Mały Wielki Człowiek – Thomas Berger

maly wielki czlowiekNa początku czuję się w obowiązku wyrazić swoje święte oburzenie okładką omawianego wydania Małego Wielkiego Człowieka (Prószyński i S-ka, Warszawa 2015). Potrafię zrozumieć marketingowe zalety okładki, która nawiązując do gorącej filmowej ekranizacji dzieła liczy na większe zainteresowanie tych, którzy z kina dopiero wyszli. Ale w tym przypadku trudno się spodziewać, by wydawca pokładał nadzieję w bazie fanów obrazu, skoro ten swoją premierę miał w 1970 roku. Przecież oni w większości powinni już nie żyć. Potrafię również zrozumieć intencję wydawcy, który zaplanował sobie wydawać kolejne kultowe powieści w „filmowej serii”, ale nie potrafię z kolei dostrzec w tym zamyśle sensu. No bo jak to: kupujesz książkę, a tam na okładce (oraz na grzbiecie!) bezcenna informacja o tym, kto występuje w rolach głównych. Dustin Hoffman, Clint Eastwood, Meryl Streep, Jack Nicholson i inni. W książce grają, normalnie rola życia. Jakby obsada ekranizacji miała być jakimkolwiek argumentem do lektury. Ja wiem, że według niektórych okładka jest akurat najmniej istotna, ale nikt mi nie wmówi, że nie jest ważna i można ją potraktować byle jak – artystycznie na nią zwymiotować i po sobie nie posprzątać. Nie godzi się więc, bo to razi moje poczucie piękna, tak jak fanów motoryzacji obraża prezencja Fiata Multipli. Uf, dobrze, najbardziej bolesne uwagi mamy za sobą, przejdźmy zatem do istoty tego wpisu.

Czytaj dalej „Mały Wielki Człowiek – Thomas Berger”

Szczygieł – Donna Tartt

szczygielMiędzy innymi Hemingway, Steinbeck, Faulkner, Philip Roth i teraz Donna Tartt. To znaczy nie teraz, bo już trzy lata temu, ale nie bądźmy tak drobiazgowi. To wszystko zdobywcy Nagrody Pulitzera w kategorii literackiej, więc grono co najmniej zacne, wąsate i brodate, tylko ta Tartt mi jakoś tam nie pasuje, nie tylko w kwestii zarostu. No, ale tak prestiżowego wyróżnienia nie wręczają chyba za nic, więc ten cały Szczygieł musi być piekielnie dobrą powieścią. Nie, przecież nie jestem aż tak naiwny by wierzyć, że jakakolwiek nagroda gwarantuje mi udaną lekturę, choć zaledwie udana byłaby w takim przypadku porażką, bo od laureatki Pulitzera wręcz wypada oczekiwać więcej. I w sumie sobie myślę, że takie przyznawanie nagród literackich to fajna fucha, bo konsekwencji ze złego wyboru prawie żadnych, a w razie krytyki zawsze można się zasłonić jakimiś żelaznymi formułkami w rodzaju „literacki głos pokolenia”, „uniwersalna opowieść o dojrzewaniu”, „mistrzowsko poprowadzona intryga” i trwać przy swoim, bo w końcu wszystko i tak sprowadzi się do gustów. Nam się podoba, innym nie musi. Psy poszczekają, karawana pojedzie dalej, a za rok i tak będzie głośno o kolejnym Pulitzerze, więc w sumie szkoda ryja strzępić. Ale tutaj ja rozdaję wyróżnienia i w razie porażki to ja będę się chował za oklepanymi sloganami, choć nie jestem najzręczniejszy w szermierce nimi. Szczygłowi nagrody bym nie dał, mimo że nie dysponuję żadną. Ale nawet gdybym dysponował, to i tak bym nie dał. I handluj z tym.

Czytaj dalej „Szczygieł – Donna Tartt”

Martin Eden – Jack London

martin-edenFakt, że nikt uczciwie nie bierze się już za ponowne wydawanie powieści Jacka Londona (podobnie jak Hemingwaya) nie przestaje mnie zastanawiać. Mój egzemplarz Martina Edena (który jeszcze w 2015 roku dostałem od anonimowego Mikołaja/Mikołajki, więc przy okazji i z tego miejsca dziękuję) według ceny okładkowej kosztował 580 zł, co już samo w sobie wiele mówi o roku wydania. Może problem tkwi w czymś, o czym nie wiem, ale niepojętym dla mnie jest, by byli chętni na drukowanie wypocin Sashy Grey, a już tak mocne i kojarzone nazwiska jak London i Hemingway pozostawały poza kręgiem zainteresowań wydawców. No dobrze, akurat Sasha Grey to również nośne nazwisko, ale wiecie co mam na myśli – w tej chwili chodzi wyłącznie o poziom literacki. Tymczasem zarówno Ernesta jak i Jacka w księgarniach praktycznie nie uświadczysz. A jeśli już, to leżą tam jedynie w formie zakurzonych lektur z opracowaniem, albo audiobooków – pewnie dlatego, że lektur nikt nie czyta (a jeśli już, to z pewnością ich nie kupuje), a audiobooka łatwiej ukraść z Sieci. A ja bym sobie życzył nowe, tradycyjne wydanie dzieł wspomnianych panów, bo nie należę do grona czytelników, którzy tym bardziej czczą książkę, im dawniej została ona wydana. Wolę, gdy mi się nie rozpada w rękach podczas czytania. Więc komu mam zrobić dobrze ustami, aby się wreszcie wziął na poważnie za wydawanie takich klasyków?

Czytaj dalej „Martin Eden – Jack London”

Terror – Dan Simmons

terror1To są takie chwile, gdy nie do końca wiem jak zacząć, bo jeśli teraz nie ujarzmię rumaka emocji, to później czeka mnie jedynie niekontrolowany galop, który nie wiadomo jak i gdzie się zakończy. Spróbuję więc podejść do kwestii nieco na zimno i zaznaczę, że z Simmonsem mieliśmy raczej trudne początki, bo jego Hyperion nie zrobił na mnie większego wrażenia. Moja surowa opinia spotkała się wtenczas z zarzutami, że „chuja się znam”. Pamiętacie? Nie? Cóż, wystarczy, że ja zachowałem czułe wspomnienia z tego incydentu. Oczywiście nie odbieram wspomnianej krytyce racji, bo nigdy też nie twierdziłem, że się znam, ale ten argument nie sprawił jeszcze, że Hyperiona doceniłem (nadal jest mi dość obojętny). Potem Simmons próbował mnie zbałamucić Droodem i w tym przypadku poszło mu już znacznie, znacznie lepiej. Na tyle dobrze, że z miejsca zacząłem się rozglądać za kolejną lekturą jego autorstwa, jednak upatrzony przeze mnie Terror należał wtedy do tych trudno dostępnych powieści – jedynie używane egzemplarze, najczęściej nieciekawe wizualnie, a nic nie smuci mnie bardziej, jak zaniedbana książka, z której wypadają strony, gdy próbuję ją czytać. Bez kitu, nawet afrykańskie dzieci z wydętymi od głodu brzuszkami nie mają startu. Ale od kiedy w księgarniach ukazało się nowe wydanie nie było już wymówek i och, jak bardzo jestem wdzięczny przede wszystkim samemu sobie, że w końcu się skusiłem na lekturę.

Czytaj dalej „Terror – Dan Simmons”

Sprawiedliwość – Alex Ross, Jim Krueger

sprawiedliwoscMiały się tutaj pojawiać komiksy wyłącznie wyjątkowe: uznane za kultowe, porażająco dobre, oryginalne artystycznie, pomysłowe koncepcyjnie i narracyjnie, bądź stawiane za wzór dla przyszłych twórców. Wszystko jednocześnie, albo choć jeden z tych warunków miał sprawiać, że chciałbym na chwilę oderwać się od książki i postukać trochę w klawiaturę na temat przeczytanego komiksu. A uwierzcie mi, przeczytałem mnóstwo obrazkowych historii, na temat których nie mam nic do powiedzenia poza tym, że znam, widziałem, machnąłem na to ręką. Więc o nich nie piszę – prawda, że proste? Ale kiedy najpierw zdyszany kurier ledwo dotargał do mnie paczkę ze Sprawiedliwością (jego twarz wyrażała pretensję o ilość schodów, które musiał pokonać z tym ciężarem), a potem osobiście zważyłem w dłoniach i przejrzałem pobieżnie ten komiks, to już miałem pewność, że odnajdę w sobie inspirację dla choćby krótkiego wpisu. Bo Sprawiedliwość jest wyjątkowa z powodu, który natychmiast rzuca się w oczy czytelnikowi: jakość polskiego wydania. Blisko pięćset stron kredowego papieru w dużym formacie, całość starannie zamknięta w twardej, szytej oprawie oraz obwolucie. Każdy komiksowy fetyszysta na premierę czekał z własnym penisem w ręce – wiem, bo sam byłem tego bliski. Niestety, wyjątkowa jest również cena tego cuda, bo na okładce krzyczą: 169 złotych. I choć bez większych problemów da się nowy egzemplarz kupić za 50 złotych mniej (księgarnie internetowe), to nadal jest to surowe sito dla potencjalnych klientów i raczej nikt nie pozwoli sobie na tego rodzaju spontaniczny wydatek. Wydawnictwo Mucha podjęło więc spore ryzyko, ale osobiście jestem im wdzięczny i winszuję odwagi. Jako duży dzieciak wychowany na kilkudziesięciostronicowych szmatławych zeszytach TM-Semic (i piszę o tym z szacunkiem oraz sentymentem) jestem zachwycony, że komiks w Polsce doczekał się tego rodzaju ekskluzywnych wydań. I że ja doczekałem.

Czytaj dalej „Sprawiedliwość – Alex Ross, Jim Krueger”

Czarna Dalia – James Ellroy

czarna daliaDoszły mnie pewne słuchy na temat Jamesa Ellroya, więc postanowiłem poszukać jakichś namacalnych dowodów potwierdzających te niezwykle intrygujące opinie. Szpiegujące mnie na każdym kroku Google (co mi w sumie nie przeszkadza, bo nie mam nic do ukrycia) przekierowało mnie czym prędzej w znajome rejony bloga Bibliomiśka, którego przy okazji pozdrawiam, bo zdarzało się, że tu zaglądał – cześć! Znalazłem tam pewien wywiad z 2011 roku, którego lektura sprawiła, że wielokrotnie uśmiechnąłem się jak głupi do monitora, bo Ellroy rozbija w tej rozmowie bank megalomanii, a jego ego może służyć jako kula burząca. Pisarz sam siebie porównuje to do Beethovena (był taki grajek, ponoć niezły), to znów do Tołstoja, a przy okazji wymyśla sobie imponujące przydomki w rodzaju „demonicznego psa czarnej literatury”. Robi to aby uprzedzić tych wszystkich durnych pismaków, których stać jedynie na nazwanie go następcą Raymonda Chandlera, a akurat tego pisarza Ellroy nie ceni i wykreowanego przez niego Philipa Marlowe’a nazywa otwarcie „przestylizowaną pizdą”. Waginalną zniewagą oberwał także John F. Kennedy, „jebaka, którego bardziej od polityki kręciły cipki”, więc można założyć, że zamach uchronił go przed licznymi chorobami wenerycznymi. Ale James Ellroy potrafi być również nieco bardziej umiarkowanym w swoich poglądach, stąd Baracka Obamę określa jedynie fatalnym prezydentem, a Conana O’Briena delikatnie mówiąc pajacem (ale taka jego praca). Ceni za to twórczość m. in Dona DeLillo (przy okazji: chce ktoś sprzedać „Biały szum”?; płacę jak za prezydenta) oraz Dashiella Hammetta, więc jednak potrafi też nie być burakiem. Tak bezpośrednich, barwnych postaci nam trzeba i nie sposób Ellroyowi odmówić charyzmy nawet gdy sam przyznaje, że większość tego co robi, robi dla pieniędzy oraz promocji. No i na zdrowie James. Aha, poza tym, doszły mnie również słuchy, że podobno zupełnie przy okazji pisze on świetne kryminały.

Czytaj dalej „Czarna Dalia – James Ellroy”

Przeklęci – Chuck Palahniuk

przekleciNo ale Chuck, z tymi tytułami to mógłbyś się bardziej wysilić. Opętani, potępieni, teraz przeklęci, a co w kolejce? Może jacyś napiętnowani, albo nawiedzeni i jak nic trzeba będzie wzywać egzorcystę. Kiedy grubo ponad trzy lata temu spisywałem wrażenia z lektury Potępionych nie do końca chciało mi się wierzyć, że powstanie jej kontynuacja. Zakończenie niby dosyć wyraźnie to sugerowało, ale przecież jeszcze nie gwarantowało. A tu proszę – mamy dalszy ciąg losów nastoletniej Madison, której nie dane będzie dorosnąć, bo nie żyje. Nie powiem, żeby ukazanie się tej książki jakoś szczególnie podgrzało mój czytelniczy głód, bo choć zwykle interesuje mnie wszystko co wypluwa z siebie Palahniuk, to tym razem zabrakło z mojej strony jakiegoś entuzjazmu i zaintrygowania – tego miłego dreszczu oczekiwania i niepewności o czym będzie następna powieść. W przypadku tej książki było z grubsza wiadomo, czego można się spodziewać, mimo to Chuckowi udało się mnie w jakimś stopniu zaskoczyć. I jeśli tematem Potępionych była autorska wizja wizyty w Piekle, to Przeklęci zabierają nas na spacer po czymś w rodzaju Czyśćca – strefie zawieszonej między Niebem a Piekłem, a prościej mówiąc – wracamy na Ziemię.

Czytaj dalej „Przeklęci – Chuck Palahniuk”

Czerwony syn – Mark Millar

czerwony synUznałem, że warto. Że nawet jeśli nikogo to tak naprawdę nie zainteresuje, to warto, bym zaznaczył istnienie tego komiksu, bo o powieściach graficznych wspominam raczej rzadko, ale jednak rezerwuję sobie taką możliwość w wyjątkowych przypadkach. Od czego zależy tego rodzaju wyjątkowa okoliczność? To również zostawiam sobie do subiektywnej oceny, bądź też kaprysu – na jedno wychodzi. A Czerwony syn z pewnością jest opowieścią wyjątkową, której koncepcję powinni docenić również czytelnicy, którzy na co dzień traktują komiksy obojętnie. Nawet oni zwykle wiedzą, że niejaki Superman jeszcze jako niemowlę przybył na Ziemię z kosmosu (no, uogólniając) i wylądował swoją kapsułą ratunkową na polu w Kansas. Tam został znaleziony przez małżeństwo Kentów, wzięty pod opiekę i wychowany w imię i poszanowaniu dobra. Bla, bla. Taki jest żelazny kanon, nietykalne korzenie każdej historii z Supermanem w głównej roli. A co robi Mark Millar w swoim scenariuszu? Bierze do pomocy kilku rysowników, po czym bezczelnie wyrywają te korzenie. I najlepsze w tym wszystkim jest to, co dostajemy w zamian: bo gdyby mały Superman wcale nie rozbił się na terenie USA? Ba-dum! Co by było, gdyby nową ojczyzną Człowieka ze Stali został Związek Radziecki? No kurde, jak dla mnie pomysł tak nieprawdopodobny, że aż świetny. To tak, jakby Wilka i Zająca wysłać do Nowego Jorku. Nu, pogodi!

Czytaj dalej „Czerwony syn – Mark Millar”

Marsjanin – Andy Weir

MarsjaninPojawił się pomysł na porno w kosmosie. Podobno nikt tego jeszcze nie robił w prawdziwie zerowej grawitacji, a nawet jeśli, to nie pozostał z tych figli żaden materiał filmowy. Więc najtęższe głowy w branży rzuciły ideę, by wysłać w kosmos słynnego Łysego z Brazzers i jakąś atrakcyjną cizię do pary, a ci zrobiliby już to, co leży w ich obowiązku. Im więcej materiału nakręcą, tym lepiej, bo z czegoś muszą filmik zmontować, dlatego trzeba kogoś z kondycją. Wyobrażam sobie, że byłoby sporo scen, w których bohaterowie w miłosnym uniesieniu nieważkości obijają się o przeróżne elementy scenografii, ściany, sufity i podłogi ich „rakiety pożądania”, bo te nigdy nie należały do przestronnych. To wszystko trzeba wyciąć, bo nie jest seksi, a powstałe przy okazji siniaki ukryć. Ale może by się udało wykroić dziesięć minut bezkolizyjnego, bezpiecznego seksu na filmik do sieci – dłuższych i tak nikt przecież nie ogląda w całości. Trzeba przyznać, że cały zamysł jest wielce ambitny i osobiście z niecierpliwością oczekuję na kolejne wieści oraz ostateczny produkt. Łysemu z Brazzers po takim wyczynie pozostałoby już tylko ubieganie się o fotel prezydenta USA, a nawet prezydenta świata. Albo mógłby zechcieć wybrać się z seks-misją na Marsa, by po raz kolejny zostać pionierem i zasłużyć na własne miejsce w podręcznikach historii. To jednak przyszłość, odsuńmy ją póki co na margines, a tymczasem musimy zadowolić się bardziej tradycyjnymi i niestety mniej widowiskowymi wyprawami na Czerwoną Planetę. Własną wizję jednej z takich ekspedycji przedstawi nam Andy Weir.

Czytaj dalej „Marsjanin – Andy Weir”

Michael Jordan. Życie – Roland Lazenby

jordan zycieDruga połowa lat 90. to czas mojej fascynacji NBA. Okres, kiedy na amerykańskich parkietach brylował Jordan z ekipą Byków był niezwykle motywujący, bo to właśnie wtedy z własnej inicjatywy nauczyłem się podstaw gry w koszykówkę. Kupiłem piłkę, jak również podręcznik wyjaśniający zasady gry oraz technikę najważniejszych jej elementów, bo wcześniej nie potrafiłem nawet kozłować w ruchu, a dwutakt był tylko czymś, z czego dostawałem jedynki na wuefie. W pokoju powiesiłem mini kosz, do którego rzucałem mini piłką zamiast odrabiać lekcje. Co rano włączałem TV, by sprawdzić na Telegazecie (jakie czasy, taki Internet) wyniki nocnych spotkań, w szkole przeglądałem czasopisma w rodzaju „Magic Basketball”, a po lekcjach paradowałem w koszulce Jordana, którą kupiłem za wybłagane od rodziców pieniądze. Nieważne, że była o kilka numerów za duża, sięgała do kolan i wisiała na mnie jak na cmentarnym krzyżu – tylko taką mieli i wymarzyłem ją sobie. Była za to zaskakująco dobrze wykonana – mam ją do dzisiaj, zachowaną w całkiem niezłym stanie i wreszcie nie jest za duża. Potem nadeszły niezapomniane finały Byków z Utah Jazz, którymi się ekscytowałem jak pomyleniec, ale tuż po ich zakończeniu i wraz z rozpadem niesamowitej drużyny z Chicago także moja motywacja osłabła. Nadal lubiłem porzucać, ale koszykarzem już być nie chciałem, bo życie jest jak partia szachów i nie każdy może być czarny. Jednak mam do Jordana ogromny sentyment i gdybym musiał wybierać sportowca, który najmocniej wpłynął na moje życie, to byłby nim właśnie on. A jeśli się mocniej zastanowię, to okazuje się, że innych w ogóle nie było.

Czytaj dalej „Michael Jordan. Życie – Roland Lazenby”

Witajcie w Ciężkich Czasach – E.L. Doctorow

witajcie w ciezkich czasachWszyscy kojarzymy, jak to zwykle bywa w westernach, kiedy do spokojnego dotychczas miasteczka przybywa banda zbirów, którzy nie potrafią się zachować jak na dżentelmenów przystało. Zarośnięci jak agrest, śmierdzą gorzej od własnych koni, przesiadują w knajpie podszczypując prostytutki i pijąc whisky, a z płacenia za obie te przyjemności zamierzają wykręcić się poprzez wymachiwanie rewolwerem. Ostatecznie robią rozróbę, kogoś zranią, coś zniszczą, wsiądą na własne (albo nie) konie, oddadzą kilka strzałów na wiwat i krzycząc coś w stylu „hija!” pogalopują w siną dal. Albo nie. Albo w międzyczasie w knajpie pojawi się śmiałek z błyszczącą gwiazdą szeryfa na piersi, ze wsparciem kilku uzbrojonych w strzelby mieszkańców miasteczka. Szeryf opanowanym tonem wyjaśni bandytom, jak bardzo nie odpowiada mu ich obecność oraz zachowanie, każe im zapłacić za kobiety, whisky i wynosić się pod kamień, spod którego wypełzli. Panowie nagle odnajdą w sobie głęboko ukrytą szarmanckość oraz dobre wychowanie, po czym spełnią prośbę szeryfa, uchylą zakurzone od preriowego piasku kapelusze i grzecznie się oddalą na własnych koniach, odprowadzani wzrokiem dumnych z szeryfa mieszkańców. Albo nie. Albo łobuzy odpowiedzą temu cieciowi z gwiazdką, by odbył stosunek płciowy z własnym koniem, a potem z samym sobą, po czym wyciągną rewolwery i oddadzą kilka ostrzegawczych strzałów w kierunku głowy szeryfa oraz pozostałych obrońców. Wywiąże się strzelanina, pęknie mnóstwo butelek z dobrym alkoholem, z głowy pospadają kapelusze, a w trociny wysypane na podłodze knajpy zacznie wsiąkać krew. Scena z gatunku: klasyka Dzikiego Zachodu, ale możecie o niej zapomnieć. Powieść Doctorowa pozbawiona jest klasycznych scen i już piszę, co dostaniemy w zamian.

Czytaj dalej „Witajcie w Ciężkich Czasach – E.L. Doctorow”

Sokół maltański – Dashiell Hammett

sokol-maltaskiTak. Ja również nie mam pojęcia czym jest to coś na okładce mojego egzemplarza Sokoła maltańskiego. Przed lekturą żyłem jeszcze nadzieją, że w jej trakcie ta tajemnica się wyjaśni, ale nie – nic z tego. Nie chcę też zgadywać, bo natura moich skojarzeń jest raczej bez związku z tematyką powieści, choć pytanie „co chciał nam przekazać autor tej ilustracji?” będzie mi towarzyszyć każdorazowo, gdy ją ujrzę. Mógłbym w tym miejscu dodać parę oklepanych, ale celnych uwag o ocenianiu książki po okładce, ale mi się nie chce. W zamian napiszę, że Hammett według wielu źródeł wiedzy uznawany jest za ojca czarnego kryminału – gatunku być może szerzej znanego jako noir. Czym w zasadzie jest noir? Tego rodzaju powieść powinna charakteryzować się przede wszystkim mocnym fatalizmem (łącznie z klasyczną femme fatale) i brakiem jednoznacznie określonych postaci. W sensie, że nikt tu nie jest do końca dobry, ani zły, a przynajmniej nikt z postaci pierwszoplanowych. Na kreacji bohaterów i bohaterek zasadza się siła gatunku, bo to od nich wywodzi się cały cynizm oraz gorycz przedstawionej historii. To dzięki ich wątpliwej moralności tempo wydarzeń jest odpowiednie, a dialogi cięte. Noir to tak naprawdę cały zespół cech, ale chyba udało mi się wymienić te najważniejsze. Jednakże byłoby wskazane, by główny bohater był przy okazji prywatnym detektywem działającym w latach 40. ubiegłego wieku, koniecznie nosił kapelusz, jednego papierosa odpalał drugim i siedział w swoim zadymionym biurze oczekując na kolejne zlecenie. W tle leciałby jakiś jazzowy kawałek. Wtedy w drzwiach (takich koniecznie z szybą z mlecznego szkła) staje elegancka, ponętna kobieta i drżącym głosem prosi go o pomoc. Noir jak w mordę strzelił!

Czytaj dalej „Sokół maltański – Dashiell Hammett”

Kąpiąc lwa – Jonathan Carroll

kapiac_lwa_okladkaTrochę z własnego doświadczenia, trochę z przeczytanych zapowiedzi wnioskuję, że Jonathan Carroll specjalizuje się w literaturze, nazwijmy to, fantastycznej. Zwykle tworzy on w oparciu o nasz rzeczywisty świat, ale ubarwia go elementami paranormalnymi – równoległymi światami, demonami, podróżami w czasie, czwartym wymiarem, tajemnymi mocami, którymi dysponują jedynie wybrańcy – słowem: atrakcjami, których na co dzień nie dostrzegam, ale ja to zazwyczaj nawet znajomych na ulicy nie poznaję, a to przecież nie znaczy, że ich tam nie ma, prawda? Przy wymyślaniu tego rodzaju intryg od autora wymagana jest co prawda ponadprzeciętna wyobraźnia, ale konwencja wybacza też sporo nieścisłości logicznych, w przypadku których rozstrzygającym wytłumaczeniem ich istnienia jest argument BO TAK. Taki urok, trzeba mu się w jakimś stopniu poddać, a bycie uległym nie zawsze przychodzi z łatwością. Szczególnie jeśli na scenę teatru zdarzeń wkraczają takie dziwy jak gadające krzesło, które przemawia wyłącznie do kobiet i czerwona słonica, która jest słonicą i jest czerwona. To raptem dwa przykłady z brzegu i to takie mniej znaczące, więc przed ewentualną lekturą książki spuśćcie ze smyczy realizm, niech sobie gdzieś pobiega, nie będzie nam potrzebny. Aha, tytułowa kąpiel lwa ma znaczenie czysto metaforyczne, więc żadne zwierzę nie ucierpiało. Przy okazji będąc już w temacie, to ponoć jedynymi przedstawicielami z rodziny kotowatych, które potrafią pływać są tygrysy. Tak gdzieś i kiedyś przeczytałem, ale nie chce mi się tego weryfikować, więc fajnie, gdybyście uwierzyli na słowo.

Czytaj dalej „Kąpiąc lwa – Jonathan Carroll”

Z zimną krwią – Truman Capote

z-zimna-krwia-b-iext23538759Pod koniec lat 50-tych ubiegłego wieku, gdzieś w Kansas, w świecie ranczerów i małych miasteczek, w ślicznym domku na uboczu mieszkała sobie zamożna rodzinka Clutterów. Pan Clutter był człowiekiem sukcesu, ale jednocześnie pozostał skromnym, miłym i uczynnym mężczyzną, na którego szlachetne lico nie padał ani cień pychy. Pani Clutter to rozchwiana emocjonalnie dama ze skłonnością do popadania w depresję, a jej liczne problemy mentalne budziły wśród bliskich i znajomych współczucie dla tej tyleż samo nieszczęsnej, co uczynnej i dobrej kobiety. Powszechnie szanowaną w społeczeństwie rodzinę Clutterów uzupełniała dwójka nastoletnich dzieci. Wspaniała Nancy to wymarzony materiał na królową licealnego balu: ładna, inteligentna, zabawna i – a jakże! – uczynna dziewczynka. Uwielbiana przez rówieśników, osiągała świetne wyniki w nauce, miała mnóstwo zainteresowań, grała na instrumentach, z pasją piekła ciasta, szyła, jeździła konno i pomagała każdemu, kto o to poprosił. Dziecko idealne, a jej umysł prawdopodobnie nawet nie wziął pod uwagę, że mogłaby zrobić coś niegodziwego. Jej brat Kenyon trochę ginął w blasku wspaniałej siostry: uwielbiał przesiadywać w piwnicy, którą uczynił swoją jaskinią i oddawał się tam przyjemnościom majsterkowicza. Stukał, piłował, wiercił, malował, lakierował. Wysoki i niezgrabny, nikt nie chciał go wybierać do drużyny podczas wuefu w szkole, bo bez okularów był ślepy jak kret. Nie muszę chyba wspominać, że był również uczynny? Tak wspaniała i praktycznie pozbawiona skazy rodzina to godne podziwu, ale jednak nudne zjawisko. Szczęśliwie (przynajmniej dla nas, jako czytelników poszukujących wrażeń) już na początku powieści cała czwórka zostaje brutalnie, acz mało finezyjnie zamordowana. Uf, bo już się bałem, że będę zmuszony dalej czytać o kolejnych lekcjach gry na fortepianie Nancy, ale skoro nie, to kamień z serca.

Czytaj dalej „Z zimną krwią – Truman Capote”

W kleszczach lęku – Henry James

W.kleszczach.lekuLubicie te wszystkie filmowe dreszczowce i horrory, gdzie psychopatyczny i często zamaskowany morderca najpierw z ukrycia znęca się nad nieświadomymi ofiarami, a potem po kolei je zabija w mniej, lub bardziej wyrafinowany sposób, popisując się przy tym swoją wyobraźnią w metodach uśmiercania? No wiecie, te wszystkie grupy bezczelnych nastolatków, które trafiają do opuszczonego domostwa, schroniska, nawiedzonego lasu, na wyspę. Zbieranina, wśród których zawsze znajdzie się szkolny osiłek i buc (koniecznie w kurtce lokalnej drużyny futbolu amerykańskiego), jeden brzydki kujon, kilka atrakcyjnych i piersiastych nastolatek (plus jedna lesbijka), oraz Murzyn. Ten zwykle ginie jako pierwszy, w ramach rozgrzewki, taka to już klisza. A na końcu przeżywa tylko filigranowa blondynka, z gardłem zdartym od panicznego krzyku, wołania o pomoc oraz zgrabnymi nogami bolącymi od ciągłego uciekania i potykania się o przeszkody w postaci porzuconych: mebli, korzeni, pozbawionych głowy zwłok kolegów. No właśnie. Jeśli lubicie, to mam złą informację: żadnego z tych elementów nie ma w powieści Henry’ego Jamesa. I błyskawiczna poprawka: jest pewne imponujące domostwo, ale poza tym brak zbieżnych elementów. Uznajmy więc, że jeśli jesteście po prostu fanami domów, to czujcie się zaproszeni.

Czytaj dalej „W kleszczach lęku – Henry James”

Batman: Powrót Mrocznego Rycerza – Frank Miller

batman-powrot-mrocznego-rycerzaJest w filmie LEGO Przygoda taka wiele wyjaśniająca scena, w której klockowy Batman chwali się napisaną przez siebie dubstepową piosenką. Jej słowa doskonale oddają charakter i cechy bohatera, a brzmią mniej więcej tak: CIEMNOŚĆ. BRAK RODZICÓW. NADAL CIEMNOŚĆ. PRZECIWIEŃSTWO ŚWIATŁA. CZARNA DZIURA. OPUSZCZONE ZASŁONY. W PIWNICY. ŚRODEK NOCY. ZACIEMNIONE OKNA. INNE MIEJSCA GDZIE JEST CIEMNO. CZARNY KOSTIUM. CZARNA KAWA. CIEMNOŚĆ. BRAK RODZICÓW. SUPER BOGATY. Kapitalny kawałek, ale przyznaję, że ideę Batmana trudno się broni przed krytyką, bo nie ma żadnego usprawiedliwienia na to, by dorosły facet (milioner w dodatku) biegał po mieście przebrany za nietoperza i bił po twarzy złoczyńców. Nie oszukujmy się, to brzmi głupio, żenująco wręcz. Jednak geneza Mrocznego Rycerza sięga lat trzydziestych XX wieku i nie wypada podważać jego kultu oraz statusu popkulturowej ikony. Osobiście odczuwam do niego wielki sentyment, bo jak wiele innych komiksów, także te z Batmanem prowadziły mnie przez dzieciństwo. Ale rzewne wspomnienia na bok, bo dzieciństwo mam już raczej za sobą i pozostaje pytanie: czy Nietoperz ma coś do zaproponowania dorosłemu czytelnikowi, chcącemu uchodzić za poważnego? To pewnie zależy od tego, kto i jak będzie opowiadał, a autorów biorących się za bary z Batmanem mieliśmy już dziesiątki, jeśli nie setki. Efekty były różne, ale akurat Powrót Mrocznego Rycerza ubiega się o czołowe miejsca w ponadczasowych zestawieniach. A to już coś, bo jest tam niezwykle ciasno.

Czytaj dalej „Batman: Powrót Mrocznego Rycerza – Frank Miller”

Król w Żółci – Robert W. Chambers

krol w zolciZ horrorami mi nie po drodze. Filmów z tego gatunku nie lubię, bo albo zapominam się bać, albo stale czekam na moment, w którym powinienem zacząć się bać, a dla mnie to żaden relaks. Z książkami jest trochę inaczej, ale mając kilkanaście lat przeczytałem jakiś podrzędny horror Mastertona (Zaklęci) i jedyny fragment jaki z niego pamiętam, to scena seksu w domu pełnym strachów oraz uwięzionych w ścianach złoczyńców. Czego jednak oczekiwać od nastolatka, który seks znał wyłącznie z niezbyt dokładnie poukrywanych przez rodziców kaset z niemieckim porno? Czyli wychodzi na to, że próby wywołania we mnie poczucia grozy są skazane na niepowodzenie tak samo dotkliwe, jak próby chowania przede mną kaset VHS z fikołkami. Nawet samemu wielkiemu Lovecraftowi z trudem wychodziło niepokojenie mnie, ale koniec końców – chwilami jednak wychodziło i to trzeba mu oddać. Pomyślałem więc, że tym razem zrobię to jak należy i opowiadania Chambersa czytałem jedynie późnymi wieczorami, tuż przed snem, z wiatrakiem skierowanym na nagie plecy, by dreszcze były podręcznikowe. Efekt? Każdorazowo zasypiałem jak dziecko, spałem twardo (z przerwą na siku) i bez koszmarów, by obudzić się rano z bolącymi plecami. Tyle w kwestii grozy. Mam uczucie, że stale robię coś nie tak, ale nie mam pojęcia co takiego. Czekam więc na rady ekspertów w dziedzinie straszenia, a tymczasem przejdźmy do twórczości Chambersa, bo robię się głodny.

Czytaj dalej „Król w Żółci – Robert W. Chambers”

To nie jest kraj dla starych ludzi – Cormac McCarthy

To-nie-jest-kraj-dla-starych-ludziMcCarthy to mój filar i ostoja literacka, bo za każdym razem, gdy zaczynam odczuwać swego rodzaju przesyt przeciętnością lektur, chwytam za grzbiet Cormaca i przełamuję nim szarą serię. To taka pewna i zaufana inwestycja, defibrylator na zwalniające swe bicie serce czytelnika. Jest jak szklanka zimnej wody w upalny dzień, jak pierwszy lajk na fejsbuku, jak zastrzyk gotówki dla pogrążonego w długach człowieka, jak prawdziwy (udany) seks z drugą osobą po miesiącach przedłużającej się masturbacji. Krótko mówiąc: sprawia, że chce się jeszcze te kilka dni dłużej pożyć. Wiem, że wyolbrzymiam, ale to jest takie śmieszne, takie dobre, że zostawię. Akurat ta powieść McCarthy’ego miała już kilka lat temu swoją polską premierę, jednak jakość tamtego przekładu – delikatnie mówiąc – pozostawiała wiele do życzenia. Będąc już mniej subtelnym dodam, że pierwsze tłumaczenie ssało po całej linii i pozostanie wielką tajemnicą, czy ktoś w ogóle próbował to ze zrozumieniem przeczytać przed wydaniem. Wstyd, hańba, skandal i schabowe bez panierki. Piszę o tym w ramach przestrogi, bo osobiście wolałbym przyłożyć twarz do rozpędzonego śmigła, niż czytać tamten przekład, w którym nawet dialogi były wyróżnione myślnikiem, a każdy fan McCarthy’ego wie, jak bezczelna to profanacja wobec oryginału. Skruszone wydawnictwo pochyliło głowę, wzięło się w garść i wydało To nie jest kraj dla starych ludzi ponownie, tym razem jak należy. A ja, również jak należy, dodałem książkę do swojej kolekcji.

Czytaj dalej „To nie jest kraj dla starych ludzi – Cormac McCarthy”

Kocia kołyska – Kurt Vonnegut

20140722_184634Już drugi raz chwytam się za Vonneguta, bo nasze pierwsze spotkanie nie należało do tych wartych zapamiętania. Nadal zastanawiam się, jakim cudem tak ceniony i uwielbiany pisarz nie zrobił na mnie większego wrażenia swoją Rzeźnią numer pięć. Niby ją przeczytałem, niby po lekturze byłem w stanie wystawić jej całkowicie niemiarodajną  szkolną czwórkę, ale okazuje się, że nie został we mnie żaden ślad po Vonnegucie. Żaden – ani ulotnego dotyku, ani skojarzenia, ani wspomnienia. Tak jakbym nie czytał w ogóle, aż dziwne. No to co, spróbujemy jeszcze raz, Kurt? Mam tutaj taką oto Kocią kołyskę, podprowadzoną z siostrzanej półki, więc niewiele stracę jeśli znowu mnie rozczarujesz, ty, ty… rozczarowywaczu. Czyli spróbowałem – spróbowaliśmy razem z Kurtem i niespodzianka: znów się zawiodłem. Ja nie wiem, może to ja jestem jakiś opóźniony, może nie odbieram tej częstotliwości fal wysyłanych przez Vonneguta w celu porozumienia się z czytelnikiem, ale po raz drugi mam poważne kłopoty, by odnaleźć się w jego prozie. Nie ma między nami chemii (jakby to powiedziała nastolatka, zrywając ze swoim chłopakiem). Nawet nie chce mi się długo nad tym zastanawiać, bo im intensywniej na ten temat myślę, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że nie powinienem nawet pisać tej opinii. W obawie przed własną kompromitacją oczywiście. Bo zaraz pojawi się ktoś mądrzejszy ode mnie i w komentarzu wytknie mi, że nie zrozumiałem przesłania i żebym wrócił lepiej do czytania Pięćdziesięciu twarzy Greya oraz innych historyjek o zombie. Wielka mi rzecz, oczywiście, że nie zrozumiałem. Najwyraźniej nie jestem alfą i omegą w dziedzinie rozumienia literatury. Potem pomyślałem też, że to przecież mój blogasek i mogę kasować niewygodne komentarze, które obnażą moją niewiedzę. To mi dodało animuszu, zresztą napisałem już prawie trzysta słów i szkoda, by poszły na marne. Pora, byś się szykował na ostre bęcki krytyki, Vonnegut!
Choć będzie krótko, bo bywam miłosierny.

Czytaj dalej „Kocia kołyska – Kurt Vonnegut”

Kompleks Portnoya – Philip Roth

1ckompleksMam taki notesik, już chyba czwarty z kolei, w którym bazgrzę sobie podczas lektury: utrwalam spostrzeżenia, zapisuję lokalizację godnych uwagi cytatów i w ogóle podchodzę do sprawy profesjonalnie, muszę jedynie opanować robienie notatek bez odrywania wzroku od lektury. Staram się przy tym być zwięzły i standardem jest, że powieść o objętości Kompleksu Portnoya zajmuje w owym notatniku stronę, czasem półtora, ale nie przesadzajmy. Jakież było moje zdziwienie, kiedy spostrzegłem, że kończę trzecią stronę uwag do książki Rotha. Owszem, jedną z nich w całości zaanektowały same cytaty, ale to mimo wszytko niecodzienna sytuacja. A nie zapowiadało się, bo w porównaniu z tym, co dzieje się na dalszych stronach Kompleksu Portnoya sam początek historii jest w miarę zachowawczy, jakby nieśmiały i nawet niewinny. To pewnego rodzaju zapoznanie się z warunkami oraz okolicznościami, przypominające stanięcie w zimnej wodzie po kolana i chlapanie się nią po całym ciele, tuż przed całkowitym zanurzeniem. Te natomiast może okazać się mało przyjemnym, często dramatycznym, choć jednocześnie śmiesznym doznaniem. Bo Aleksander Portnoy podczas wizyty na kozetce u swojego psychoanalityka doktora Spielvogela wyzna nam wszystko – podzieli się obawami, zdradzi krępujące epizody swojego życia, w uniesieniu pochwali się niemałymi podbojami seksualnymi i tym, ile odwagi one wymagały, ale przede wszystkim uzewnętrzni się ze swoją nienawiścią (do rodziców, partnerek, społeczeństwa i zwłaszcza do samego siebie).

Czytaj dalej „Kompleks Portnoya – Philip Roth”