. Ale nawet gdybym dysponował, to i tak bym nie dał. I handluj z tym.

Czytaj dalej „Szczygieł – Donna Tartt”

Ścieżki północy – Richard Flanagan

Sciezki polnocyMoże na początek – dla rozgrzewki – mała ciekawostka. Tę powieść Flanagan tworzył przez 12 lat. Wniosek z tego taki, że trochę się z tym pisaniem ociągał, bo Ścieżki północy nie są dziełem ani opasłym, ani jakoś misternie skonstruowanym i nie za bardzo widzę tutaj powody, by rzeźbić ją przez ponad dekadę. Ale z drugiej strony: co ja tam mogę wiedzieć o pisaniu powieści, skoro nawet nad napisaniem wstępu do tej notki potrafię się głowić przez godzinę. Dlatego dwunastoletni cykl powstawania (a może powinienem napisać „wytyczania”, hehe, rozumiecie?) Ścieżek północy kwalifikuję w kategoriach ciekawostek a nie wad. To musi być dziwne uczucie – poświęcić swojemu dziełu tyle czasu oraz uwagi, by inni mogli je przeczytać w trzy wieczory, odstawić na półkę mrucząc przy tym do siebie: no fajne, fajne, ale ciekawe co dzisiaj zjem na obiad. Podła, niewdzięczna dola pisarza! Flanagan przynajmniej został doceniony nagrodą Bookera (2014) i może liczyć na to, że za pięć lat ktoś przy przeglądaniu listy laureatów nadal będzie pamiętał o jego powieści i być może po nią sięgnie, ale co z tysiącami innych autorów, o których nikt się nie dowie? Wszystkie te lata psu w dupę? Najwyraźniej Flanagan może się mimo wszystko uznawać za szczęściarza, a jeśli dodam do tego informację, że Ścieżki północy bardzo, ale to bardzo mi się podobały, to autor pewnie pęknie z radości.

Czytaj dalej „Ścieżki północy – Richard Flanagan”

Przeklęci – Chuck Palahniuk

przekleciNo ale Chuck, z tymi tytułami to mógłbyś się bardziej wysilić. Opętani, potępieni, teraz przeklęci, a co w kolejce? Może jacyś napiętnowani, albo nawiedzeni i jak nic trzeba będzie wzywać egzorcystę. Kiedy grubo ponad trzy lata temu spisywałem wrażenia z lektury Potępionych nie do końca chciało mi się wierzyć, że powstanie jej kontynuacja. Zakończenie niby dosyć wyraźnie to sugerowało, ale przecież jeszcze nie gwarantowało. A tu proszę – mamy dalszy ciąg losów nastoletniej Madison, której nie dane będzie dorosnąć, bo nie żyje. Nie powiem, żeby ukazanie się tej książki jakoś szczególnie podgrzało mój czytelniczy głód, bo choć zwykle interesuje mnie wszystko co wypluwa z siebie Palahniuk, to tym razem zabrakło z mojej strony jakiegoś entuzjazmu i zaintrygowania – tego miłego dreszczu oczekiwania i niepewności o czym będzie następna powieść. W przypadku tej książki było z grubsza wiadomo, czego można się spodziewać, mimo to Chuckowi udało się mnie w jakimś stopniu zaskoczyć. I jeśli tematem Potępionych była autorska wizja wizyty w Piekle, to Przeklęci zabierają nas na spacer po czymś w rodzaju Czyśćca – strefie zawieszonej między Niebem a Piekłem, a prościej mówiąc – wracamy na Ziemię.

Czytaj dalej „Przeklęci – Chuck Palahniuk”

Kąpiąc lwa – Jonathan Carroll

kapiac_lwa_okladkaTrochę z własnego doświadczenia, trochę z przeczytanych zapowiedzi wnioskuję, że Jonathan Carroll specjalizuje się w literaturze, nazwijmy to, fantastycznej. Zwykle tworzy on w oparciu o nasz rzeczywisty świat, ale ubarwia go elementami paranormalnymi – równoległymi światami, demonami, podróżami w czasie, czwartym wymiarem, tajemnymi mocami, którymi dysponują jedynie wybrańcy – słowem: atrakcjami, których na co dzień nie dostrzegam, ale ja to zazwyczaj nawet znajomych na ulicy nie poznaję, a to przecież nie znaczy, że ich tam nie ma, prawda? Przy wymyślaniu tego rodzaju intryg od autora wymagana jest co prawda ponadprzeciętna wyobraźnia, ale konwencja wybacza też sporo nieścisłości logicznych, w przypadku których rozstrzygającym wytłumaczeniem ich istnienia jest argument BO TAK. Taki urok, trzeba mu się w jakimś stopniu poddać, a bycie uległym nie zawsze przychodzi z łatwością. Szczególnie jeśli na scenę teatru zdarzeń wkraczają takie dziwy jak gadające krzesło, które przemawia wyłącznie do kobiet i czerwona słonica, która jest słonicą i jest czerwona. To raptem dwa przykłady z brzegu i to takie mniej znaczące, więc przed ewentualną lekturą książki spuśćcie ze smyczy realizm, niech sobie gdzieś pobiega, nie będzie nam potrzebny. Aha, tytułowa kąpiel lwa ma znaczenie czysto metaforyczne, więc żadne zwierzę nie ucierpiało. Przy okazji będąc już w temacie, to ponoć jedynymi przedstawicielami z rodziny kotowatych, które potrafią pływać są tygrysy. Tak gdzieś i kiedyś przeczytałem, ale nie chce mi się tego weryfikować, więc fajnie, gdybyście uwierzyli na słowo.

Czytaj dalej „Kąpiąc lwa – Jonathan Carroll”

Wszystko, co lśni – Eleanor Catton

Catton_Wszystko co lsni_mZeszłoroczne jury nagrody Bookera już wyraziło swoją opinię o powieści Catton. Efekt był mniej więcej taki, że mająca wtenczas 28 lat Nowozelandka została najmłodszą laureatką w historii tego wyróżnienia, a fakt, że Wszystko, co lśni (mające w oryginale 832 strony) jest najbardziej obszerną książką wśród nagrodzonych uważam za niewart wspomnienia. Bo jakie to ma znaczenie? Chyba tylko takie, że niektórzy musieliby wziąć urlop, by przeczytać tę powieść w zadowalającym czasie. Poza tym egzemplarz w przeciętnej damskiej torebce się raczej nie zmieści, więc nici z czytania w poczekalni do czegokolwiek i kogokolwiek. Mnie takie papierowe kolosy podniecają, taki już mój fetysz (jedyny, o którym nie boję się tutaj pisać), że aż sparafrazuję popularne powiedzenie każdego fana puszystości: kochanych kartek nigdy za wiele. Polskie wydanie powieści jest lepsze, bo ma sto stron więcej (pycha!) i grzbiet tak imponujący, że tytuł książki mieści się na nim wszerz, zamiast tradycyjnie wzdłuż. Zwiastuje to oczywiście długi dystans po przemierzenia literacko, może niekoniecznie od razu maraton, ale – powiedzmy – takie 5000 metrów, które w zupełności wystarczy, by na mecie (zakładając, że w ogóle tam dotrzemy) wypluć płuca i jeszcze kilka innych organów wewnętrznych. No, ale skoro rozgrzewkę mamy już za sobą, to proszę o zajęcie miejsc na linii startowej. Ty, chuda na końcu, nie rozpychaj się, co ty sobie wyobrażasz?

Czytaj dalej „Wszystko, co lśni – Eleanor Catton”

Tylko seks – Zygmunt Gołąb

Tylko-seksI nikt mi nie powie, że tytuł nie jest ważny. Dziwnym zbiegiem okoliczności nagle się okazuje, że wszyscy chcieliby ode mnie pożyczyć tę książkę i ją przeczytać. Stają przed moimi regałami, krytycznym okiem przyglądają się licznym powieściowym grzbietom, a ja siedzę i milcząco przyglądam się im przyglądającym się. Myślę sobie: jest tam tyle wartościowych książek, klasyków literatury, zabawnych powieści, polecanych przeze mnie, ogólnie cenionych, ale i tak założę się sam ze sobą, że wybiorą Tylko seks (ewentualnie Terapię narodu za pomocą seksu grupowego, ale to może znaczyć, że są zainteresowani seksem grupowym, a do tego nie każdy jest gotowy się przyznać). Mówią głośno do mnie: o, to mnie interesuje! i ich palec wskazujący jak rakieta startuje przed siebie po czym spoczywa na szczycie grzbietu książki i przechyla ją, a pozostałe palce wyrywają tom z uporządkowanego szeregu. Ja nie muszę patrzeć, bo już wiem, że oni z zaciekawieniem oglądają Tylko seks z każdej strony, czytają notkę wydawnictwa, kartkują strony. Czasem pytają mnie: fajne to?, na co ja robię skwaszoną minę i im odpowiadam, że słabe, że ramota, że daj spokój, ale ja się nie znam, więc pewnie ci się spodoba. Zachęceni moją rekomendacją machają mi okładką książki i mówią: to ja sobie pożyczę, na co ja im odpowiadam: okej, ale za dwa miesiące, bo jest już kolejka.

Czytaj dalej „Tylko seks – Zygmunt Gołąb”