Lampart – Giuseppe Tomasi di Lampedusa

lampartE, no nie wiem. Czytam pobieżnie różne opinie o całym tym Lamparcie i czuję się trochę głupio, bo niektórym czytelnikom chciało się nawet rozebrać tę powieść na części pierwsze, po czym przeanalizować każdy rozdział z osobna: ocenić je pod kątem subtelnych odniesień, pozornie nieistotnych szczegółów i ukrytych znaczeń. Szacuneczek. Na przykład (choć ten akurat sobie wymyśliłem, by uchodzić za zabawniejszego): co miał symbolizować fakt, że jeden z bohaterów zasnął w trakcie monologu pewnego jezuity? Pokoleniową utratę wiary w boskie nauki? Ogólny brak wigoru epoki zmierzającej do upadku, a przynajmniej zapadnięcia w sen, z którego być może już nigdy nie wróci do dawnego blasku? Możliwe, tak, mhm. Ja mimo wszystko jestem na to zbyt prosty i przychylam się do wersji, że jezuita swojego słuchacza najzwyczajniej w świecie zanudził, bo to jak najbardziej prawdopodobne. Ot, po prostu. Nie można nikogo za to winić. Nawet nastolatka na amfetaminie i po sześciu Red Bullach zasnęłaby w takiej sytuacji. Trochę sobie kpię, bo nie jestem szczególnie przekonany co do wyjątkowości tej powieści, choć jednocześnie nikomu nie odmawiam prawa do wielbienia jej. Dostrzegam nawet elementy, które – gdyby tylko padły na bardziej wrażliwy grunt – mogły stać się powodami do zachwytu, ale ja nie mogę być tak czuły dwadzieścia cztery godziny na dobę, więc trochę wyrozumiałości proszę, bo jedynie gąbki nie mają gorszych dni.

Czytaj dalej „Lampart – Giuseppe Tomasi di Lampedusa”

Imię róży – Umberto Eco

imie rozySą książki, które srogo zawodzą czytelnika, bo nie dają mu tego, czego się spodziewał i na co liczył. Są też książki, które miło zaskakują, kiedy to bez większych nadziei, być może nawet z lekkim sceptycyzmem podchodzi się do lektury, a po wszystkim zostaje konkluzja, że było lepiej, niż się wcześniej zakładało. Wreszcie są też książki kropka w kropkę odpowiadające wyobrażeniom i dokładnie takie, jakich się spodziewano. Myślę sobie teraz, że taki uniwersalny (i nie oszukujmy się – mało odkrywczy) podział funkcjonuje w wielu dziedzinach, ale mnie akurat ładnie przypasował do książek, bo przecież o nich staram się pisać. I Imię róży mógłbym przyporządkować do tej trzeciej, najmniej spektakularnej oraz budzącej najmniej emocji grupy powieści, które sprostały oczekiwaniom, ale nic ponadto. Oczywiście chodzi o moje oczekiwania, ale nikogo nie obliguję, by miał takie same, bo ja w ogóle staram się być mało zobowiązujący, choć nie zawsze skutecznie. Bądźmy jednak ze sobą szczerzy: czego można wymagać od książki, w której główne role obsadza zgraja zakapturzonych mnichów? Sam fakt, że nie uśniemy z nudów uważam za sukces, no ale klasyka literatury niby, więc może jednak wydarzy się coś przynajmniej względnie ekscytującego? Byłoby miło ze strony autora. Taką postawę obrałem i choć podczas lektury zdarzały się momenty gorsze oraz lepsze, to zasadniczo nie mogę mieć do Eco żalu, bo nie rozczarował. Że również nie oczarował, to inna para kaloszy.

Czytaj dalej „Imię róży – Umberto Eco”

Zaślubiny Kadmosa z Harmonią – Roberto Calasso

Przyznaję, że do mitologii mam słabość, a opcje grecka i nordycka to moje dwie faworyty. O ile ta druga jest przeze mnie jedynie powierzchownie muśnięta (staram się nadrabiać zaległości i częściej zapraszać ją na randki), o tyle mitologię z Hellady porównałbym do pierwszej szkolnej miłości (bo tam się poznaliśmy) – wspólnego siedzenia w ławce, dzielenia się kanapkami z żółtym serem oraz wzajemnego podpowiadania sobie na kartkówkach. Miłości, która wraz z wejściem w dorosłość nieco już przebrzmiała stłamszona sprawami codziennymi, ale jej wspomnienie nadal budzi we mnie sentymentalnie ciepłe uczucia. Spotykamy się czasem, niby przypadkiem, każdy pędząc w swoją stronę i pomimo upływu lat, ona nadal ma w sobie coś co sprawia, że moje serce bije nie tyle szybciej, co mocniej, niczym taran, zupełnie jakby chciało się wyrwać z klatki piersiowej i wskoczyć jej za dekolt. Za każdym razem ona swobodnie i z naturalną gracją otula mnie swoją magią, baśniowym kręgiem opowieści, i nie chodzi o to, by uwierzyć w snute przez nią historie, o nie, tego ode mnie nie wymaga. Ona chce jedynie, bym się poddał atmosferze legend i podań oraz czerpał przyjemność z samego jej towarzystwa, docenił jej niezaprzeczalną atrakcyjność, inteligencję oraz zagrzał się w cieple jej kobiecości. Nie zaszkodzi też, gdybym postawił jej drinka.

Czytaj dalej „Zaślubiny Kadmosa z Harmonią – Roberto Calasso”

Pinokio – Carlo Collodi

W zasadzie nie znałem bajki o Pinokiu. Owszem, utarło się w mojej świadomości pewne powierzchowne pojęcie, że pajacyk był z drewna, że rósł mu nos kiedy mijał się z prawdą, że chciał stać się chłopcem z krwi i kości. Jednak to wszystko nic w kontekście całości jego historii. Wystarczy wspomnieć, iż najbardziej rozpoznawalny atrybut Pinokia, czyli jego wydłużający się nos – obiekt wyuzdanych i najczęściej suchych jak wiązka chrustu żartów – w samej bajce zasłużył jedynie na niewiele znaczący epizod i okazał się jednym z najmniejszych zmartwień bohatera. To zupełnie zrozumiałe, że jego kształt, w prawie każdym wyobrażeniu nawiązujący do fallusa, nie pozwala przejść obok zagadnienia obojętnie, jednak spróbujmy już do tego nie wracać. Zastanawiające, jak wszystkie najpopularniejsze wizje bajki o Pinokiu (np. ta od Disney’a) potrafią uparcie mijać się z rzeczywistą atmosferą literackiego pierwowzoru. Na podobną ułomność cierpią adaptacje „Piotrusia Pana” i choć w pewnym sensie zabiegi mające na celu ugrzecznić i ubarwić mroczną naturę baśni są zrozumiałe (w końcu odbiorcą jest kilkuletnie dziecko), to jednak szczypta zgrozy i horroru mogłaby jedynie spotęgować doznania, niekoniecznie wywołując przy tym nocne moczenia. A gdyby tak za rogi z Piotrusiem Panem, Pinokiem, czy twórczością Andersena i braci Grimm wziął się Guillermo del Toro? Albo Tim Burton? Tak, to mogłoby widowiskowo wypalić. Wróćmy jednak do meritum.

Czytaj dalej „Pinokio – Carlo Collodi”