Sodoma i Gomora – Cormac McCarthy

cormac-mccarthy-sodoma-i-gomoraOdwlekałem to i celebrowałem. Nie chciałem jeszcze kończyć Trylogii Pogranicza, bo ten cykl po lekturze Przeprawy nabrał dla mnie kolosalnego znaczenia, reprezentując to, co najlepsze w literaturze i to wszystko, czego w niej szukam szeleszcząc setkami kartek. Sodoma i Gomora leżała więc długo na półce, a w mojej głowie piętrowo rodziły się kolejne pytania. Jak się ma – już nieco przeze mnie zapomniany – John Grady Cole (Rącze konie)? Co u Billy’ego Parhama (Przeprawa), którego trzy wyprawy do Meksyku cudownie ugodziły moją wrażliwość? Jak McCarthy splecie ich losy (bo wiedziałem, że to zrobi)? Czy dzisiaj na obiad znowu będą schabowe z ryżem? Czy chłopaki znów będą w kółko jedli tortillę z fasolą? Pytania, które nie wynikały z obawy o poziom opowieści, bo pod tym względem McCarthy z reguły nie zawodzi. Te pytania pojawiły się naturalnie, poprzedzając i napędzając moją lekką ekscytację oraz zniecierpliwienie przed lekturą. To działa na podobnej zasadzie, jak przenosiny do nowej klasy w szkole i towarzyszące temu kwestie w rodzaju „ciekawe, czy będą tam ładne koleżanki?” (wybaczcie męski punkt widzenia). I nie szkodzi, że te atrakcyjne koleżanki nigdy nie zaszczycą mnie spojrzeniem, nie pożyczą korektora, ani zeszytu do przepisania i nie odwzajemnią mojego zachwytu nimi – nie ma powodu, by tego od nich wymagać. Chodzi o samą możliwość obcowania z pięknem, czarem gestów i detalami, być w pobliżu, gdy przygryzają w zamyśleniu ołówek. A teraz najlepsze: Sodoma i Gomora, w przeciwieństwie do większości atrakcyjnych koleżanek, wynagrodzi nam każdą poświęconą jej minutę. I nie będzie wypominała, że chodzi nam tylko o seks.

Czytaj dalej „Sodoma i Gomora – Cormac McCarthy”

Przeprawa – Cormac McCarthy

nowe tytu³y_okladki pw.cdrNo i co z tego, że „Przeprawa” mocno przypomina „Rącze konie”? Obie powieści, wchodzące przecież w skład Trylogii Pogranicza, są na pierwszy rzut oka bliźniaczo podobne, a ktoś złośliwy mógłby nawet powiedzieć, że nie dostrzega między nimi większej różnicy. I rzeczywiście – gdyby spojrzeć na obie powieści powierzchownie, to „Przeprawa” serwuje nam klasyczną powtórkę z rozrywki – znów młodociani bohaterowie, zbliżony czas akcji umiejscowiony w okolicach II Wojny Światowej, wyprawa do Meksyku, utracone konie, które potem wypadałoby spróbować odzyskać, znowu te same menu (niezniszczalna tortilla z fasolą), a przede wszystkim znów trzeba dojrzewać szybciej, niż ludzka natura pozwala – doskonale znamy te motywy z „Rączych koni”. I powtórzę – ktoś złośliwy mógłby lekceważąco prychnąć, wykonać nieokreślony gest dłonią i zacząć narzekać na odtwórczość, ale mam jeden argument przemawiający za tym, by jednak po tę książkę sięgnąć. Uwaga: „Przeprawa” jest lepsza. Najzwyczajniej w świecie lepsza i stanowiąca naturalny krok naprzód w rozwoju trylogii. Jest bardziej urzekająca, bardziej wstrząsająca, bardziej zapadająca w pamięć.

Czytaj dalej „Przeprawa – Cormac McCarthy”

Rącze konie – Cormac McCarthy

Nie sposób zliczyć, ile to już razy Wspaniałe Stany Zjednoczone Ameryki, pępek naszej planety, ratowały świat. Przed kosmitami, asteroidami, epidemiami, Indianami, wszelkiego rodzaju kataklizmami, powodziami, huraganami, niczyją ropą naftową, a nawet piracką muzyką. I bynajmniej nie myślę o szantach. Często tych chlubnych czynów dokonuje samodzielnie jeden osobnik w śmiesznym wdzianku, bo jeśli superbohater nie jest Amerykaninem, to pochodzi najpewniej spoza naszego świata (ale i tak trafia w końcu do USA, bo przecież nie na Białoruś). Amerykanie są tak zaaferowani niesieniem pomocy całemu światu, że nie został wśród nich już nikt wolny, kto mógłby nam załatwić w końcu te nieszczęsne wizy, bo niedługo zaczniemy o nie żebrać (tak słyszałem, a mam już dość słuchania o tym). Mniejsza o to, wszak Amerykanie mają też Cormaca McCarthy’ego, którego każda kolejna powieść wywołuje wśród tamtejszych krytyków grupowy orgazm literacki. No tak, ale McCarthy jest Amerykaninem piszącym o swojej ojczyźnie, jej historii i swoich rodakach. Czy szary, polski czytelnik (bez wizy) zarabiający średnią krajową (akurat!), uodporniony na patriotyczne uniesienia oraz odpowiednio zdystansowany do wszystkiego co mejd in juesej, może równie entuzjastycznie podchodzić do lektury kolejnej książki tego autora? Cóż, wygląda na to, że tak, bo dobra literatura jest uniwersalna i obroni się na całym świecie. Jednak wypada wiedzieć, czego po McCarthym i jego twórczości oczekiwać, a czego raczej u niego nie doświadczymy. Kiedy już będziemy mieli za sobą te ustalenia, wtedy pozostaje przewrócić pierwszą stronę i pozwolić, by aura przyjemności z lektury na nas spłynęła.

Czytaj dalej „Rącze konie – Cormac McCarthy”