Pięćdziesiąt twarzy Greya – E. L. James

Piecdziesiat-twarzy-GreyaDobrze widzisz. Przeczytałem „Pięćdziesiąt twarzy Greya”. Trafił się dogodny moment i okazja, ciekawość zwyciężyła, a teraz już rozlane mleko, poobiednia musztarda i nic nie zmaże tej plamy. Mogę sprzedać swój egzemplarz, z rozpaczą podrzeć go na strzępy, rytualnie spalić wyjąc przy pełni księżyca, ale już zawsze będę tym, który przeczytał „Pięćdziesiąt twarzy Greya”. Skaza na całe życie. Rzecz jasna istnieje też niewielka szansa na to, że podświadomie mocno pragnąłem przeczytać tę książkę, że moje głęboko skrywane perwersyjne ciągoty wzięły górę i zasłaniając się ciekawością odnalazły wreszcie ścieżkę do spełnienia. Ale nie będziemy deliberować nade mną. Abstrahując już od tego, co napiszę poniżej i jakkolwiek sprzecznie to będzie brzmiało – każdemu polecam lekturę „Pięćdziesięciu twarzy Greya”. Przede wszystkim to czyn fenomenalny, że coś tak okropnie napisanego sprzedaje się w pierdylionach egzemplarzy. To może być jedynie zasługa aureoli perwersyjnego seksu, która otacza tę powieść, bo stylistycznie i warsztatowo E. L. James obraża literaturę tak samo mocno, jak Mandaryna podczas swoich występów na żywo brutalnie gwałci uszy słuchaczy. Wygląda więc na to, że wystarczy ckliwy, na wskroś sztampowy romans okrasić scenkami figlarnego seksu (do tego wrócimy, koniecznie!) i już można otwierać szampana, bo nawet talent literacki na poziomie pierwszej klasy gimnazjum (nie obrażając gimnazjalistów) nie przeszkodzi w osiągnięciu sukcesu sprzedażowego. Natomiast brytyjski Amazon ponoć uznał E. L. James za pisarkę wszech czasów, co uważam za wyższą szkołę sarkazmu, bo, umówmy się, nikt nie mógł tego napisać poważnie.

Czytaj dalej „Pięćdziesiąt twarzy Greya – E. L. James”

Dotknięcie pustki – Joe Simpson

dotkniecie pustkiW swoim pełnym niebezpieczeństw życiu zdobyłem kilka wzgórz i zimowych szczytów. Było wzniesienie umiejscowione na dzikich i odludnych terenach za sklepem spożywczym nr 19. Niewielkich rozmiarów, za to na tyle stroma górka, że podczas brawurowego zjeżdżania z niej na sankach można było stracić uzębienie, a nawet życie. Strach pomyśleć, że podczas każdych ferii zimowych setki razy spojrzałem śmierci w oczy. Młodość bywa tak lekkomyślna. Naturalnie była też góra w pobliżu dworca PKS, charakteryzująca się łagodnym stokiem z jednej strony i karkołomną stromizną z pozostałych. Wzgórze z racji kształtów i rozmiarów przez każdego zdobywcę określane „Wielorybem”. Wspinaczka na szczyt trwała kilka minut, ale za to zjazd na „oślej dupie” można było przedłużyć do kilkunastu sekund. Natomiast na klasycznych, dobrze nasmarowanych żelaznych sankach można było komuś połamać nogi, jeśli nierozważnie stanął akurat na drodze.
Śmichy-chichy, ale ostatnio ta wyprawa na Broad Peak – no ten szczyt, na który weszło czterech Polaków, a zeszło już jedynie dwóch – muszę przyznać, że cała ta sytuacja (ta bezwzględność natury) dotknęła moją wrażliwość. Z drugiej, tej paradoksalnej strony jestem przekonany, że gdyby cała wyprawa została zakończona sukcesem, to zapewne nawet nie zwróciłbym uwagi na całe wydarzenie. Bez dramatu nie ma zainteresowania, niestety, ale tak to działa. Pomyślałem wtedy, że przebieg wejścia na Broad Peak to niezły materiał na książkę. W oczekiwaniu na tenże literacki bestseller postanowiłem poszperać w poszukiwaniu czegoś o zbliżonej tematyce. Dużo czasu mi to nie zajęło – poznajcie Joe Simpsona i jego osobisty, niesamowity dramat.

Czytaj dalej „Dotknięcie pustki – Joe Simpson”

Wśród obcych – Jo Walton

wsrod obcychMiałem kiedyś figurki różnych postaci komiksowych: Batmana, Robina, Supermana i innych takich gostków w obcisłych trykotach. Określenie „figurki” było dla mnie zbyt wyszukane, więc nazywałem je „ludzikami”. Mamo, kup mi ludzika. No i bawiłem się tymi ludzikami, a w związku z tym one musiały przechodzić niejedną torturę. Na przykład wkładałem Supermana do pojemniczka, zalewałem wodą i tak zamarynowanego wstawiałem do zamrażalnika. Następnego dnia wyciągałem zahibernowanego superbohatera i umieszczałem w wyimaginowanej fortecy jakiegoś szwarccharakteru. Że niby go pojmał i uwięził. Co ciekawe, w roli tych złych występowały zazwyczaj lalki siostry. Ponieważ wyglądały one mało złowieszczo i jak na mój gust zbyt różowo, przerabiałem je na własną potrzebę przy pomocy mazaków, taśmy klejącej i nożyczek (nie pytajcie…). Batman wraz z Robinem zakradali się do siedziby wroga, staczali z nim zażarty bój o uwolnienie kolegi po fachu. Walka była bezlitosna, zawzięta i długa: ludziki zyskiwały kolejne nowe rany (twarze oraz bicepsy zalane mazakową krwią i sińcami), lalka-arcy wróg traciła kończyny (wyjmowały się), włosy (paliły się) i mutowała (kończyny nie zawsze trafiały na swoje miejsce i czasem były zastępowane widelcem, albo wyrzutnią rakiet zamiast ramienia). Batman wpadał do akwarium z żółwikami, a Robin rzucał mu sznurówkę z przywiązanym na końcu spinaczem biurowym i wyciągał go ze szponów tych morderczych bestii, a jednocześnie – pewnej śmierci. W końcu stojący pod biurkową lampką Superman się rozmrażał (nie przewidziałem, że to potrwa aż tyle czasu), strzelał laserem z oczu, ratował świat od kolejnego zła, a ja wracałem do odrabiania lekcji. I wszyscy żyliby szczęśliwie, gdyby nie siostra i jej niedorzeczne pytanie: „co ty gnojku zrobiłeś z moją lalką?!”.
Dlaczego zdradzam tutaj coś, co powinienem opowiadać na kozetce u psychologa? To mój mały hołd dla wyobraźni dziecka, a wyobraźnia w powieści Jo Walton ma znaczenie nie do przecenienia.

Czytaj dalej „Wśród obcych – Jo Walton”

Poszukiwany Jesse James – Desmond Barry

jesseCiemna, bezksiężycowa noc. Spomiędzy drzew, niczym pojedynczy świetlik wyłania się rozżarzona lampa naftowa, a tuż za nią ludzka sylwetka, bo lampy naftowe z natury nie lewitują i wypadałoby, aby ktoś ją jednak trzymał. Mężczyzna przystaje tuż przy torach kolejowych, odstawia lampę, wchodzi między szyny i przyklęka – kładzie się wręcz – przykładając ucho do zimnej stali. Zamyka oczy i zastyga w bezruchu, czujnie nasłuchując oraz wyczulając zmysły na drżenie tej monstrualnej struny. Przytłumione, ledwie słyszalne: łup, łup, łup, nieuchwytna wibracja. Mężczyzna otwiera oczy i energicznie prostuje sylwetkę. Zgodnie z rozkładem, krzyczy. Ukryci w głębi lasu pozostali mężczyźni gaszą własne lampy, wszyscy naciągają na twarz zawiązane wokół szyi chusty. Ten przy torach pochyla powoli głowę i wpatruje się w coraz wyraźniej drżące pod jego nogami szyny, a kamyki między podkładami zaczynają nieznacznie tańczyć. Mężczyzna podnosi wzrok i wędruje nim wzdłuż dwóch srebrnych nitek, w dal, w węglowy mrok. Kamera podąża za jego spojrzeniem. Pośród czerni słychać monotonne, jednostajne dudnienie, jęk setek ton stali, a daleką ciemność zaczyna rozjaśniać snop coraz bardziej jaskrawego światła. Niepokojąco piękna muzyka Nicka Cave’a i Warrena Ellisa dokłada swoją cegiełkę w budowie atmosfery. Zaczyna się robić coraz jaśniej, jak w dzień, a stopniowo ogarniający całą okolicę oślepiający blask jest szatkowany jedynie przez wątłe drzewa rosnące tuż przy usypisku, rzucające wąskie, ruchome cienie. Pociągowi przypatrują się zahipnotyzowani zamaskowani mężczyźni, a jeden z nich, ten pozostający nadal przy torach, odstawia spokojnie na ziemię ciągle palącą się lampę i – jak w teatrze cieni – na tle reflektora z odległej jeszcze lokomotywy wspina się na stertę pni, bel drewna oraz prawdopodobnie kamieni, które zagradzają dalszą drogę zbliżającemu się stalowemu kolosowi. Mężczyzna ponownie zastyga w wyzywającym bezruchu. Rozlega się pisk, pióropusze iskier eksplodują spod kół. Maszyna zatrzymuje się tuż przed gruzowiskiem, a desperacki wysiłek włożony w wyhamowanie rekompensuje sobie wypluciem obfitej ilości gorącej pary, która natychmiast szczelnie wypełnia cały ekran, pochłania wszystko, wraz z mężczyzną na szczycie bariery – nadal spokojnym i jakby oczekującym. W oddali słychać pierwsze strzały i przytłumione okrzyki. Rozpoczyna się rabunek.

Czytaj dalej „Poszukiwany Jesse James – Desmond Barry”

Długa Ziemia – Terry Pratchett, Stephen Baxter

dlugaziemiaZnowu. Kolejny raz pozwoliłem się skusić nazwisku Pratchetta, co akurat nie jest niczym dziwnym, bo – nie ukrywam – często daję się namówić na jego ciekawe towarzystwo. Tym razem jednak Terry lojalnie zapowiedział, że przyprowadzi ze sobą swojego przyjaciela i zapytał czy nie będę miał nic przeciwko, abyśmy spędzili trochę czasu we trójkę. Powiedziałem mu, że jego przyjaciel jest moim przyjacielem i chętnie go poznam, że kupię więcej alkoholu, zrobię więcej sałatki warzywnej i pochowam wszystkie trzy drogocenne przedmioty przed jego wizytą. Terry podziękował za okazane zaufanie i jeszcze tego samego dnia poznałem jego kolegę. Baxter okazał się znacznie młodszy od Pratchetta, przyszedł w dresie do joggingu i był strasznie gadatliwy. Cóż, będąc szczerym muszę napisać, że nieco mnie zanudził swoim sposobem bycia, schematyzmem i nieudolnymi próbami urozmaicenia nam spotkania. Nie znałem chłopa wcześniej, pewnie się za bardzo zestresował moim (no, i może trochę Terry’ego) zaszczytnym towarzystwem, stąd jego werbalna biegunka pozbawiona charakteru i uroku (a są ludzie, których rzekę bełkotu mogę czytać non stop, co stanowi dowód, że da się). Zerkając kontrolnie co jakiś czas na Pratchetta widziałem na jego twarzy przepraszający grymas i wzrok mówiący: nie wiem co we mnie wstąpiło, że go tutaj przyprowadziłem, to się więcej nie powtórzy. Podsumowując wieczór: miał być ekscytujący trójkąt i noc pełna zmysłowych wrażeń, a wyszła nieudana randka, podczas której zamiast przyjacielskiego seksu przyszło nam (mi i Pratchettowi) doglądać lekko upośledzonego młodszego brata, cierpliwie pomagać mu odrabiać lekcje i oglądać z nim kreskówki. Na pewno łapiesz alegorię – tak właśnie się czułem podczas lektury „Długiej Ziemi”.

Czytaj dalej „Długa Ziemia – Terry Pratchett, Stephen Baxter”

Trzech panów w łódce, nie licząc psa – Jerome K. Jerome

trzech-panow-w-lodce-nie-liczac-psaKtóregoś upalnego lutowego dnia chwaliłaś się przewlekłą chorobą, grypą jakąś. Że chorujesz, ale szykownie i stylowo. Że jesteś na tyle wielozadaniowa, iż możesz mieć kilka chorób jednocześnie. I wtedy wspomniałaś o trzech panach w łódce (niestety pies nie doczekał się Twojej uwagi). Poinformowałaś mnie, że oni, ci panowie, zakupili poradnik medyczny i stwierdzili u siebie wszystkie choroby, poza jedną. Jaką? I pomimo faktu, że w tym miejscu pamięć Cię zawiodła co do jej nazwy, to w samą porę objawiła się Twoja rezolutność i umiejętność improwizacji. Uhonorowałaś wspomnianą chorobą młode pokojówki, które chodzą na roraty i klęczą na zimnej posadzce kościoła, a potem im kolana wysiadają. Tak jakby stare nie chodziły, albo nie klęczały. Teraz natomiast, już po lekturze „Trzech panów w łódce” wiem, że jedyną szczęśliwą dolegliwością, której dżentelmeni u siebie nie stwierdzili było zapalenie kaletki maziowej rzepki i dotyczyło często klęczących sprzątaczek. Skąd w Twojej wersji wzięły się roraty i kościół – nie wiem. Jednak mi zaimponowałaś oraz urzekłaś, znowu. Z drugiej strony, bo zawsze jest druga strona, wspomniany wątek pojawia się już na pierwszych stronach książki, więc nie mam pewności, że przeczytałaś pozostałą jej część. Dlatego postanowiłem Ci o niej szerzej opowiedzieć, byś w przyszłości mogła się pochwalić czymś więcej, niż przeczytaniem początkowych fragmentów „Trzech panów w łódce, nie licząc psa”. Wspaniale z mojej strony, wiem.

Czytaj dalej „Trzech panów w łódce, nie licząc psa – Jerome K. Jerome”

Atlas chmur – David Mitchell

atlas chmurMoje najmilsze wspomnienie z atlasami w roli głównej związane jest z lekcją geografii w szkole. I pomijam już przypadek kolegi, który na mapie Europy nie potrafił wskazać Morza Bałtyckiego, choć było to dosyć krzepiące obserwować, jak zmaga się ze swoją niewiedzą (w przypływie dobrej woli możemy uznać, że zjadła go trema). Nie, chodzi mi raczej o fakt, że te przesympatyczne książeczki z mapami zazwyczaj miały format odpowiedni, by wewnątrz ukryć komiks. Podczas lekcji opierałem się więc wygodnie, atlas unosiłem pod odpowiednim kątem i swobodnie czytałem historie obrazkowe, w których Frank Castle roztrzaskiwał łby nikczemnym bandziorom, albo Peter Parker skakał po ścianach w tym swoim obciachowym kostiumie Spidermana. Ale to tak na marginesie.
Trzeba przyznać, że tytuł powieści Davida Mitchella jest udany. Ma w sobie tę nutkę poezji i tajemnicy, która nurtuje czytelnika i zachęca do sięgnięcia po książkę. Bo trudno wyczuć, do czego się odnosi. Okazuje się jednak, że rozwikłanie sekretu tytułu to najmniej istotny problem, a kolejnych niedopowiedzeń nie zabraknie na przestrzeni całej lektury. Autor postawił sobie bowiem ambitne zadanie, by splątać losy sześciorga bohaterów, których losy są pozornie niesplątywalne (że aż użyję nieistniejącego słowa, bo mogę – to mój blog).

Czytaj dalej „Atlas chmur – David Mitchell”

Ostatni bohater – Terry Pratchett

ostatni bohaterWydrukowana twórczość sir Terry’ego Pratchetta pojawia się w moich dłoniach cyklicznie, choć z wolna wyczerpuje się zapas książek jego autorstwa, których jeszcze nie przeczytałem. Może to i dobrze, bo trochę głupio tak czytać tylko jego powieści (a miałem taki okres). „Ostatni bohater” jeszcze rok temu był swoistym białym krukiem, którego używane egzemplarze na aukcjach internetowych osiągały ceny porównywalne z kwotą, którą trzeba wyłożyć za poobijanego Forda Escorta rocznik 1994 (czyli nieco ponad 100 złotych).  Niedawno ukazało się jednak wznowienie wydania, co ma zarówno swoje wady, jak i zalety. Do minusów należałoby zaliczyć fakt, iż książka utraciła swój wyjątkowy status (przynajmniej na kilka najbliższych lat). Zalet jest więcej, ale zdecydowanie najistotniejszym dobrodziejstwem jest nadarzająca się okazja, bym własnoręcznie mógł molestować książkę lepkimi placami. A przyznaję bez bicia, że każdą kolejną możliwość, by powrócić do arcygenialnego Świata Dysku traktuję jak małe czytelnicze święto. Jestem zauroczony do tego stopnia, że gdybym kiedyś mógł odwiedzić dowolne fikcyjne miejsce, to fenomenalny (choć płaski) świat umieszczony na grzbietach czterech słoni, które z kolei twardo stoją na skorupie Wielkiego Żółwia A’Tuina przemierzającego Wszechświat byłby jednym z pierwszych wyborów. Och, jakie to by było ekscytujące!

Czytaj dalej „Ostatni bohater – Terry Pratchett”

Iggy Pop. Open Up and Bleed – Paul Trynka

iggy popPlan jest taki. Odpalasz YouTube, w wyszukiwarce wpisujesz słowa kluczowe: Stooges i 1970, a następnie w wynikach klikasz na filmik autorstwa mrsugarhotpants, ze względu na najlepszą proponowaną jakość nagrania. Istnieje też drugi plan, roboczo nazwany przeze mnie planem B, w którym to korzystasz z mojej wspaniałomyślnej postawy i klikasz na odpowiedni sznureczek, który sprytnie ukryję pod wyrazem LINK. Na jedno wychodzi, ale niektórzy lubią wyzwania, a inni pielęgnują swoje lenistwo. Niezależnie od wybranego planu podkręcasz głośność i wytrwale wysłuchujesz utworu, zastanawiając się, co ma reprezentować ten chaotyczny łomot oraz desperacki wrzask wokalisty, który najwyraźniej próbuje przekrzyczeć hałas instrumentów. Brudna, gęsta, klaustrofobiczna muzyka, ale kompletnie uodporniona na upływ czasu i po blisko czterdziestu latach nadal posiadająca to COŚ. Tak, uwielbiam ten kawałek. Uwielbiam całą płytę Fun house i regularnie od kilku lat do niej wracam. Perkusja i bas hipnotyzują monotonnym wręcz rytmem, a wyraźne (szczególnie w utworze Dirt) gitarowe riffy, sporadycznie próbują sabotować swoistą harmonię podkładu. O niespodziewanym pojawieniu się saksofonu w utworze 1970 nawet nie wspomnę, bo choć chwilami brzmi on jakby ktoś spuszczał powietrze z nadmuchanego balona (wiecie – tak rozciągając wentyl), to w tym szaleństwie jest metoda i trudno ten wariacki fragment określić inaczej, jak małym dziełem sztuki. Ale, ale! Przecież tam ktoś… chciałbym napisać, że śpiewa, ale to słowo zupełnie nie oddaje natury tych dźwięków. Najtrafniej byłoby to nazwać wrzaskiem, skrzekiem, a nawet szczekaniem. Tak, ktoś szczeka do mikrofonu. A to właśnie Iggy.

Czytaj dalej „Iggy Pop. Open Up and Bleed – Paul Trynka”

Filary ziemi – Ken Follett

Panie i Panowie, mam niezaprzeczalny zaszczyt przedstawić kandydata do tytułu Literackiego Rozczarowania Roku. Nagroda nie jest cenna, nie jest nawet namacalna fizycznie, a wyjątkowy splendor, który się ciągnie za laureatem przypomina niechciane zwłoki i brak pomysłu na pozbycie się ich. Mimo to pretendentów raczej nie zabraknie, a do osamotnionej dotychczas „Czarodziejskiej góry” z hukiem dołączają „Filary ziemi”. Gorące brawa na przywitanie, aplauz. Czytałem wiele kiepskich książek, nie żałuję, bo tylko dzięki temu potrafię później dostrzec książkę dobrą, bardzo dobrą czy też ocierającą się o doskonałość. Po „Filarach ziemi” mogłem jednak spodziewać się udanej lektury, cholera, powinienem nawet! Oceny zachęcająco wysokie, opinie wysoko zachęcające, gatunkowa przynależność (powieść historyczna) z kategorii tych, która może się spodobać każdemu, nawet mnie. Więc dlaczegóż to miałbym oczekiwać zdrady ze strony mojej intuicji? Nikczemnego uderzenia czymś ciężkim (mógłby to być nawet egzemplarz „Filarów ziemi”) w tył mojej głowy, ograbienia mnie z drobniaków (bo z grubym szmalem to raczej ciężko) i pozostawienie nieprzytomnego z prognozowanym bólem głowy. Dzięki Follett. Ale mógł zgwałcić i zabić, więc uznajmy, że nie było tak źle, skoro jednak dobrnąłem do ostatniej kartki. A teraz się poznęcajmy.

Czytaj dalej „Filary ziemi – Ken Follett”

Shōgun – James Clavell

Co z tego, że zdarza mi się Japończyków nazwać „małymi, żółtymi ludzikami”? To z sympatii. Z kolei sympatia ta wynika z podziwu, jakim darzę ten naród o tradycjach, którymi można by obdzielić pięć innych nacji. Poważnie. Ten kraj jest obłędnie fascynujący, nie przestaje mnie zaskakiwać i w pewnych aspektach codzienności nie mogę przestać zazdrościć Japończykom. Największą przyjemność z lektury „Shōguna” czerpałem właśnie z możliwości smakowania egzotycznej natury i kultury Japonii, z poznawania jej wraz z postępami fabuły stanowiącej jedno z największych dokonań w gatunku powieści przygodowej. No i zawsze, ale to zawsze chciałem być wojownikiem ninja. Zamaskowanym, bezszelestnym, bezlitosnym. Co prawda wizerunek tych niezwykle skutecznych zabójców u Clavella nie prezentuje się zbyt chwalebnie (choć wiarygodnie), ale nadal pozostają oni ludzkimi maszynami o żelaznej dyscyplinie i nieugiętej cierpliwości. I nigdy nie nazwałbym ich „małymi, żółtymi ludzikami”, bo w rewanżu prawdopodobnie skręciliby mi kark stopami.

Czytaj dalej „Shōgun – James Clavell”

Niuch – Terry Pratchett

Jak ja się stęskniłem za tym sympatycznym, brodatym starszym panem Pratchettem! Blisko dwa lata kazano mi czekać na kolejny pełnoprawny tom serii o Świecie Dysku i choć w międzyczasie ukazała się powieść „W północ się odzieję”, to jednak należy ona do cyklu dla młodszych czytelników, do których, pomimo najszczerszych chęci, nie potrafię jakoś się zaliczyć. Pozostało mi więc uzbroić się w cierpliwość. Cierpliwość do potęgi, twardszą od stali, diamentu i suchego chleba, kojoną jednak wyrozumiałością pod adresem autora w związku z jego zdrowiem, czy też raczej niedostatkiem tegoż. Lecz odsuńmy na bok nieprzyjemności, wszak oto ukazał się „Niuch”, trzydziesty czwarty tom niepowtarzalnego Świata Dysku, a rzesza spragnionych fanów pognała do księgarni oraz e-księgarni, by jak najszybciej i najczulej móc pieścić dłońmi grzebień jego kartek. I choć grzbiet pierwszego tomu zdążył już na mojej półce nieco wyblaknąć od słońca wpadającego przez okno (pozostałym tomom również się oberwało), to jednak żyję nadzieją, że wraz z Prachettem zdążymy dołożyć na ten regał jeszcze kilka, a może nawet kilkanaście grzbietów. Tymczasem, drżąc z tęsknoty, niezwłocznie zabrałem się za lekturę, błagając samego siebie, by potrwała ona jak najdłużej.

Czytaj dalej „Niuch – Terry Pratchett”

Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg – John le Carré

Wydawnictwo Świat Książki przy okazji tego wydania (Warszawa, 2011) dopuściło się podwójnej zbrodni. Gwałtu z rabunkiem. Gwałt polega na powszechnym, choć znienawidzonym przez czytelników wydaniu książki z okładką nawiązującą do ekranizacji danej powieści. Pal licho okładkę, takie prawa rynku, jestem w tej kwestii wyrozumiały. Gorzej, że pozwolono sobie przy okazji dokonać brutalnej kastracji tytułu powieści. Z uroczego oraz śpiewnego „Druciarza, krawca, żołnierza, szpiega” został sam „Szpieg” – beznadziejnie banalny i kompletnie nieintrygujący. Hańba i profanacja, więc w ramach buntowniczego protestu będę się posługiwał jedynym słusznym tytułem, a co! Musiałem to z siebie wyrzucić, a teraz do rzeczy.
Mam wrażenie, że powieść szpiegowska jest nieco zaniedbana, szczególnie w zestawieniu z kryminałami. Przyznam szczerze, że sam na śmierć zapomniałem o tym gatunku, a przecież posiada on tak charakterystyczne założenia oraz własną, wyraźną tożsamość, która pozwala mu budować napięcie, niekoniecznie angażując w to niewyjaśnione, wyrafinowane morderstwa i kolejne szybko stygnące zwłoki. Nadrabiając gatunkowe zaległości sięgnąłem więc po świeżo zekranizowanego „Druciarza, krawca, żołnierza, szpiega” i zaiskrzyło między nami. Powieść dosłownie pochłonąłem wzrokiem, miętoląc przy lekturze nieświadomie kosmykiem włosów na własnej potylicy – taki nawyk, co zrobić.

Czytaj dalej „Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg – John le Carré”

Jądro ciemności – Joseph Conrad

Czy Joseph Conrad, a właściwie Józef Teodor Konrad Korzeniowski był rasistą? Pewnie sam tego do końca nie wiedział, ale krytycy nie ustają w upartych próbach udowodnienia mu rasizmu. Gdyby autor był mniej martwy, to zapewne nawet by go to zainteresowało, a tak pozostaje nam drążenie mało istotnego już tematu. Rzecz jasna ja nie mam zamiaru tego roztrząsać, ale trzeba przyznać, że „Jądro ciemności” jest w tym kontekście odważną powieścią (nowelką?). Zwolennicy teorii rasistowskiej mają w czym przebierać, bo co jakiś czas trafiamy na fragmenty, w których „czarnuchy” ukazani są w mało imponującym świetle, sprowadzeni do poziomu zaprzęgowego zwierzęcia i tobołka, a ich zwłoki to zwykła padlina. Ten wydźwięk zakłócają jednak chwile, kiedy Conrad dobitnie krytykuje zamysł kolonizacji Czarnego Lądu i wstawia się w obronie zacofanej, dzikiej, ale w żaden sposób nie zasługującej na złe traktowanie ludności. Każda strona sporu ma więc swoje argumenty i tak jak w przypadku dyskusji wierzącego z ateistą – jeden drugiego nie przekona, ale dobrze jest mieć zajęcie, nawet jałowe. Ja już do zagadnienia nie wrócę, bo jestem zdania, że każdy czytelnik ma swój rozum, czy intuicję, która pozwoli mu samodzielnie wyciągnąć wnioski.

Czytaj dalej „Jądro ciemności – Joseph Conrad”

Mechaniczna pomarańcza (wersja R) – Anthony Burgess

Uwielbiam te chwile, kiedy powieść już od pierwszych stron zaczyna mnie intrygować – stylem, słownictwem i zalążkiem klimatu, bo o warstwie fabularnej trudno zazwyczaj na tym etapie cokolwiek powiedzieć. Jeszcze bardziej niezwykłym uczuciem jest, gdy autor powieści bezlitośnie rzuca wyzwanie czytelnikowi i bez szczególnego przygotowania na to, co go czeka – z zaskoczenia jakby – wprowadza go w mocno nieznane realia. Za to uwielbiam Jacka Dukaja i podobnie czułem się przy lekturze „Mechanicznej pomarańczy”. W takich przypadkach dla każdego oczywistym jest, że wraz z upływem stron do umysłu czytelnika zacznie coraz szerszym strumieniem napływać zrozumienie, ale nie każdemu dano tyle cierpliwości. „Mechaniczna pomarańcza” stanowi wyzwanie w warstwie słownictwa, początkowo kompletnie nowego i niezrozumiałego, ledwie uchwytnego jedynie dzięki kontekstowi zdania. Burgess mianowicie, tworząc pewnego rodzaju antyutopię, stworzył także całkowicie nowy żargon (najwyraźniej zauważalna jest inspiracja językami rosyjskim i niemieckim, przede wszystkim), którym posługują się główni bohaterowie (gwara „ślunska” się chowa). Slang kojarzący się z więzienną grypserą tym wyraźniej, że owi bohaterowie charakteryzują się mocno kryminalną mentalnością i postawą.

Czytaj dalej „Mechaniczna pomarańcza (wersja R) – Anthony Burgess”

Synowie boga – M.D. Lachlan

M.D. Lachlan nie istnieje. Zjawisko przybierania sobie pisarskich pseudonimów jest dosyć powszechne. Mark Barrowcliffe, dotychczas szerzej (choć nie tak znowu szeroko, bo ja pierwsze słyszę) znany z powieści spoza nurtu fantastyki, postanowił nieco urozmaicić sobie życie i stworzyć coś w tymże gatunku. Pomysł z pseudonimem wynika z tego, jak sam przyznał, że nie chciał dezorientować czytelników, spodziewających się po „Synach boga” kolejnej ukierunkowanej na komedię powieści. Bardzo altruistyczne z jego strony, ale nie oszukujmy się – w Polsce wszyscy czterej fani jego twórczości jakoś by to przełknęli, więc dla nas nie ma to większego znaczenia. Mając na uwadze wcześniejszy dorobek i zajęcie Lachlana (był z zawodu i jest z natury komikiem), czytelnik mógłby spodziewać się nieco swobodniejszego podejścia do gatunku – kpiącego ze schematów, zabawnego, czasem nawet uderzającego w parodiującą strunę. Tymczasem, borem, lasem, Lachlanowi zachciało się mrocznego fantasy, więc swoją uwagę skierował w stronę mitologii nordyckiej. Posunięcie ze wszech miar słuszne, bo trudno o bardziej posępny i ponury zbiór mitów, niż te z Krajów północnych, przy których greckie oraz rzymskie wydają się baśniowo infantylne (choć sam je uwielbiam i cenię, szczególnie te z Hellady). Wszak bogowi śmierci i zniszczenia – Lokiemu – oraz jego statkowi zbudowanemu z paznokci umarłych, trudno odmówić osobistego uroku, a to zaledwie przykład z ujmująco sympatycznej i zapewne nieco niedocenianej mitologii nordyckiej. Za dobór tematyki Lachlan ma u mnie plusa wielkiego, jak krzyż z Krakowskiego Przedmieścia.

Czytaj dalej „Synowie boga – M.D. Lachlan”

Miasto i miasto – China Miéville

Nagroda Hugo. Nagroda Locusa. Nagroda im. Arthura C. Clarke’a. Nagroda British Science Fiction Association. Nagroda World Fantasy. Nagroda Cybernetycznej Brokuły. Nie wiem czy istnieją na świecie jeszcze jakieś inne nagrody z dziedziny fantastyki (poza wymienionymi powyżej; no dobra – ostatnią wymyśliłem sam), ale China Miéville chyba nie może czuć się niedoceniony – jego „Miasto i miasto” zgarnęło większość znaczących w skali globalnej wyróżnień. Jurorów nie zraziło nawet co najmniej nietuzinkowe imię pisarza. Osobiście byłem swego czasu święcie przekonany, że kryje się pod nim kobieta. Gdy któregoś razu ujrzałem jego zdjęcie na tylnej okładce książki, pomyślałem w pierwszej chwili: „o! to ona jest łysa”. No co? Niewyraźne było, nie moja wina.
Taka tam anegdotka.
Czym bezwłosy Miéville podbił serca członków jury? „Miasto i miasto” należałoby dla potrzeb recenzji podzielić na dwie warstwy. Pierwszą byłaby powłoka kryminalna, bo jakby nie kręcić, to dupa i tak z tyłu, więc inaczej jak thrillerem kryminalnym wprost nie sposób tej powieści nie nazwać. Do oceny tego elementu za moment przejdziemy. Drugą powłoką „Miasta i miasta” jest tytułowe miasto. I drugie tytułowe miasto. Nie nadążasz? Przywyknij, bo przez pierwsze kilkadziesiąt stron samej powieści też prawdopodobnie nie dotrzymasz kroku autorowi. Aż do czasu gdy na pewnej pogodnej stronie, w trakcie któregoś słonecznego akapitu spłynie na Ciebie promień zrozumienia oraz doznasz olśnienia, niczym sarna oślepiona reflektorami nadjeżdżającego samochodu. Nie skończy się boleśnie, bez obaw, ale wyobraźnia zerwie się z łańcucha i na brak pożywki narzekać nie powinna.

Czytaj dalej „Miasto i miasto – China Miéville”

Portret Doriana Graya – Oscar Wilde

Oscar Wilde był postacią bez wątpliwości nietuzinkową. Gardzący męskością, zniewieściały (dziś powiedzielibyśmy, że był metro) biseksualista. Podobno któregoś słonecznego dnia ożenił się z pewną kobietą. Cóż, każdemu może się zdarzyć po pijanemu. Jednak, jak na moje przekrwione oko, była to zaledwie przykrywka i dobra mina do złej, niegrzecznej gry, którą prowadził z kolejnymi kochankami płci męskiej – w swojej sypialni, w klubie, pubie, na kuchennym blacie, czy w kinie w Londynie. W chwilach wolnych od uciech cielesnych był posądzany o pederastię i sodomię. Dla uatrakcyjnienia wizerunku zabrakło jedynie jakiejś spektakularnego zgonu, bo powolne umieranie na łożu śmierci jest dla mięczaków i pozostawia pewien niedosyt po tak burzliwym życiu. Zabrakło kulminacji i finalnego pierdolnięcia w kichy, jak to mawiają rzeźnicy (tak naprawdę to nie mawiają w ten sposób, ale pomyślałem że mogliby, gdyby trochę wyluzowali fartuchy). Ekscentryzm Oscara nie mógł pozostać bez wpływu na jego twórczość – pisał przede wszystkim dramaty i poematy. Gdzieś czytałem (nie pamiętam gdzie, nie każcie mi szukać), że „Portret Doriana Graya” był jego jedyną powieścią. Czy rzeczywiście jedyną – nie wiem, ale z pewnością najbardziej rozpoznawalną i jednocześnie wyśmienitą okazją dla czytelnika do zapoznania się poglądami autora. Wilde w opowieści o atrakcyjnym Dorianie odbił i upchnął wszystko to, co miał nam do przekazania, jeśli więc jesteś ciekawy w jakich odcieniach codzienność dostrzegał ten oryginalny dżentelmen o skłonnościach homo, to uderzaj śmiało.

Czytaj dalej „Portret Doriana Graya – Oscar Wilde”

Folwark zwierzęcy – George Orwell

Były takie zamierzchłe czasy, kiedy w telewizorze mieliśmy zaledwie dwa programy, a ja byłem w wieku gdy cieszyłem się z kolejnej nocy, podczas której udało mi się skontrolować pęcherz na tyle, że rano miałem suchą piżamkę. W owych szczęśliwych czasach emitowano „Polskie zoo”, satyrę na aktualne wydarzenia polityczne, gdzie główne osobistości ówczesnej sfery politycznej przedstawione były w postaci zwierząt. O polityce wtedy wiedziałem tyle, że na pewno nie jest to rodzaj zupy, ani jeden z kierunków świata. Nie przeszkadzało mi to jednak w oglądaniu „Polskiego zoo”, bo były śmieszne kukiełki i równie śmiesznie gadały. Przypomniała mi o tym programie lektura „Folwarku zwierzęcego”, bo trudno żeby było inaczej, skoro ta krótka powieść Orwella to nic innego jak satyra na totalitarną politykę Stalina, w oczywisty sposób zawoalowana i przycięta pod tło gospodarstwa rolnego. Z tego powodu oczywistym jest też, iż Orwell napotkał na spore problemy z opublikowaniem swojego dzieła, ale więcej o tym można przeczytać we wstępie pt. „Wolność prasy”, który w zamierzeniu miał poprzedzać „Folwark zwierzęcy” już od pierwszego wydania, jednak z niewyjaśnionych przyczyn ujrzał druk dopiero w 1972 roku. Swoje kilka groszy dorzuca też tłumacz w posłowiu i muszę przyznać, że przyjemnie jest poczytać o całej otoczce wokół powieści i powinno to być miłym standardem wydawnictw. Sam „Folwark zwierzęcy” zajmuje zaledwie sto stron, więc jest do przeczytania w jeden wieczór i ciężko wymagać, by moja opinia była obszerna, bo jeszcze się okaże, że jest dłuższa niż sama powieść. A w zasadzie bajka.

Czytaj dalej „Folwark zwierzęcy – George Orwell”

Podejrzenia pana Whichera: Morderstwo w domu na Road Hill – Kate Summerscale

Ambicją tej książki jest opisać wydarzenie sprzed półtora wieku tak, abyśmy dzisiaj czytali o nim z przejęciem. Podejrzenia pana Whichera podobno rozpoczynają nową serię wydawnictwa Wab, zatytułowaną „Zbrodnie prawdziwe”. Co z tego wyjdzie to nie wiem, ale po pozytywnych recenzjach postanowiłem dać szansę debiutantce Kate Summerscale i przekonać się co też ona tam takiego wysmażyła, bo nazwisko ma fajne. Piszę „debiutantce”, choć coś tam podobno wcześniej napisała, ale nie ukazało się to w polskim przekładzie, więc mogę udawać niedoinformowanego i tak sobie ją nazywać, niech mnie wytarga za ucho, skoro jej to nie odpowiada. Summerscale postanowiła uderzyć w całkiem wstrząsającą zbrodnię, bo brutalne morderstwo trzyletniego chłopca. Nic nie szokuje tak, jak ofiara w postaci małego brzdąca, który poza wrodzoną upierdliwością wieku dziecięcego nikomu krzywdy nie zrobił. Pod względem doboru tematu autorka najwyraźniej wiedziała co robi, choć na pewno miała w czym wybierać. Zbrodnia ta, jeśli wierzyć sprawozdaniom, w 1860 roku rozpaliła społeczeństwo najpierw okoliczne, aby rozprzestrzenić się z czasem i brakiem satysfakcjonującego rozwiązania na cały kraj. W mediach aż huczało od domysłów, opinii, hipotez i wersji wydarzeń z felernej nocy. Cały kraj ogarnęła szajba i „gorączka detektywistyczna”. Właśnie o przebiegu tej gorączki oraz śledztwa traktuje ta powieść. Czy i czytelnikowi udziela się ożywienie?

Czytaj dalej „Podejrzenia pana Whichera: Morderstwo w domu na Road Hill – Kate Summerscale”