Syn – Philipp Meyer

synTrochę mi przykro, że w 2014 roku Syn przegrał rywalizację o nagrodę Pulitzera ze Szczygłem Donny Tartt. Status laureata to dla pisarza i jego dzieła zawsze duża promocja na całym świecie, a mam wrażenie, że tego rodzaju rozgłos by się przydał powieści Meyera. I nie piszę tego z troski o los autora, bo on sobie z pewnością poradzi. Piszę to z myślą o czytelnikach, którzy mogliby wiele zyskać na lekturze Syna, znacznie więcej, niż na przebijaniu się przez dziesiątki niepotrzebnych stron u zbyt rozwleczonej Tartt. No, ale jury przemówiło i chciało inaczej. Dziełu Meyera pozostała więc nagroda pocieszenia w postaci wielu hojnych recenzji, w których krytycy licytują się na wytarte określenia w rodzaju: wielka powieść, mistrzowskie arcydzieło i klasyka literatury amerykańskiej, a do towarzystwa Meyerowi przywołują nazwiska Steinbecka, McCarthy’ego, McMurtry’ego, a nawet Faulknera, bo czemu nie. Oczywiście ja mam zbyt silną psychikę, aby się na te numery nabrać, jednak tym, obok czego nie mogłem przejść obojętnie jest tematyka powieści, bo historie z Pogranicza jeszcze nigdy mnie nie zawiodły, a w kilku przypadkach nawet zachwyciły, głównie za sprawą króla Cormaca Wspaniałego McCarthy’ego. Zbyt wiele w tych terenach i opowieściach wciąż żywego ducha westernu, bym nie czuł się zachęcony.

Czytaj dalej „Syn – Philipp Meyer”

Dziesiąty grudnia – George Saunders

10-grudniaPisałem o tym już parokrotnie, ale gdyby ktoś nadal nie zauważył to oznajmiam ponownie, że opowiadania nie należą do mojego ulubionego gatunku literackiego. W zasadzie to nawet ich nie lubię i omiatam je jedynie wzrokiem podczas przeglądania nowości wydawniczych. Po prostu jakiś czas temu uznałem, że ze względu na ich krótką formę czytanie nie sprawia mi takiej przyjemności, bo zazwyczaj długo „wchodzę” w lekturę. A w przypadku opowiadań to wygląda tak, że kiedy już uda mi się zaangażować, to zaraz następuje koniec, zaczynamy nowe opowiadanie, a ty czytelniku wczuwaj się od nowa. Znacie to uczucie, gdy na dyskotece leci utwór, który wam się podoba, czujecie jego rytm, rozumiecie słowa, zaczynacie odpowiednio się poruszać, wchodzić w taneczny trans, a wtedy ten kutas w słuchawkach zwany didżejem robi wyciszenie i puszcza jakąś diskopolową abominację muzyki, gawiedź robi głośne ŁUUUU!, bo wreszcie leci coś, co doskonale znają, a wasz taniec robota przestaje mieć rację bytu i musicie wszystkie ruchy komponować od nowa? Nie znacie? Ja też nie, bo żaden ze mnie lew parkietu, a dyskoteki są zbyt głośne i nie w moim guście. Nie chcę ich w ten sposób krytykować oraz negować sensu ich istnienia, bo wielu ludzi uwielbia synchronicznie wywijać kończynami w rytm muzyki, ale po prostu osobiście źle się z nimi czuję. I podobnie jest z literackim gatunkiem zwanym opowiadaniami.

Czytaj dalej „Dziesiąty grudnia – George Saunders”

Ptak dobrego Boga – McBride James

ptak-dobrego-bogaChodzi o dzięcioła. Tytułowym ptakiem jest dzięcioł. Od razu i z całą mocą chciałbym zaznaczyć, że nie jest to tajemnica fabularna i nie opiera się na tej wiedzy żaden zwrot akcji. Więc jeśli ktokolwiek pomyślał oburzony: no pięknie, teraz nie ma już sensu czytać tej książki, skoro wiem o dzięciole, dzięki ty bucu, to się myli. To znaczy – kwestię czy jest sens czytać Ptaka dobrego Boga dopiero poruszymy i – mam nadzieję – ustalimy fakty, ale świadomość, że chodzi o dzięcioła nie ma tutaj nic do rzeczy. Więc sam albo sama jesteś bucem. A czy teraz, kiedy już wzajemne grzeczności mamy za sobą, możemy się wreszcie zająć książką? Tak? Dziękuję. Bo Ptak dobrego Boga rzekomo narobił sporego zamieszania w Stanach, ale niestety nie mogę tego osobiście potwierdzić, ponieważ nie było mnie przy tym. Jednak wspaniałomyślnie załóżmy, że scenariusz to dość prawdopodobny, bowiem powieść McBride’a fabularnie umiejscowiona jest w ciekawym czasie tuż u schyłku niewolnictwa, a nie trzeba chyba nikomu uzmysławiać jak burzliwy to był etap w historii Stanów. W 1854 roku w Kansas rozgorzała wtedy krwawa wojna domowa między abolicjonistami a zwolennikami niewolnictwa, bo argumenty słowne przestały już do kogokolwiek przemawiać („Murzyn też człowiek i swoją godność ma” kontra „bawełna z pola sama się nie zbierze”). Metody walki zaostrzały się więc z miesiąca na miesiąc, a jednym z głównych autorów zamieszania był wtenczas niejaki John Brown – białas, który postawił sobie za cel uwolnić wszystkich Murzynów, nawet jeśli ci nie chcieli być uwalniani. Stary Brown bywał w swoich działaniach subtelny niczym lewatywa z napalmu, a wszelkie dyskusje ze zwolennikami niewolnictwa preferował ucinać szybko, najlepiej pałaszem.

Czytaj dalej „Ptak dobrego Boga – McBride James”

Ludzka rzecz – Paweł Potoroczyn

ludzka-rzeczUmknął mi gdzieś ten debiut, a przecież nie powinien. Nie słyszałem, ani nie czytałem o Ludzkiej rzeczy aż do czasu, gdy ktoś, kiedyś, w jakimś komentarzu mnie na powieść Pawła Potoroczyna pokierował. Wybacz Dobra Duszo, ale pozostaniesz póki co anonimowa, bo nie przypomnę sobie w tej chwili detali, wszak zapomnieć ludzka rzecz. Dziwi mnie jedynie, że książka ta przekradła się jakoś niezauważona przez mój – i obstawiam, że nie tylko mój – radar. A przecież gdzieś po drodze padła jej udziałem m.in. nominacja do Nike i należało wzmóc czytelniczą czujność, zwrócić uwagę, pozwolić się zainteresować. Jednak pojawiła się jakaś ciemna plama w percepcji, martwy punkt jak w lusterkach wstecznych i zastanawiam się teraz ile tego rodzaju rarytasów mnie ominęło, bo jestem pewien, że nie dopilnowałem wszystkiego. A Ludzka rzecz jest takim właśnie rarytasem, istną delicją wśród powieści i to debiutanckich w dodatku. Piszę o tym już teraz, za nic mając suspens tej opinii i zarzekam się, że nie będzie na koniec żadnych nagłych zwrotów, bo Paweł Potoroczyn stworzył dzieło ze wszech miar świetne, charakterne i choć wydaje się, że po dwóch, trzech latach wszyscy o tym zapomnieli, to jestem pewien, iż nikt nie poczuje się zawiedziony, jeśli dopiero teraz wyciągnie dłonie po Ludzką rzecz.

Czytaj dalej „Ludzka rzecz – Paweł Potoroczyn”

Wojna i terpentyna – Stefan Hertmans

wojna-i-terpentynaTo pewnie wyłącznie moja złuda, ale mam wrażenie jakby od kilku lat świat zaczynał sobie przypominać, że kiedyś miało miejsce tak nieistotne wydarzenie jak I Wojna Światowa. Setna rocznica jej wybuchu była doskonałą okazją, by wreszcie się tym tematem zainteresować, bo wielu Polaków ma wyraźny problem z podaniem choćby przekroju lat, w których trwał konflikt. Na szkolnych lekcjach historii mówi się o nim niewiele, bo nasza ojczyzna była wtenczas rozebrana i w negliżu, więc nie wypadało patrzeć, a co dopiero rozmawiać. Oczywiście I WŚ była przez długi czas ze zrozumiałych przyczyn określana Wielką Wojną, bo nikt się nie spodziewał, że za około dwie dekady przyjdzie jej młodsza, równie okrutna siostra i trzeba będzie zacząć je numerować. Starsza siostra została wyraźnie przyćmiona, choć zupełnie niesłusznie. Ale coś się zmienia, bo o tour de force nazistów powiedziano już najwyraźniej wszystko, aż do znudzenia, tymczasem nieco zapomniana Wielka Wojna może w sobie kryć niewykorzystany potencjał. Wreszcie wychodzą gry dotykające tej tematyki i nie są to wyłącznie strzelanki. I powieści jakby więcej, częściej, lepiej wyróżnionych w katalogach. Tak jak pisałem: to być może moje błędne poczucie, choć zauważam taką prawidłowość dostrzegam na swoich półkach i tej wersji będę się trzymał na torturach. Wojna i terpentyna to jeden z tych tytułów, który w zasadzie przeszedł bez większego echa, a jednak ja zwróciłem na niego uwagę już po przeczytaniu krótkiej notki prasowej. Tylko tyle było trzeba, by mój instynkt zaczął mnie przyjemnie gilgotać z tyłu głowy, wystukując jednocześnie za pomocą sygnałów Morse’a jasny komunikat o treści: CHCE (bo Ę Morse niestety nie przewidział).

Czytaj dalej „Wojna i terpentyna – Stefan Hertmans”

Szczygieł – Donna Tartt

szczygielMiędzy innymi Hemingway, Steinbeck, Faulkner, Philip Roth i teraz Donna Tartt. To znaczy nie teraz, bo już trzy lata temu, ale nie bądźmy tak drobiazgowi. To wszystko zdobywcy Nagrody Pulitzera w kategorii literackiej, więc grono co najmniej zacne, wąsate i brodate, tylko ta Tartt mi jakoś tam nie pasuje, nie tylko w kwestii zarostu. No, ale tak prestiżowego wyróżnienia nie wręczają chyba za nic, więc ten cały Szczygieł musi być piekielnie dobrą powieścią. Nie, przecież nie jestem aż tak naiwny by wierzyć, że jakakolwiek nagroda gwarantuje mi udaną lekturę, choć zaledwie udana byłaby w takim przypadku porażką, bo od laureatki Pulitzera wręcz wypada oczekiwać więcej. I w sumie sobie myślę, że takie przyznawanie nagród literackich to fajna fucha, bo konsekwencji ze złego wyboru prawie żadnych, a w razie krytyki zawsze można się zasłonić jakimiś żelaznymi formułkami w rodzaju „literacki głos pokolenia”, „uniwersalna opowieść o dojrzewaniu”, „mistrzowsko poprowadzona intryga” i trwać przy swoim, bo w końcu wszystko i tak sprowadzi się do gustów. Nam się podoba, innym nie musi. Psy poszczekają, karawana pojedzie dalej, a za rok i tak będzie głośno o kolejnym Pulitzerze, więc w sumie szkoda ryja strzępić. Ale tutaj ja rozdaję wyróżnienia i w razie porażki to ja będę się chował za oklepanymi sloganami, choć nie jestem najzręczniejszy w szermierce nimi. Szczygłowi nagrody bym nie dał, mimo że nie dysponuję żadną. Ale nawet gdybym dysponował, to i tak bym nie dał. I handluj z tym.

Czytaj dalej „Szczygieł – Donna Tartt”

Ścieżki północy – Richard Flanagan

Sciezki polnocyMoże na początek – dla rozgrzewki – mała ciekawostka. Tę powieść Flanagan tworzył przez 12 lat. Wniosek z tego taki, że trochę się z tym pisaniem ociągał, bo Ścieżki północy nie są dziełem ani opasłym, ani jakoś misternie skonstruowanym i nie za bardzo widzę tutaj powody, by rzeźbić ją przez ponad dekadę. Ale z drugiej strony: co ja tam mogę wiedzieć o pisaniu powieści, skoro nawet nad napisaniem wstępu do tej notki potrafię się głowić przez godzinę. Dlatego dwunastoletni cykl powstawania (a może powinienem napisać „wytyczania”, hehe, rozumiecie?) Ścieżek północy kwalifikuję w kategoriach ciekawostek a nie wad. To musi być dziwne uczucie – poświęcić swojemu dziełu tyle czasu oraz uwagi, by inni mogli je przeczytać w trzy wieczory, odstawić na półkę mrucząc przy tym do siebie: no fajne, fajne, ale ciekawe co dzisiaj zjem na obiad. Podła, niewdzięczna dola pisarza! Flanagan przynajmniej został doceniony nagrodą Bookera (2014) i może liczyć na to, że za pięć lat ktoś przy przeglądaniu listy laureatów nadal będzie pamiętał o jego powieści i być może po nią sięgnie, ale co z tysiącami innych autorów, o których nikt się nie dowie? Wszystkie te lata psu w dupę? Najwyraźniej Flanagan może się mimo wszystko uznawać za szczęściarza, a jeśli dodam do tego informację, że Ścieżki północy bardzo, ale to bardzo mi się podobały, to autor pewnie pęknie z radości.

Czytaj dalej „Ścieżki północy – Richard Flanagan”

Przeklęci – Chuck Palahniuk

przekleciNo ale Chuck, z tymi tytułami to mógłbyś się bardziej wysilić. Opętani, potępieni, teraz przeklęci, a co w kolejce? Może jacyś napiętnowani, albo nawiedzeni i jak nic trzeba będzie wzywać egzorcystę. Kiedy grubo ponad trzy lata temu spisywałem wrażenia z lektury Potępionych nie do końca chciało mi się wierzyć, że powstanie jej kontynuacja. Zakończenie niby dosyć wyraźnie to sugerowało, ale przecież jeszcze nie gwarantowało. A tu proszę – mamy dalszy ciąg losów nastoletniej Madison, której nie dane będzie dorosnąć, bo nie żyje. Nie powiem, żeby ukazanie się tej książki jakoś szczególnie podgrzało mój czytelniczy głód, bo choć zwykle interesuje mnie wszystko co wypluwa z siebie Palahniuk, to tym razem zabrakło z mojej strony jakiegoś entuzjazmu i zaintrygowania – tego miłego dreszczu oczekiwania i niepewności o czym będzie następna powieść. W przypadku tej książki było z grubsza wiadomo, czego można się spodziewać, mimo to Chuckowi udało się mnie w jakimś stopniu zaskoczyć. I jeśli tematem Potępionych była autorska wizja wizyty w Piekle, to Przeklęci zabierają nas na spacer po czymś w rodzaju Czyśćca – strefie zawieszonej między Niebem a Piekłem, a prościej mówiąc – wracamy na Ziemię.

Czytaj dalej „Przeklęci – Chuck Palahniuk”

Kąpiąc lwa – Jonathan Carroll

kapiac_lwa_okladkaTrochę z własnego doświadczenia, trochę z przeczytanych zapowiedzi wnioskuję, że Jonathan Carroll specjalizuje się w literaturze, nazwijmy to, fantastycznej. Zwykle tworzy on w oparciu o nasz rzeczywisty świat, ale ubarwia go elementami paranormalnymi – równoległymi światami, demonami, podróżami w czasie, czwartym wymiarem, tajemnymi mocami, którymi dysponują jedynie wybrańcy – słowem: atrakcjami, których na co dzień nie dostrzegam, ale ja to zazwyczaj nawet znajomych na ulicy nie poznaję, a to przecież nie znaczy, że ich tam nie ma, prawda? Przy wymyślaniu tego rodzaju intryg od autora wymagana jest co prawda ponadprzeciętna wyobraźnia, ale konwencja wybacza też sporo nieścisłości logicznych, w przypadku których rozstrzygającym wytłumaczeniem ich istnienia jest argument BO TAK. Taki urok, trzeba mu się w jakimś stopniu poddać, a bycie uległym nie zawsze przychodzi z łatwością. Szczególnie jeśli na scenę teatru zdarzeń wkraczają takie dziwy jak gadające krzesło, które przemawia wyłącznie do kobiet i czerwona słonica, która jest słonicą i jest czerwona. To raptem dwa przykłady z brzegu i to takie mniej znaczące, więc przed ewentualną lekturą książki spuśćcie ze smyczy realizm, niech sobie gdzieś pobiega, nie będzie nam potrzebny. Aha, tytułowa kąpiel lwa ma znaczenie czysto metaforyczne, więc żadne zwierzę nie ucierpiało. Przy okazji będąc już w temacie, to ponoć jedynymi przedstawicielami z rodziny kotowatych, które potrafią pływać są tygrysy. Tak gdzieś i kiedyś przeczytałem, ale nie chce mi się tego weryfikować, więc fajnie, gdybyście uwierzyli na słowo.

Czytaj dalej „Kąpiąc lwa – Jonathan Carroll”

Wszystko, co lśni – Eleanor Catton

Catton_Wszystko co lsni_mZeszłoroczne jury nagrody Bookera już wyraziło swoją opinię o powieści Catton. Efekt był mniej więcej taki, że mająca wtenczas 28 lat Nowozelandka została najmłodszą laureatką w historii tego wyróżnienia, a fakt, że Wszystko, co lśni (mające w oryginale 832 strony) jest najbardziej obszerną książką wśród nagrodzonych uważam za niewart wspomnienia. Bo jakie to ma znaczenie? Chyba tylko takie, że niektórzy musieliby wziąć urlop, by przeczytać tę powieść w zadowalającym czasie. Poza tym egzemplarz w przeciętnej damskiej torebce się raczej nie zmieści, więc nici z czytania w poczekalni do czegokolwiek i kogokolwiek. Mnie takie papierowe kolosy podniecają, taki już mój fetysz (jedyny, o którym nie boję się tutaj pisać), że aż sparafrazuję popularne powiedzenie każdego fana puszystości: kochanych kartek nigdy za wiele. Polskie wydanie powieści jest lepsze, bo ma sto stron więcej (pycha!) i grzbiet tak imponujący, że tytuł książki mieści się na nim wszerz, zamiast tradycyjnie wzdłuż. Zwiastuje to oczywiście długi dystans po przemierzenia literacko, może niekoniecznie od razu maraton, ale – powiedzmy – takie 5000 metrów, które w zupełności wystarczy, by na mecie (zakładając, że w ogóle tam dotrzemy) wypluć płuca i jeszcze kilka innych organów wewnętrznych. No, ale skoro rozgrzewkę mamy już za sobą, to proszę o zajęcie miejsc na linii startowej. Ty, chuda na końcu, nie rozpychaj się, co ty sobie wyobrażasz?

Czytaj dalej „Wszystko, co lśni – Eleanor Catton”

Tylko seks – Zygmunt Gołąb

Tylko-seksI nikt mi nie powie, że tytuł nie jest ważny. Dziwnym zbiegiem okoliczności nagle się okazuje, że wszyscy chcieliby ode mnie pożyczyć tę książkę i ją przeczytać. Stają przed moimi regałami, krytycznym okiem przyglądają się licznym powieściowym grzbietom, a ja siedzę i milcząco przyglądam się im przyglądającym się. Myślę sobie: jest tam tyle wartościowych książek, klasyków literatury, zabawnych powieści, polecanych przeze mnie, ogólnie cenionych, ale i tak założę się sam ze sobą, że wybiorą Tylko seks (ewentualnie Terapię narodu za pomocą seksu grupowego, ale to może znaczyć, że są zainteresowani seksem grupowym, a do tego nie każdy jest gotowy się przyznać). Mówią głośno do mnie: o, to mnie interesuje! i ich palec wskazujący jak rakieta startuje przed siebie po czym spoczywa na szczycie grzbietu książki i przechyla ją, a pozostałe palce wyrywają tom z uporządkowanego szeregu. Ja nie muszę patrzeć, bo już wiem, że oni z zaciekawieniem oglądają Tylko seks z każdej strony, czytają notkę wydawnictwa, kartkują strony. Czasem pytają mnie: fajne to?, na co ja robię skwaszoną minę i im odpowiadam, że słabe, że ramota, że daj spokój, ale ja się nie znam, więc pewnie ci się spodoba. Zachęceni moją rekomendacją machają mi okładką książki i mówią: to ja sobie pożyczę, na co ja im odpowiadam: okej, ale za dwa miesiące, bo jest już kolejka.

Czytaj dalej „Tylko seks – Zygmunt Gołąb”

Para w ruch – Terry Pratchett

para-w-ruch,big,475141Dawno, dawno temu, w zamierzchłych czasach – gdy Internet był na impulsy i wymagał modemu, który podczas nocnego łączenia tak zgrzytał, mielił i trzeszczał, że budził śpiących domowników – w tych wspaniałych czasach zaliczyłem swój pierwszy raz w Świecie Dysku. Przygotowałem się do tego sumiennie, najpierw orientując się w chronologii serii i ostatecznie kupując w Tesco kieszonkowe wydanie pierwszego tomu. Dodam, że była to jedna z pierwszych książek, które kupiłem z własnej, nieprzymuszonej woli. Dziś czytam trzydziesty piąty tom. Piszę o tym dlatego, by nakreślić, jak ważną rolę w moim oswajaniu się na nowo z literaturą pełnił Terry Pratchett i jego Świat Dysku. Wpisy na tym blogu tego nie odzwierciedlają, bo nie mogą – nie sięgają tak daleko wstecz. Tym samym chciałbym coś ustalić: zadaniem tego wpisu nie jest przekonać świeżego czytelnika do przeczytania Pary w ruch, bo to jakby uczyć się alfabetu od litery R jak rabarbar. Trzydziesty piąty tom to już taki etap, że grono fanów jest solidnie wyselekcjonowane i nie sięgnie po niego przypadkowy Krzysztof (przy okazji przepraszam wszystkich przypadkowych Krzysztofów), więc prawdopodobnie już doskonale wiesz czego chcesz, a mój werdykt niczego w tej kwestii nie zmieni. To trochę takie słowa od fana, dla fanów, z automatu zawężające listę odbiorców, ale z drugiej strony zastanówmy się: czy cykl osiągający trzydziesty piąty tom może być słaby? No jasne, że może. Ale w tym przypadku nie jest.

Czytaj dalej „Para w ruch – Terry Pratchett”

Wszechświat kontra Alex Woods – Gavin Extence

Wszechswiat kontra Alex WoodsKsiążek o ogólnie pojętym dojrzewaniu przeczytałem już tyle, że chyba skończyły mi się anegdotki z własnego życia, którymi mógłbym ubarwić tę opinię, nadając jej tym samym jakiś osobisty szlif. A przynajmniej uległy wyczerpaniu te wspomnienia, którymi miałbym ochotę się podzielić, bo przecież nigdy nie wiadomo kto to czyta. I to wszystko wina pisarzy, że obierają sobie tak oklepany jak dywan na trzepaku temat. A tutaj jeszcze buńczucznie wieszczą na okładce: „Jedna z najlepszych powieści, jakie kiedykolwiek przeczytaliście!”. Przez chwilę, ale tylko przez momencik znów zastanowiłem się, kto pisze te slogany, jednocześnie nadając sobie prawo do tego rodzaju odgórnych założeń, za nic mając indywidualizm czytelników. Później pomyślałem, że nie no, skoro najlepsza, to muszę ją mieć, nie przystoi przecież inaczej. I takim oto sprytnym, bezczelnym od strony marketingowej sposobem na mojej półce stanęła ponoć jedna z najlepszych powieści, jakie kiedykolwiek przeczytałem, zanim jeszcze w ogóle ją przeczytałem. Mój optymizm i wiara w pozytywne rozwiązania wzięły górę i chyba całkiem trafnie pasuje do tej sytuacji jedno z życiowych mott tytułowego Aleksa: liczyłem na najlepsze, byłem przygotowany na najgorsze. W ogóle uważam tę dewizę za niezwykle udaną, chyba poszukiwałem jej od wielu lat i wreszcie jest. A nie jakieś tam carpe diem i wersy wyciągnięte z łzawych piosenek Bryana Adamsa.

Czytaj dalej „Wszechświat kontra Alex Woods – Gavin Extence”

Wiele demonów – Jerzy Pilch

wiele-demonow-jerzy-pilchPonoć bez dotykania pleców nie ma miłości. Według moich zaufanych informatorów, to wycinek z Jerzego Pilcha (wierzę i nie sprawdzam). Co prawda to nie czas, ani miejsce na moje uzewnętrznianie, ale Teoria Pleców jest jedną z tych, które trafiają w sedno i z którymi wręcz nie mogę się nie zgodzić. Zamieszczam ją tutaj, by potwierdzić jej prawdziwość, a dla podkreślenia sytuacji dorzucę obok miniaturkę okładki Wielu demonów – ślicznej nie tylko ze względu na ujęcie. Pozostając przy problematyce miłosnej: nieco bardziej pragmatyczne zdanie na ten temat ma jeden z drugoplanowych bohaterów omawianej powieści – Tomek Holeksa – dla którego uczucie jest wtedy, gdy chce się z kimś być nawet po orgazmie. Tego nie mogę już niestety z taką pewnością siebie potwierdzić i tym samym podpisać się pod stwierdzeniem, ale jeśli kiedyś przypadkowo będę świadkiem orgazmu, to – o ile pamięć i trzeźwość umysłu mnie akurat nie zawiedzie – zapytam. Co ważne, zwolennicy obu teorii znajdą w Wielu demonach coś dla siebie, bo nie brakuje tutaj ani miłości, ani orgazmów, choć to bardzo liche podsumowanie, nie oddające pełni sytuacji, więc nie odbierajcie tego jako wyznacznik. Powieść Pilcha ma zdecydowanie więcej do zaproponowania i nawet jeśli porusza temat szczytowania (zdarza się nawet kobietom), to jednocześnie między wersami przemyca wartości edukacyjne. Bo seks, seksem, ale kochankowie w miłosnym amoku o prezerwatywie pamiętają. A nawet dwóch jednocześnie, dla pewności. Czy to nie urocze i godne pochwalenia?

Czytaj dalej „Wiele demonów – Jerzy Pilch”

Sezon burz – Andrzej Sapkowski

Sezon-burz_(1)Nie chcę wnikać, jakiego rodzaju motywacja stała za powrotem Andrzeja Sapkowskiego do (w teorii martwego) cyklu o Wiedźminie. Naturalnie nie brakuje opinii, że komuś się pieniążki skończyły, ale tego typu założenia pojawiają się zawsze, nie tylko przy literackich powrotach i pasują też zawsze, więc nie sposób traktować ich poważnie, nawet jeśli niosą ze sobą ziarnko prawdy (co z tego?). Znacznie wspanialej brzmi myśl, że Sapkowski najzwyczajniej stęsknił się za Geraltem, że stęsknili się za Geraltem również czytelnicy, a nostalgia wszystkich była ostatnio dodatkowo potęgowana dwiema fantastycznymi grami od CD Projekt RED (chłopaki imponują podejściem do graczy), uznanymi już chyba za dobro narodowe Polaków. Przypominam, że skądinąd znany Donald Tusk wręczył egzemplarz gry Wiedźmin 2: Zabójcy Królów wizytującemu u nas Barackowi Obamie, a ten pewnie do dziś nie może wyjść z szoku z powodu takiej hojności (bo filmowego Wiedźmina z Żebrowskim w roli tytułowej to nie podarowałbym nawet największemu wrogowi, szanujmy się). Może więc popychany kolejnymi tak znaczącymi impulsami Sapkowski pomyślał: w sumie to się trochę nudzę, może zrobię niespodziankę wszystkim fanom i napiszę nowego Wiedźmina, bo co? Osobiście postanowiłem nie kręcić zbytnio nosem, nie boczyć się oraz brać Wiedźmina takim, jaki jest. I choć byłem nieco sceptyczny, stale obniżając oczekiwania, to w gruncie rzeczy nie mam za złe autorowi wskrzeszenia serii, a nawet dominowały myśli, że będzie fajnie. Cała ta sytuacja ma tylko jedną wadę – egzemplarz Sezonu burz ani nie pasuje wizualnie, ani nie mieści mi się do mojego kolekcjonerskiego wydania cyklu. Tak się nie robi, panie Sapkowski!

Czytaj dalej „Sezon burz – Andrzej Sapkowski”

ości – Ignacy Karpowicz

Karpowicz_Osci_m„ości” Karpowicza zapiszą się w annałach historii jako jedna z tych rzadkich powieści, które zdarzyło mi się czytać w miejscu publicznym. Bo nie lubię czytać w miejscach publicznych. W środkach komunikacji trzęsie i telepie, a na domiar złego pasażer/ka obok zagląda dyskretnie co też on tam czyta, pewnie coś wyuzdanego, wygląda na zboczeńca i próbuje kątem oka czytać razem ze mną. A ja podejmuję wyzwanie i przewracam stronę wstecz. Śledzę wzrokiem treść od tyłu, pnę się w górę kartki, potem z drugiej strony i przewracam znów wstecz. A co – kto mi zabroni? A on/ona niech się głowi.
Co tam jeszcze publicznego mamy? Wszelkiego rodzaju poczekalnie i przystanki? Nie, to było dobre w podstawówce, kiedy mus na przerwie przed lekcją polskiego przejrzeć kilkunastostronicową lekturę, której się nie przeczytało w domu, bo lepiej było grać w Zeldę czy Contrę, łamiąc ze złości kolejne dżojpady i biegnąc na bazar po nowe.
Usiadłem więc na ławce w parku, w mało uczęszczanej alejce i zacząłem czytać. Po kwadransie przyjechał wąsaty pan na kosiarce, przywiózł na niej swój obfity brzuch i ochoczo zabrał się do pracy. Nic to, nie przeszkadza mi. Po kolejnych piętnastu minutach przybyła kobieta z dzieckiem w wózku, usiadła na ławce niedaleko mnie i wypuściła tego małego potworka z jego środka lokomocji. A ten jak bąk w butelce – biega, obija się o ławki, potyka o krawężniki, upuszcza lizaka na ziemię, podnosi i zjada, wjeżdża swoim pustym wózkiem w ludzi. O ironio, trafiam w treści książki na adekwatny do mojej sytuacji dialog.

– Myśli pani, że jest upośledzone?
– Nie zdziwiłabym się. W końcu to dziecko. [1]

Wytrzymuję jeszcze pół godziny i się ewakuuję poczytać w spokoju na łóżku.
No, ale dosyć o tym co u mnie. Co tam u Was?

Czytaj dalej „ości – Ignacy Karpowicz”

Książka, którą napisałem, żeby mieć na dziwki i narkotyki – Marek Raczkowski, Magda Żakowska

ksiazka-ktora-napisalem-zeby-miec-na-dziwki-i-narkotyki

Dziękujemy wydawcom. Gdyby nie presja zaliczki, którą nam wypłacili, ta książka nigdy by nie powstała¹.

Oto wstęp godny Marka Raczkowskiego – wieloletniego rysownika „Przekroju”, charakteryzującego się kreską przypominającą artystyczne popisy siedmiolatka i człowieka o, mam wrażenie, wielkim dystansie do samego siebie. Jego twórczość kiedyś regularnie śledziłem na stronie tygodnika, gdzie Raczkowski posiadał nawet własną zakładkę z na bieżąco aktualizowanymi rysunkami, ale przy okazji którejś z kolei rewitalizacji strony kącik gdzieś zaginął, a ja przestałem tam zaglądać. A szkoda, bo okazuje się, że pan Marek (tak, będę co jakiś czas dodawał określenie „pan”, bo czuję, że tak powinno miejscami być) cały czas prężnie działał w swoim fachu i w końcu doszło do tego, że sobie o tym specyficznym rysowniku przypomniałem, choć paradoksalnie nie dzięki rysunkom.
Widząc jego książkę na półce księgarni jeszcze nieco się wahałem, bo przecież to zaledwie wywiad-rzeka, więc przewidywałem niską wartość literacką. Wtedy autor pojawił się w programie Kuby Wojewódzkiego i tam na pierwszy rzut oka również nie prezentował się zachęcająco – senny, małomówny, jakby nieco zawstydzony. Aż w pewnym momencie, ni z tego, ni z owego, swoim zmęczonym głosem od niechcenia, ale też z nutką nieśmiałości wypalił: przeglądam ogłoszenia i anal zdrożał. Zaśmiałem się szczerze i wzruszyłem nagłym przyrostem sympatii do pana Marka  (choć, z drugiej strony, nigdy jej nie brakowało), dostrzegłem urok w jego nienachalnym i naturalnym sposobie bycia, a już następnego dnia trzymałem jego książkę pod pachą. Żeby było go stać na ten anal. Na zdrowie!

Czytaj dalej „Książka, którą napisałem, żeby mieć na dziwki i narkotyki – Marek Raczkowski, Magda Żakowska”