Ziemiomorze – Ursula K. LeGuin

ziemiomorzeI tak sobie z łatwością oraz bez zastanowienia dodaję kolejne pozycje do listy o zobowiązującej nazwie „muszę przeczytać”. Problem leży w tym, że jej długość systematycznie rośnie: że za często dopisuję książki (bo to nie wymaga poświęcenia i czasu), a zbyt ślamazarnie je czytam (bo to już wymaga). Z wolna próbuję więc się godzić z faktem, że i tak nie zdążę przed śmiercią przeczytać wszystkiego co sobie zaplanowałem – to ta negatywna strona mojego (i zapewne nie tylko mojego) położenia. Jednak patrząc pozytywnie można stwierdzić, że przynajmniej do końca życia nie zabraknie mi książek do przeczytania i tej entuzjastycznej wersji trzymajmy się na torturach. Cykl o Ziemiomorzu z urzędu znalazł się na wspomnianej liście, bo Ursula LeGuin jest przez fanów fantastyki wymieniana jednym tchem z innymi tuzami gatunku – że klasyk, że och, że ach, że wstyd nie znać. A ja oczywiście łykam to jak foka śledzie, po czym rzucam wyzwanie książce i liczę, że ta sprosta moim wymaganiom, bo przecież musi. LeGuin męczyła się i pociła nad tym cyklem przez ponad trzydzieści lat, więc tempa nie miała jakiegoś zatrważającego, bo jeden (niegruby) tom wypluwany co pięć lat na nikim wrażenia nie robi. I choć ta informacja nie powinna podlegać ocenie, to jednak pozwala ona wysnuć jakieś wnioski i sugeruje, że od Ziemiomorza należy spodziewać się przemyślanej, nieśpiesznie przygotowanej oraz rozbudowanej struktury. Może uda się też przy okazji prześledzić progres LeGuin jako pisarki. W zasadzie muszę niezręcznie przyznać, że zanim zacząłem lekturę, to wydawało mi się, że autorka od wielu lat już nie żyje. Tymczasem okazuje się, że chęci do życia pani LeGuin nie brakuje, ale dzisiaj to nie zadziała na jej korzyść, bo zamierzam być bezlitosny. Ponoć o zmarłych nie mówi się źle, skoro jednak wszyscy zdrowi, to nikogo nie będziemy oszczędzać.

Czytaj dalej „Ziemiomorze – Ursula K. LeGuin”

Snuff – Chuck Palahniuk

Snuff_Chuck-PalahniukNaturalnie, że obejrzałem w życiu trochę filmów porno. Trochę więcej, niż trochę. Co ciekawe – chyba żadnego w całości, ale to pewnie nie tylko ja. Być może nie zabrzmi to najlepiej, ale przed erą powszechnego Internetu odbywały się organizowane wspólnie z kolegami seanse, kiedy to szturmowaliśmy wypożyczalnię kaset wideo i gremialnie wybieraliśmy z niepozornego, ukrytego w kącie segregatora najlepiej zapowiadający się według okładki film. Dyskusja była burzliwa: „o, są podwiązki, bierzemy ten”, „nie, włoski, musi być włoski, włoskie są najlepsze”, „w tym jest Sylvia Saint, ja bym go wziął”, „patrzcie na te pielęgniareczki” i takie tam. Wstydu nie mieliśmy, a pani zza lady tylko przewracała oczami. Potem zgrzewka piw, przewijanie od sceny do sceny (jeśli był pilot to luksus, jeśli nie, to najmłodszy za karę siedział przy odtwarzaczu, dusząc przyciski) i żywa wymiana opinii dotyczących gry aktorskiej, montażu, a także fabuły. Istny kącik krytyków filmowych i rozrywka prawdziwych mężczyzn, dla których był to jedyny kontakt z seksem na jaki mogli sobie pozwolić. Uprzedzam pytania: nie było porównywania długości członków i wspólnej masturbacji, nie byliśmy ze sobą aż tak blisko, choć każdy dyskretnie obserwował krocze kolegów, czy aby nie robi się za ciasne. Łezka się w oku kręci na wspomnienie. Ale wystarczy już mojego ekshibicjonizmu emocjonalnego, bo Palahniuk też obejrzał w życiu sporo filmów dla dorosłych, a dodatkowo mocno zainteresował się kulisami branży. Efekt? Powstała powieść poświęcona w całości filmom pornograficznym, ale czad. I jak to u Palahniuka – będzie zabawnie, będą przemycone w tekście branżowe niuansiki i ciekawostki, nie obędzie się bez ironicznej krytyki, będzie też nad wyraz brawurowo i obscenicznie.

Czytaj dalej „Snuff – Chuck Palahniuk”

Na południe od Brazos – Larry McMurtry

na poludnie od brazos1Ile mogłem mieć wtedy lat? Dziesięć, może dwanaście? I jak przystało na irytującego młodszego brata wykorzystującego nieobecność sióstr, dzielnie (a przecież z narażeniem życia) myszkowałem po ich szufladach oraz szafkach. Na jednych drzwiczkach znajdował się przyklejony od wewnętrznej strony i samodzielnie wykonany kalendarzyk, który prawdopodobnie miał siostrze ułatwić zrozumienie prawideł cyklu miesiączkowego. Uznałem, że to mało ciekawe, bo nie miałem pojęcia co to takiego (nadal jest ono bardzo mgliste). Niezrażony podjąłem poszukiwania i po chwili znalazłem TO. Strona wydarta prawdopodobnie z jakiegoś czasopisma dla dorosłych, a na niej scena od której niełatwo było oderwać wzrok. Podejrzewam, że wypaliła się ona na tylnych ściankach moich gałek ocznych. Przedstawiała opartego plecami o wielki głaz kowboja. Nie dało się nie zauważyć, że miał on spuszczone do kostek spodnie, tymczasem drugi kowboj w przycupnięciu i z atencją podziwiał imponującego penisa tego pierwszego. Po latach jestem przekonany, że obrazek wyraźnie sugerował seks oralny. Dumny jak paw ze swojego znaleziska, kilka dni później pokazałem scenę koledze i chichotaliśmy do rozpuku. Jak pomyślę o tym teraz, to wydaje mi się, że sytuacja mogła sprawiać wrażenie co najmniej dwuznacznej, bo – jakby na to nie spojrzeć – zaprosiłem kolegę do wspólnego podziwiania namiastki porno w wydaniu męsko-męskim i, sądząc po wypiekach na naszych twarzach, podobało nam się. Ach, te codziennie zaskakujące nas czymś nowym dzieciństwo. Co ciekawe, nie ze szczenięcych lat wywodzi się moja pewnego rodzaju fascynacja kowbojami oraz Dzikim Zachodem samym w sobie. W zasadzie trudno to nazwać fascynacją, ja po prostu lubię tę tematykę, tło i oprawę. Kwestią czasu oraz honoru rewolwerowca było więc, abym w końcu ustrzelił jedno z największych dokonań gatunku – Lonesome Dove, finezyjnie u nas przełożone na swojskie Na południe od Brazos. Moje słowa uznania, brawo. Klap. Klap. Klap.

Czytaj dalej „Na południe od Brazos – Larry McMurtry”

Komu bije dzwon – Ernest Hemingway

20140208_121944Kiedy uczęszczałem do szkoły podstawowej i któregoś pięknego dnia przyszło nam omawiać lekturę Starego człowieka i morza, to tradycyjnie rozmowa się nie kleiła, jak na nieudanej pierwszej (oraz każdej kolejnej) randce. Zrezygnowana nauczycielka wygłosiła więc na temat książki płomienny monolog, by mieć to już za sobą, a ja jedyne co pamiętam z tej lekcji to, że kolega z ławki został przez polonistkę przyłapany na pracowitym dłubaniu w nosie. Uśmiechając się wstydliwie wytarł pulchny i wilgotny palec o spód blatu ławki, po czym ochoczo zabrał się do gorliwego sporządzania notatek z wykładu, jakby poprzez skromność chciał powiedzieć „och, dajcie spokój, nie mówmy o tym”. Chyba wyszedł z całej sytuacji z twarzą, bo nauczycielka jedynie przewróciła oczami i wróciła do swojego gdakania. Koniec anegdotki i zarazem koniec mojej dotychczasowej styczności z Hemingwayem. Od kilku lat ambitnie więc sobie wmawiam, że w końcu do niego podejdę (przecież jestem już wystarczająco duży, by zrozumieć o czym on pisze) i do tej pory udawało mi się z powodzeniem oszukiwać oraz zwodzić samego siebie. Pomocni w tym byli polscy wydawcy, którzy chyba zapomnieli o autorze: nie kuszą nowymi wydaniami na półce księgarni i najwyraźniej nie chcą moich pieniędzy. Kiedy jednak ostatnio otrzymałem od anonimowego Mikołaja wysłużony egzemplarz Komu bije dzwon, dotarło do mnie, że już dłużej nie mogę robić uników i stanie się – będę musiał przeczytać Hemingwaya. I przeczytałem. A dla wszystkich niezdecydowanych czy warto rozwijać ten tekst informuję, że poniżej będzie zdjęcie pośladków autora (Ernesta, nie moich). Wiem jak zachęcić, co?

Czytaj dalej „Komu bije dzwon – Ernest Hemingway”

World War Z – Max Brooks

World-War-ZBudzę się w środku nocy i słyszę gdzieś w drugim pokoju ciche, ale wyraźne szuranie po parkiecie. Szuuur, szuuur. Moja pierwsza myśl, jeszcze chyba nie do końca oderwana od abstrakcyjnej natury snów, to „w mieszkaniu są zombie!” (no co?). Po chwili w umyśle mi jaśnieje i przypominam sobie, że to będący w świątecznych odwiedzinach ojciec wybiera się na papierosa, a jego gościnne laczki, nie nadążając za kocimi ruchami właściciela, ciągną się z szelestem po podłodze. Kiedy po kilku minutach doszło do procedury zgniatania puszki po piwie, miałem już pewność, że to nie zombie. Przypominam sobie też, że chyba nawet poczułem gorycz rozczarowania. Skąd w mojej głowie pomysł, że źródłem tajemniczych, nocnych dźwięków są ulubieni bohaterowie horrorów klasy B, te gnijące ciała z apetytem na ciepłe mózgi? Przyczyna jest prozaiczna: to wynik chwilowego zauroczenia i ilości spędzonego z nimi ostatnio czasu – przede wszystkim z marką Walking Dead (pełny głupot, ale wciągający serial i uroczy komiks), ale też powieścią Maxa Brooksa oraz (niezłym) filmem pod tym samym tytułem, choć tak naprawdę poruszającym zgoła inne wątki. Takie natężenie zombie bombardujące moją codzienność musiało odcisnąć znaczące piętno nawet na tak silnej psychice, jak moja. I były efekty, ale obecnie jest już lepiej, dziękuję za troskę, więc bez obaw o nawrót lęków mogę podjąć temat.

Czytaj dalej „World War Z – Max Brooks”

Sodoma i Gomora – Cormac McCarthy

cormac-mccarthy-sodoma-i-gomoraOdwlekałem to i celebrowałem. Nie chciałem jeszcze kończyć Trylogii Pogranicza, bo ten cykl po lekturze Przeprawy nabrał dla mnie kolosalnego znaczenia, reprezentując to, co najlepsze w literaturze i to wszystko, czego w niej szukam szeleszcząc setkami kartek. Sodoma i Gomora leżała więc długo na półce, a w mojej głowie piętrowo rodziły się kolejne pytania. Jak się ma – już nieco przeze mnie zapomniany – John Grady Cole (Rącze konie)? Co u Billy’ego Parhama (Przeprawa), którego trzy wyprawy do Meksyku cudownie ugodziły moją wrażliwość? Jak McCarthy splecie ich losy (bo wiedziałem, że to zrobi)? Czy dzisiaj na obiad znowu będą schabowe z ryżem? Czy chłopaki znów będą w kółko jedli tortillę z fasolą? Pytania, które nie wynikały z obawy o poziom opowieści, bo pod tym względem McCarthy z reguły nie zawodzi. Te pytania pojawiły się naturalnie, poprzedzając i napędzając moją lekką ekscytację oraz zniecierpliwienie przed lekturą. To działa na podobnej zasadzie, jak przenosiny do nowej klasy w szkole i towarzyszące temu kwestie w rodzaju „ciekawe, czy będą tam ładne koleżanki?” (wybaczcie męski punkt widzenia). I nie szkodzi, że te atrakcyjne koleżanki nigdy nie zaszczycą mnie spojrzeniem, nie pożyczą korektora, ani zeszytu do przepisania i nie odwzajemnią mojego zachwytu nimi – nie ma powodu, by tego od nich wymagać. Chodzi o samą możliwość obcowania z pięknem, czarem gestów i detalami, być w pobliżu, gdy przygryzają w zamyśleniu ołówek. A teraz najlepsze: Sodoma i Gomora, w przeciwieństwie do większości atrakcyjnych koleżanek, wynagrodzi nam każdą poświęconą jej minutę. I nie będzie wypominała, że chodzi nam tylko o seks.

Czytaj dalej „Sodoma i Gomora – Cormac McCarthy”

Gwiazdozbiór psa – Peter Heller

gwiazdozbior psaCzyżby to był ten moment, w którym przytaczam sensacyjną historię o tym, w jakich nieprawdopodobnych okolicznościach omawiana książka znalazła się u mnie na półce? To taki miły i osobisty fragment, może już trochę zdarty i przewidywalny, ale od czegoś zacząć trzeba. Przyznaję więc, że Gwiazdozbiór psa najzwyczajniej kupiłem. W księgarni. I już – nic, o czym warto byłoby tworzyć legendy. Pierwotnie zamierzałem przeznaczyć go na prezent pod choinkę (taki jestem!), potem jednak pomyślałem, że przy okazji sam przeczytam. I głupia sprawa, bo historia kończy się na tym, że przeczytałem, zapragnąłem książkę mieć na własność, a pod choinkę musiałem dokupić drugi egzemplarz, aby nikt nie czuł się pokrzywdzony. Wniosek z tej wzruszającej opowieści jest taki, że Gwiazdozbiór psa literacką padliną nie jest, bo tego rodzaju dzieł nikt nie chce mieć na własność przy łóżku, a już z pewnością nikt z premedytacją nie wręcza jej pod choinkę bliskiej osobie. Tak mi się wydaje, ale nie mogę też wypowiadać się w imieniu wszystkich. A czym właściwie jest powieść Hellera, poza tym, że laureatką wielu nagród literackich? Ona wpisuje się w zawsze mający branie nurt literatury post-apokaliptycznej i innych zagład ludzkości. Nie do końca wiem z czego te tematyczne wzięcie wynika – może to jakieś zmęczenie konsumpcjonizmem, może poczucie pokrzywdzenia i niesprawiedliwości, może dość buractwa wśród ludzi, może nieznośność porannej audycji Majewskiego w Esce (każdorazowo mam wrażenie, jakby ktoś mi wymiotował do uszu). Powiecie: nie musisz słuchać. Ja odpowiem: niestety muszę. Więc w moim przypadku chyba ostatni wariant przeważa szalę i tym samym zaczynam zalotnie głaskać okładkę Gwiazdozbioru psa. Mmm… o! ma wytłoczony, złoty samolocik.

Czytaj dalej „Gwiazdozbiór psa – Peter Heller”

Płoń wiedźmo, płoń! – Abraham Merritt

Plon-wiedzmo-plonNo dobrze. Powiedzmy, że ogarnięty nadmiarem dobrej woli, która chyba niedługo mnie rozsadzi, jestem zmuszony odkorkować wentyl bezpieczeństwa i upuścić nieco ciśnienia. A piszę o tym, ponieważ Płoń wiedźmo, płoń! jest na tyle krótkim i zwięzłym dziełkiem, że sam nie wiem, czy przysługuje mu osobna opinia, szumnie czasem określana recenzją. Nawet wydanie, które mam, w niewielkim stopniu przypomina książkę, raczej coś w rodzaju małoformatowego czasopisma z klejonym grzbietem. Mimo to, ponieważ dawno nie gościliśmy tutaj powieści grozy, toteż zrobię wyjątek i przy okazji rozgłoszę trochę nazwisko Abrahama Merritta, za co on z pewnością będzie mi wdzięczny. Istnieje też ewentualność, iż będzie mu to kompletnie obojętne, z racji tego, że jest już od dawna wystarczająco martwy, a nie wiem czy był człowiekiem skorym do okazywania uczuć. W czasach kiedy był mniej martwy, zajmował się on pisaniem opowiadań z gatunku weird fiction, gdzie groza ciasno przeplatała się z fantastyką, okultyzmem i w ogóle śledzie z dżemem. Bo na przykład w streszczeniu innego dzieła Merritta – The Face in the Abyss – czytamy, że „łowca skarbów odnajduje w Andach ostatnią przedstawicielkę superinteligentnych ludzi-węży, którzy zmagają się z prastarą rasą, mających obsesję na punkcie seksu mutantów, polujących na nich przy pomocy dinozaurów i dziwacznych maszyn.”* Wystrzałowe! W związku z tym trochę żal, że Płoń wiedźmo, płoń! uderza w bardziej klasyczne klimaty powieści grozy, bez szczególnych udziwnień i tym samym nie może się pochwalić takim odbierającym czytelnikowi dech miksem pomysłów. Coś za długi ten wstęp, idziemy dalej.

Czytaj dalej „Płoń wiedźmo, płoń! – Abraham Merritt”

Kroniki Amberu – Roger Zelazny

amber tom1Dla porządku wyjaśnię, jak wygląda sytuacja. W cały cykl Kronik Amberu wchodzi dziesięć krótkich tomów, a tutaj mamy pięć pierwszych zawartych w pierwszym z dwóch tomów zbiorczych (wyd. Zysk i S-ka, 2010). Możesz wrócić wielokrotnie do poprzedniego zdania i nic dziwnego, bo sam bym go nie zrozumiał za pierwszym razem, ale równie dobrze możesz sobie odpuścić, bo nie ma tam nic istotnego. Warto natomiast wiedzieć, że tom ten jest faworytem w walce o najbardziej kiczowatą okładkę roku i rywale już z rezygnacją spuszczają głowę. Czcionka, kolorystyka, czerwony ni-to-pałac, ni-to-budyniowe-gluty na tle ośnieżonego, górskiego szczytu. No i jednorożec, jak z marzeń ośmiolatki. Wiem, że okładka jest akurat najmniej ważnym elementem i nie wpływa na wartość literacką, ale ustalmy coś: jakieś wyczucie i kryteria trzeba mieć, bo może dojść do sytuacji, że potencjalny czytelnik będzie się wstydził zdjąć książkę z półki w księgarni. Sam musiałem w drodze do kasy dla niepoznaki przykryć ją czasopismem. Takie kombinacje… lepiej, żeby było warto – myślałem wtedy. Ale dosyć tych uwag i pastwienia się. Przejdźmy do tego, co tworzą rozmyślnie poustawiane obok siebie literki, czyli treści.

Czytaj dalej „Kroniki Amberu – Roger Zelazny”

Diabeł w Białym Mieście – Erik Larson

diabelMogłoby się wydawać, że diabeł to wiedzie klawe życie prawie celebryty. Ale gdy przyjrzeć się temu bliżej, okazuje się, że bycie diabłem jest fuchą niełatwą, niewdzięczną, z wieloma niedogodnościami, prawie żadną satysfakcją z jej wykonywania i wymagającą wręcz anielskiej (o ironio!) cierpliwości. Wszak są takie miejsca, gdzie diabeł musi powiedzieć dobranoc, choć sam podobno – tak mówią – nigdy nie śpi. Na domiar złego w wielu sytuacjach spełnia on rolę kozła ofiarnego: że niby się cieszy, gdy człowiek się spieszy; że niby stoi za nieproszonymi gośćmi (diabli nadali) i musi ich przyjąć z powrotem (idź do diabła). Zmuszony jest on palić w starym piecu, co zapewne komfortowe nie jest – ufajdolić się idzie i miechem trzeba namachać. Zaiste, niczym podrzędny pracownik fizyczny, choć renoma i stanowisko, które rogaty piastuje powinny uprawniać go do bezstresowej pracy za biurkiem – odbębnić osiem godzin i do domu. Chodzą również słuchy, że diabeł ubiera się u Prady, a tego rodzaju przymus tani nie jest, zaoszczędzić nie sposób, a i na jego rozmiar kopytka wybór butów niewielki. Nie wspominając już o odzieniu wierzchnim z odpowiednio wykrojonymi otworami na szpiczasty ogon (którym dla hecy czasami coś nakryje, by trudniej było znaleźć) i mikre nietoperze skrzydełka. Prawdziwe piekło. Jest jednak światełko w mrocznym tunelu życia diabła, bo gdzie sam nie może, tam babę posyła – uprawnia go do tego kontrakt. Z tego przywileju korzysta on niezwykle często, potwierdzi to każdy mężczyzna. W ogóle z kobietami wiąże go mnogość ciekawych konotacji. Erik Larson postanowił na rozpoznawalności diabła oprzeć sukces swojej książki i wysłać go do Białego Miasta. Podążmy jego śladem.

Czytaj dalej „Diabeł w Białym Mieście – Erik Larson”

Rant – Chuck Palahniuk

  • rantDlaczego znowu Palahniuk?
    Bo decydenci w wydawnictwie Niebieska Studnia nie są arcymistrzami cierpliwości oraz brakuje im umiejętności dawkowania napięcia, więc wypuszczają po dwa Palahniuki jednocześnie (tym razem para Kołysanka i Rant, wcześniej tandem Powiedz wszystko i Potępieni), bądź sześć, osiem, dwadzieścia cztery Palahniuki rocznie. Tak, dla mnie również brzmi to bez sensu, ale co ja tam wiem o prowadzeniu wydawnictwa. Natomiast osobiście nie potrafię się długo opierać Chuckowi, stąd kolejny raz poświęcam mu chwilę.
  • Masz już tego dosyć?
    Niekoniecznie, jednak zaczynam dostrzegać plusy sytuacji, że wydawnictwu pomału kończą się zapasy jeszcze niewydanych Palahniuków. Może wreszcie otrzymamy normalny cykl i kolejne powieści przestaną się zlewać w jedną, chwilami niewyraźną całość.
  • Lubisz Chucka, co?
    No nawet. Zresztą przy spisywaniu wrażeń z „Kołysanki” przeszliśmy z Chuckiem na ty, a później pożyczał ode mnie trochę pieniędzy, więc muszę go nieco lubić, bo ich nie odda. Wydaje mi się też, że Niebieska Studnia krzywdzi zarówno autora jak i czytelników szaleńczym tempem wydawania kolejnych powieści. Ja staram się rozgraniczyć sympatię do autora z mieszanymi uczuciami do wydawnictwa, bo ze  swoją nadgorliwą postawą przypomina mi ono nastolatka, któremu (dzięki przyklejanym wąsom i wadzie wzroku kioskarki) udało się kupić nielegalnie „Twój weekend”, a teraz w podnieceniu masturbuje się na każdej stronie, na niektórych nawet dwa razy z rzędu, bez gustu, taktu i honoru.

Czytaj dalej „Rant – Chuck Palahniuk”

Przeprawa – Cormac McCarthy

nowe tytu³y_okladki pw.cdrNo i co z tego, że „Przeprawa” mocno przypomina „Rącze konie”? Obie powieści, wchodzące przecież w skład Trylogii Pogranicza, są na pierwszy rzut oka bliźniaczo podobne, a ktoś złośliwy mógłby nawet powiedzieć, że nie dostrzega między nimi większej różnicy. I rzeczywiście – gdyby spojrzeć na obie powieści powierzchownie, to „Przeprawa” serwuje nam klasyczną powtórkę z rozrywki – znów młodociani bohaterowie, zbliżony czas akcji umiejscowiony w okolicach II Wojny Światowej, wyprawa do Meksyku, utracone konie, które potem wypadałoby spróbować odzyskać, znowu te same menu (niezniszczalna tortilla z fasolą), a przede wszystkim znów trzeba dojrzewać szybciej, niż ludzka natura pozwala – doskonale znamy te motywy z „Rączych koni”. I powtórzę – ktoś złośliwy mógłby lekceważąco prychnąć, wykonać nieokreślony gest dłonią i zacząć narzekać na odtwórczość, ale mam jeden argument przemawiający za tym, by jednak po tę książkę sięgnąć. Uwaga: „Przeprawa” jest lepsza. Najzwyczajniej w świecie lepsza i stanowiąca naturalny krok naprzód w rozwoju trylogii. Jest bardziej urzekająca, bardziej wstrząsająca, bardziej zapadająca w pamięć.

Czytaj dalej „Przeprawa – Cormac McCarthy”

Pamięć absolutna – Arnold Schwarzenegger

pamiec-absolutnaOd kiedy zacząłem baczniej przyglądać się biografiom, to wyszło mi, że potrafią one jednak być w przewrotnym sensie fascynujące. Nie ze względu na samą treść, bo z nią bywa różnie, ale istotę tego gatunku literackiego, powody jego istnienia i cykl ukazywania się. Dajmy na to – umiera Steve Jobbs (cóż, każdemu może się zdarzyć), a już kilka dni po zgonie jego biografia schodzi z półek księgarń jak ciepłe zwłoki bohatera (bo nie zdążyły nawet wystygnąć). Drugi przykład – w pewien środowy, marcowy wieczór faceci w sukienkach wybierają nowego papieża (gdyż stary uznał, że nie jest stworzony do harówki w korporacji i się zwolnił), a już w piątkowe południe ukazuje się jego biografia – w tym miejscu należą się brawa dla wydawnictwa Znak za błyskawiczną reakcję. A podobno niewielu spodziewało się akurat takiego wyboru. Wygląda więc na to, że biografie już są, pochowane w szufladach i tylko czekają na odpowiedni moment, by się ukazać. Najbardziej preferowana jest oczywiście śmierć bohatera, im bardziej widowiskowa tym lepiej, ale zatrudnienie na etacie papieża też może być nośnym podłożem do sukcesu książki.
Innym wartym zainteresowania zjawiskiem jest już chyba trzecia, czy czwarta biografia Justina Biebera, tym razem ze znaczącym podtytułem „Dopiero się rozkręcam”. Strach pomyśleć co będzie, gdy Justin umrze. Albo zostanie papieżem. Biorąc to wszystko pod uwagę, w równym stopniu co biografie mnie intrygują, to również zniechęcają i sięgam po nie raczej rzadko, starannie dobierając potencjalną lekturę. W tym przypadku musiałem, wręcz MUSIAŁEM się ugiąć, bo oto ukazała się autobiografia Arnolda, a na filmach z jego udziałem w dużej mierze się wychowałem. Zgadza się – nie dostrzegałem wtedy, że umiejętnościami aktorskimi dorównywał potrafiącemu artykułować dźwięki klockowi drewna. To było nieistotne.

Czytaj dalej „Pamięć absolutna – Arnold Schwarzenegger”

Koniec Wieczności – Isaac Asimov

koniec-wiecznosciMoje zaskoczenie nie było jakieś ogromne, gdy okazało się, że Isaac Asimov jest (a w zasadzie był, bo żył, żył i umarł) amerykańskim pisarzem. Przecież to takie amerykańskie imię i nazwisko. Gdzieś tam w tle majaczy niby rosyjskie pochodzenie autora, ale mnie już nic co ma związek z Rosją nie zadziwi i nic nie uznaję za pewnik. Wzruszeniem ramion skwitowałem więc fakt, iż Depardieu jest Rosjaninem, a Asimov był Amerykaninem o dosyć niecodziennej ni to fryzurze, ni to zaroście (sam nie wiem, jak to nazwać, ale przyznam, że czuję się zaintrygowany). Jednak to właśnie dzięki niemu przypomniałem sobie, jak bardzo lubię temat podróży w czasie, jej paradoksów i moc wyobraźni, którą trzeba zaangażować, by nadążyć za wydarzeniami w przeszłości, a mającymi wpływ na przyszłość. Niby nic odkrywczego, oklepane schematy i odwieczne pytanie, czy jeśli w przeszłości zabiję swojego dziadka to przestanę istnieć, ale jednocześnie to wszystko nieustannie fascynuje. I nie, nie sądzę, by swobodne podróżowanie w czasie było możliwe, ale od czego mamy fikcję naukową, jeśli nie od tego, aby rzeczy niemożliwe prezentowała w formie, w którą gotowi jesteśmy uwierzyć.
A tak, teraz mi się przypomniało – to się chyba bokobrody nazywa. Śmiesznie.

Czytaj dalej „Koniec Wieczności – Isaac Asimov”

Kołysanka – Chuck Palahniuk

kolysanka_513Szanowny Panie Palahniuk.

Znamy się już kilka lat, blisko dekadę. To znaczy – ja znam Pana, Pan mnie niekoniecznie, ale nie bądźmy tacy drobiazgowi. Skoro ja mam satysfakcję znać Pana, to nie odbierajmy Panu przyjemności poznania mnie. Przez cały ten czas zdołałem przeczytać dziesięć pańskich powieści, niektóre nawet więcej niż jednokrotnie. Myślę więc, że z czystym sumieniem mogę się określać Pana fanem, bo szczerze mówiąc, za nową książkę Pana autorstwa każdorazowo dałbym się ogolić na sucho skrobaczką do kartofli, nie tylko na twarzy. Och, ta oficjalna forma, nie cierpię jej, męczy mnie, ogranicza. Mogę do Pana pisać Chuck? Dziękuję, Chuck.
Więc słuchaj, Chuck. Jakiś czas temu przeczytałem Twoją „Kołysankę” (rozpoczynam zaciekłe polowanie na zaległy „Rant”, podeślij mi egzemplarz z autografem, jeśli znajdziesz wolną chwilę, z góry dzięki) i dostrzegam u siebie pewne zaślepienie, zauroczenie Twoją twórczością. Fabularnie bywało różnie – raz lepiej, raz nieco gorzej – ale nigdy, w żadnym przypadku nie przyszło mi do głowy, by przerwać lekturę, czy też w ogóle do niej nie podejść. To tak jak z miłowaniem nie za zalety, ale pomimo wad. Tak, w pewnym pokrętnym sensie miłuję Cię, Chuck i darzę miłością. Heteroseksualną, bo ponoć masz narzeczonego (pozdrawiam go), a ja nie lubię tłoku. Niektórzy idą w zaparte, że się skończyłeś (śmiechu warte!), że jesteś autorem jednej powieści – w ramach sprzeciwu tym teoriom nie będę nawet przytaczał jej tytułu. Czepiają się, że nie zmieniasz stylistyki, nie eksperymentujesz. Moje zdanie brzmi – jeśli czytelnik ma ochotę poczytać coś o odmiennej stylistyce, to niech zmieni autora. Ja się do Ciebie i Twojego stylu przywiązałem i nie chcę, byś się zmieniał, bo takiemu Chuckowi ufam, inny mógłby się okazać nieszczery.

Czytaj dalej „Kołysanka – Chuck Palahniuk”

Drood – Dan Simmons

„Chuja się znasz.” – pochwalił w komentarzu moją opinię o „Hyperionie” anonimowy czytelnik. Nieistotne jak bardzo obojętny i niewzruszony bywam, to zawsze miło jest przeczytać dobre słowo, być poklepanym po cyber-plecach przez całkowicie obcą osobę po drugiej stronie kabla. Też jestem próżny, łasy na komplementy, choć zazwyczaj zbywam je milczeniem i rumieńcem. W tym przypadku zabrakło jednak anonimowemu czytelnikowi nieco siły i bogactwa argumentów, bym pod wpływem jego komentarza sięgnął po powieść po raz drugi i zagłębił się w nią na tyle, na ile (wg Anonima) zapewne zasługuje. Bywam też uparty. Jednak Simmonsa nie skreśliłem, bo rzadko zrażam się definitywnie do jakiegokolwiek autora. Toteż Dan Simmons, znany szerzej jako Ten, Który Napisał Hyperiona, ponownie znalazł się najpierw w moim plecaku, potem na półce (na której i bez niego jest ciasno), a następnie w moich czułych dłoniach, na moim łóżku i gdzie tam jeszcze zdarzyło mi się podejmować lekturę. Ale to całkowicie inny Simmons i za nic bym go nie rozpoznał w tych szatach, gdyby nie nazwisko umieszczone na okładce! Jego metamorfoza tematyczna i gatunkowa jest dla mnie najmilszym zaskoczeniem literackim ostatnich miesięcy. Nieprzemawiająca do mnie sci-fi poszła do kąta, a autor na tapet wziął rzeczywiste wydarzenia z przeszłości i osnuł wokół nich fabułę swojej powieści.
„Tajemnica Edwina Drooda” była ostatnim, choć niedokończonym dziełem Charlesa Dickensa i wśród fanów jego twórczości jest ona otoczona swego rodzaju kultem. Zastanawiają się oni, na ile Edwin Drood był postacią autentyczną i doszukują się spisku w fakcie, że Dickens zmarł, nim zdążył dokończyć pisanie. Tak jakby ludzie umierali jedynie według ścisłego planu. Simmons postanowił wrócić do ostatnich lat życia tego słynnego pisarza, którego kolejne powieści idealnie wpisywały się w ówczesny nurt popkultury (gdyby tylko wtenczas taki nurt istniał), a on sam był witany przez fanów na Wyspach niczym Beatlesi i David Beckham razem wzięci. W jakich okolicznościach powstawała „Tajemnica Edwina Drooda”? Co było inspiracją i motywacją pisarską Dickensa? Zaręczam, że to jedne z najmniej intrygujących pytań, na które spróbuje w „Droodzie” odpowiedzieć Simmons.
I w związku z tym okryjcie się ciepło kocem, bo będą dreszcze.

Czytaj dalej „Drood – Dan Simmons”

Rącze konie – Cormac McCarthy

Nie sposób zliczyć, ile to już razy Wspaniałe Stany Zjednoczone Ameryki, pępek naszej planety, ratowały świat. Przed kosmitami, asteroidami, epidemiami, Indianami, wszelkiego rodzaju kataklizmami, powodziami, huraganami, niczyją ropą naftową, a nawet piracką muzyką. I bynajmniej nie myślę o szantach. Często tych chlubnych czynów dokonuje samodzielnie jeden osobnik w śmiesznym wdzianku, bo jeśli superbohater nie jest Amerykaninem, to pochodzi najpewniej spoza naszego świata (ale i tak trafia w końcu do USA, bo przecież nie na Białoruś). Amerykanie są tak zaaferowani niesieniem pomocy całemu światu, że nie został wśród nich już nikt wolny, kto mógłby nam załatwić w końcu te nieszczęsne wizy, bo niedługo zaczniemy o nie żebrać (tak słyszałem, a mam już dość słuchania o tym). Mniejsza o to, wszak Amerykanie mają też Cormaca McCarthy’ego, którego każda kolejna powieść wywołuje wśród tamtejszych krytyków grupowy orgazm literacki. No tak, ale McCarthy jest Amerykaninem piszącym o swojej ojczyźnie, jej historii i swoich rodakach. Czy szary, polski czytelnik (bez wizy) zarabiający średnią krajową (akurat!), uodporniony na patriotyczne uniesienia oraz odpowiednio zdystansowany do wszystkiego co mejd in juesej, może równie entuzjastycznie podchodzić do lektury kolejnej książki tego autora? Cóż, wygląda na to, że tak, bo dobra literatura jest uniwersalna i obroni się na całym świecie. Jednak wypada wiedzieć, czego po McCarthym i jego twórczości oczekiwać, a czego raczej u niego nie doświadczymy. Kiedy już będziemy mieli za sobą te ustalenia, wtedy pozostaje przewrócić pierwszą stronę i pozwolić, by aura przyjemności z lektury na nas spłynęła.

Czytaj dalej „Rącze konie – Cormac McCarthy”

Szklana zupa – Jonathan Carroll

Gadająca ośmiornica kierująca autobusem. Skrzaty odziane w eleganckie, drogie i prawdopodobnie szyte na miarę markowe ubrania. Szympans w garniturze. Lewitujące samochody, dzięki którym parkowanie nigdy nie było łatwiejsze. Polarny niedźwiedź o imieniu Bob. Kilka postaci z kreskówek. Kilkanaście ludzkich postaci posiadających zwierzęce cechy, a często również głowy. Gigantyczna, niecierpliwie szeleszcząca torba karmelków. To wszystko i wieeele innych wymysłów ma swoje pięć linijek w tej książce. Nie sztuką jest wypchać treść powieści swoimi chorymi wizjami, ale zrobić to z głową i sensem, by czytelnik nie miał wrażenia, że ma w dłoniach pamiętnik pełen chaotycznie narkotycznych wizji. A tego rodzaju rzeczy nie czyta się przyjemnie, przynajmniej nie na dłuższą metę. Taka uczta dla wyobraźni to jest zawsze śliski grunt i trudna literacko sztuka, niczym gra w bilard na pokładzie statku. Czy Carrollowi udało się wypracować kompromis między trzymającą się kupy fabułą a wręcz surrealistycznymi bohaterami i pomysłami, którymi po marginesy wypełniona jest powieść? Połowicznie, bowiem część wątków ma sens istnienia, ale pozostałe budzą skojarzenia z kultowym już (przynajmniej dla mnie) komiksem z upalonymi zielskiem mrówkami. No zupełnie jakbym widział Carrolla przy pracy!

Czytaj dalej „Szklana zupa – Jonathan Carroll”

Drive – James Sallis

Ekranizacja tej powieści mnie oczarowała. Nie, to złe określenie. Ona mnie poskładała niczym scyzoryk, a na następny dzień poczułem potrzebę obejrzenia jej ponownie. Oba seansy spędziłem siedząc napięty jak struna na krańcu łóżka, bo ostatnio tak umiejętnie moimi emocjami widza manipulowało „Zabójstwo Jesse’ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda”, a od tego czasu minęło parę mniej lub bardziej udanych lat. Filmowy „Drive” urzeka naprężoną atmosferą, aż elektryzującą od poczucia zagrożenia, poetyką i brutalnością podaną w idealnych proporcjach. Z wielką ochotą przystąpiłem do weryfikowania moich filmowych wrażeń z literackim pierwowzorem. Chudziutka – pomyślałem, biorąc książkę do ręki. Przekartkowałem i moja konsternacja dodatkowo wzrosła, kiedy się okazało, że strony ozdobione są czcionką, której nie powstydziłby się żaden elementarz pierwszoklasisty. Zabrakło jedynie barwnych ilustracji i Ali z kotem. To nie potrwa długo – pomyślałem, i była to już druga bezdyskusyjnie celna, choć mało odkrywcza uwaga tego dnia. Bądźmy szczerzy – lektura „Drive” trwa niewiele dłużej od samego filmu i nie jest nawet w połowie tak satysfakcjonująca jak obraz Nicolasa Winding Refna. Powieść Sallisa nie podołała artyzmowi własnej ekranizacji. Piszę o tym świadomy, że powinienem raczej porównać film do książki, ale przecież nikt mi nie zabroni rozliczyć książki względem filmu, prawda? No to sru!

Czytaj dalej „Drive – James Sallis”

Cel snajpera – Chris Kyle

Zaręczam, że jak ognia unikam okładek zarzyganych sloganami, ale nawet ja czasami mam słabszy dzień. Tym bardziej, jeśli ktoś przejrzy moje pragnienia, w których zawsze chciałem zostać snajperem (zaraz po tym, jak pozostanie ninją okazało się niemożliwe) i wyda o tym książkę. Bo snajperzy to tacy współcześni wojownicy ninja – zmuszani do wykazania się podobną dyscypliną i cierpliwością. Pomijając jednak trafną i interesującą mnie tematykę, byłem zniesmaczony nadgorliwością wydawcy. „Historia najniebezpieczniejszego snajpera w dziejach amerykańskiej armii” – wrzeszczy okładka. A dalej zachęca: „Wrogowie nazywają go DIABŁEM, koledzy z Navy SEALs mówią o nim LEGENDA”. Poważnie? Nie oszukujmy się – brzmi to tak krzykliwie, że aż tandetnie i najwyraźniej komuś zabrakło wyczucia w tym radosnym ciapaniu okładki hasełkami. Mniejsza o to, bo przecież nie szata zdobi książkę, albo nie oceniaj człowieka po okładce. Jakoś tak. Trzeba dać szansę. Gibko, choć pełen złych przeczuć zabrałem się więc za lekturę.

Czytaj dalej „Cel snajpera – Chris Kyle”