Dziesiąty grudnia – George Saunders

10-grudniaPisałem o tym już parokrotnie, ale gdyby ktoś nadal nie zauważył to oznajmiam ponownie, że opowiadania nie należą do mojego ulubionego gatunku literackiego. W zasadzie to nawet ich nie lubię i omiatam je jedynie wzrokiem podczas przeglądania nowości wydawniczych. Po prostu jakiś czas temu uznałem, że ze względu na ich krótką formę czytanie nie sprawia mi takiej przyjemności, bo zazwyczaj długo „wchodzę” w lekturę. A w przypadku opowiadań to wygląda tak, że kiedy już uda mi się zaangażować, to zaraz następuje koniec, zaczynamy nowe opowiadanie, a ty czytelniku wczuwaj się od nowa. Znacie to uczucie, gdy na dyskotece leci utwór, który wam się podoba, czujecie jego rytm, rozumiecie słowa, zaczynacie odpowiednio się poruszać, wchodzić w taneczny trans, a wtedy ten kutas w słuchawkach zwany didżejem robi wyciszenie i puszcza jakąś diskopolową abominację muzyki, gawiedź robi głośne ŁUUUU!, bo wreszcie leci coś, co doskonale znają, a wasz taniec robota przestaje mieć rację bytu i musicie wszystkie ruchy komponować od nowa? Nie znacie? Ja też nie, bo żaden ze mnie lew parkietu, a dyskoteki są zbyt głośne i nie w moim guście. Nie chcę ich w ten sposób krytykować oraz negować sensu ich istnienia, bo wielu ludzi uwielbia synchronicznie wywijać kończynami w rytm muzyki, ale po prostu osobiście źle się z nimi czuję. I podobnie jest z literackim gatunkiem zwanym opowiadaniami.

Czytaj dalej „Dziesiąty grudnia – George Saunders”

Reklamy

Ptak dobrego Boga – McBride James

ptak-dobrego-bogaChodzi o dzięcioła. Tytułowym ptakiem jest dzięcioł. Od razu i z całą mocą chciałbym zaznaczyć, że nie jest to tajemnica fabularna i nie opiera się na tej wiedzy żaden zwrot akcji. Więc jeśli ktokolwiek pomyślał oburzony: no pięknie, teraz nie ma już sensu czytać tej książki, skoro wiem o dzięciole, dzięki ty bucu, to się myli. To znaczy – kwestię czy jest sens czytać Ptaka dobrego Boga dopiero poruszymy i – mam nadzieję – ustalimy fakty, ale świadomość, że chodzi o dzięcioła nie ma tutaj nic do rzeczy. Więc sam albo sama jesteś bucem. A czy teraz, kiedy już wzajemne grzeczności mamy za sobą, możemy się wreszcie zająć książką? Tak? Dziękuję. Bo Ptak dobrego Boga rzekomo narobił sporego zamieszania w Stanach, ale niestety nie mogę tego osobiście potwierdzić, ponieważ nie było mnie przy tym. Jednak wspaniałomyślnie załóżmy, że scenariusz to dość prawdopodobny, bowiem powieść McBride’a fabularnie umiejscowiona jest w ciekawym czasie tuż u schyłku niewolnictwa, a nie trzeba chyba nikomu uzmysławiać jak burzliwy to był etap w historii Stanów. W 1854 roku w Kansas rozgorzała wtedy krwawa wojna domowa między abolicjonistami a zwolennikami niewolnictwa, bo argumenty słowne przestały już do kogokolwiek przemawiać („Murzyn też człowiek i swoją godność ma” kontra „bawełna z pola sama się nie zbierze”). Metody walki zaostrzały się więc z miesiąca na miesiąc, a jednym z głównych autorów zamieszania był wtenczas niejaki John Brown – białas, który postawił sobie za cel uwolnić wszystkich Murzynów, nawet jeśli ci nie chcieli być uwalniani. Stary Brown bywał w swoich działaniach subtelny niczym lewatywa z napalmu, a wszelkie dyskusje ze zwolennikami niewolnictwa preferował ucinać szybko, najlepiej pałaszem.

Czytaj dalej „Ptak dobrego Boga – McBride James”

Ludzka rzecz – Paweł Potoroczyn

ludzka-rzeczUmknął mi gdzieś ten debiut, a przecież nie powinien. Nie słyszałem, ani nie czytałem o Ludzkiej rzeczy aż do czasu, gdy ktoś, kiedyś, w jakimś komentarzu mnie na powieść Pawła Potoroczyna pokierował. Wybacz Dobra Duszo, ale pozostaniesz póki co anonimowa, bo nie przypomnę sobie w tej chwili detali, wszak zapomnieć ludzka rzecz. Dziwi mnie jedynie, że książka ta przekradła się jakoś niezauważona przez mój – i obstawiam, że nie tylko mój – radar. A przecież gdzieś po drodze padła jej udziałem m.in. nominacja do Nike i należało wzmóc czytelniczą czujność, zwrócić uwagę, pozwolić się zainteresować. Jednak pojawiła się jakaś ciemna plama w percepcji, martwy punkt jak w lusterkach wstecznych i zastanawiam się teraz ile tego rodzaju rarytasów mnie ominęło, bo jestem pewien, że nie dopilnowałem wszystkiego. A Ludzka rzecz jest takim właśnie rarytasem, istną delicją wśród powieści i to debiutanckich w dodatku. Piszę o tym już teraz, za nic mając suspens tej opinii i zarzekam się, że nie będzie na koniec żadnych nagłych zwrotów, bo Paweł Potoroczyn stworzył dzieło ze wszech miar świetne, charakterne i choć wydaje się, że po dwóch, trzech latach wszyscy o tym zapomnieli, to jestem pewien, iż nikt nie poczuje się zawiedziony, jeśli dopiero teraz wyciągnie dłonie po Ludzką rzecz.

Czytaj dalej „Ludzka rzecz – Paweł Potoroczyn”

Wojna i terpentyna – Stefan Hertmans

wojna-i-terpentynaTo pewnie wyłącznie moja złuda, ale mam wrażenie jakby od kilku lat świat zaczynał sobie przypominać, że kiedyś miało miejsce tak nieistotne wydarzenie jak I Wojna Światowa. Setna rocznica jej wybuchu była doskonałą okazją, by wreszcie się tym tematem zainteresować, bo wielu Polaków ma wyraźny problem z podaniem choćby przekroju lat, w których trwał konflikt. Na szkolnych lekcjach historii mówi się o nim niewiele, bo nasza ojczyzna była wtenczas rozebrana i w negliżu, więc nie wypadało patrzeć, a co dopiero rozmawiać. Oczywiście I WŚ była przez długi czas ze zrozumiałych przyczyn określana Wielką Wojną, bo nikt się nie spodziewał, że za około dwie dekady przyjdzie jej młodsza, równie okrutna siostra i trzeba będzie zacząć je numerować. Starsza siostra została wyraźnie przyćmiona, choć zupełnie niesłusznie. Ale coś się zmienia, bo o tour de force nazistów powiedziano już najwyraźniej wszystko, aż do znudzenia, tymczasem nieco zapomniana Wielka Wojna może w sobie kryć niewykorzystany potencjał. Wreszcie wychodzą gry dotykające tej tematyki i nie są to wyłącznie strzelanki. I powieści jakby więcej, częściej, lepiej wyróżnionych w katalogach. Tak jak pisałem: to być może moje błędne poczucie, choć zauważam taką prawidłowość dostrzegam na swoich półkach i tej wersji będę się trzymał na torturach. Wojna i terpentyna to jeden z tych tytułów, który w zasadzie przeszedł bez większego echa, a jednak ja zwróciłem na niego uwagę już po przeczytaniu krótkiej notki prasowej. Tylko tyle było trzeba, by mój instynkt zaczął mnie przyjemnie gilgotać z tyłu głowy, wystukując jednocześnie za pomocą sygnałów Morse’a jasny komunikat o treści: CHCE (bo Ę Morse niestety nie przewidział).

Czytaj dalej „Wojna i terpentyna – Stefan Hertmans”

Szczygieł – Donna Tartt

szczygielMiędzy innymi Hemingway, Steinbeck, Faulkner, Philip Roth i teraz Donna Tartt. To znaczy nie teraz, bo już trzy lata temu, ale nie bądźmy tak drobiazgowi. To wszystko zdobywcy Nagrody Pulitzera w kategorii literackiej, więc grono co najmniej zacne, wąsate i brodate, tylko ta Tartt mi jakoś tam nie pasuje, nie tylko w kwestii zarostu. No, ale tak prestiżowego wyróżnienia nie wręczają chyba za nic, więc ten cały Szczygieł musi być piekielnie dobrą powieścią. Nie, przecież nie jestem aż tak naiwny by wierzyć, że jakakolwiek nagroda gwarantuje mi udaną lekturę, choć zaledwie udana byłaby w takim przypadku porażką, bo od laureatki Pulitzera wręcz wypada oczekiwać więcej. I w sumie sobie myślę, że takie przyznawanie nagród literackich to fajna fucha, bo konsekwencji ze złego wyboru prawie żadnych, a w razie krytyki zawsze można się zasłonić jakimiś żelaznymi formułkami w rodzaju „literacki głos pokolenia”, „uniwersalna opowieść o dojrzewaniu”, „mistrzowsko poprowadzona intryga” i trwać przy swoim, bo w końcu wszystko i tak sprowadzi się do gustów. Nam się podoba, innym nie musi. Psy poszczekają, karawana pojedzie dalej, a za rok i tak będzie głośno o kolejnym Pulitzerze, więc w sumie szkoda ryja strzępić. Ale tutaj ja rozdaję wyróżnienia i w razie porażki to ja będę się chował za oklepanymi sloganami, choć nie jestem najzręczniejszy w szermierce nimi. Szczygłowi nagrody bym nie dał, mimo że nie dysponuję żadną. Ale nawet gdybym dysponował, to i tak bym nie dał. I handluj z tym.

Czytaj dalej „Szczygieł – Donna Tartt”

Ścieżki północy – Richard Flanagan

Sciezki polnocyMoże na początek – dla rozgrzewki – mała ciekawostka. Tę powieść Flanagan tworzył przez 12 lat. Wniosek z tego taki, że trochę się z tym pisaniem ociągał, bo Ścieżki północy nie są dziełem ani opasłym, ani jakoś misternie skonstruowanym i nie za bardzo widzę tutaj powody, by rzeźbić ją przez ponad dekadę. Ale z drugiej strony: co ja tam mogę wiedzieć o pisaniu powieści, skoro nawet nad napisaniem wstępu do tej notki potrafię się głowić przez godzinę. Dlatego dwunastoletni cykl powstawania (a może powinienem napisać „wytyczania”, hehe, rozumiecie?) Ścieżek północy kwalifikuję w kategoriach ciekawostek a nie wad. To musi być dziwne uczucie – poświęcić swojemu dziełu tyle czasu oraz uwagi, by inni mogli je przeczytać w trzy wieczory, odstawić na półkę mrucząc przy tym do siebie: no fajne, fajne, ale ciekawe co dzisiaj zjem na obiad. Podła, niewdzięczna dola pisarza! Flanagan przynajmniej został doceniony nagrodą Bookera (2014) i może liczyć na to, że za pięć lat ktoś przy przeglądaniu listy laureatów nadal będzie pamiętał o jego powieści i być może po nią sięgnie, ale co z tysiącami innych autorów, o których nikt się nie dowie? Wszystkie te lata psu w dupę? Najwyraźniej Flanagan może się mimo wszystko uznawać za szczęściarza, a jeśli dodam do tego informację, że Ścieżki północy bardzo, ale to bardzo mi się podobały, to autor pewnie pęknie z radości.

Czytaj dalej „Ścieżki północy – Richard Flanagan”

Przeklęci – Chuck Palahniuk

przekleciNo ale Chuck, z tymi tytułami to mógłbyś się bardziej wysilić. Opętani, potępieni, teraz przeklęci, a co w kolejce? Może jacyś napiętnowani, albo nawiedzeni i jak nic trzeba będzie wzywać egzorcystę. Kiedy grubo ponad trzy lata temu spisywałem wrażenia z lektury Potępionych nie do końca chciało mi się wierzyć, że powstanie jej kontynuacja. Zakończenie niby dosyć wyraźnie to sugerowało, ale przecież jeszcze nie gwarantowało. A tu proszę – mamy dalszy ciąg losów nastoletniej Madison, której nie dane będzie dorosnąć, bo nie żyje. Nie powiem, żeby ukazanie się tej książki jakoś szczególnie podgrzało mój czytelniczy głód, bo choć zwykle interesuje mnie wszystko co wypluwa z siebie Palahniuk, to tym razem zabrakło z mojej strony jakiegoś entuzjazmu i zaintrygowania – tego miłego dreszczu oczekiwania i niepewności o czym będzie następna powieść. W przypadku tej książki było z grubsza wiadomo, czego można się spodziewać, mimo to Chuckowi udało się mnie w jakimś stopniu zaskoczyć. I jeśli tematem Potępionych była autorska wizja wizyty w Piekle, to Przeklęci zabierają nas na spacer po czymś w rodzaju Czyśćca – strefie zawieszonej między Niebem a Piekłem, a prościej mówiąc – wracamy na Ziemię.

Czytaj dalej „Przeklęci – Chuck Palahniuk”