Statek – Stefán Máni

statekJeśli się nie mylę, to będzie najpewniej debiut literatury islandzkiej w moich rękach a zarazem tutaj. Nie żeby to był powód do szczególnego świętowania, czy też informacja warta zapamiętania. Ot, zwykła ciekawostka, że kolejny obszar na mapie świata mogę odhaczyć jako literacko odwiedzony. Choć trzeba przyznać, że przy okazji obyło się bez większych emocji, bo styl Mániego (uznajmy dla wygody, że tak się to odmienia) nieodzownie przywołuje skojarzenia z literaturą skandynawską, kryminałami konkretnie. Chociaż nie, bo z pewnością brakuje tutaj zblazowanego policjanta czy też detektywa z jakimś nałogiem, który mógłby z uporem prowadzić śledztwo. I dobrze, bo ta klisza powinna już męczyć każdego, kto miał styczność z gatunkiem. Statku nie wypada nawet określać kryminałem, bo zdecydowanie bliżej mu do thrillera, więc chyba pora byśmy porzucili te coraz częściej krzywdzące porównania. Zignorujemy nawet fakt, że powieść Mániego była nominowana do Glasnyckeln (w sensie: do Szklanego Klucza), a tego zaszczytu dostępują ponoć jedynie kryminały z krajów nordyckich. Do diabła, Máni! Ja próbuję cię tutaj bronić i nadać krztyny oryginalności, ale najwyraźniej wszystko się sprzysięgło przeciw nam. Będziemy jednak szli w zaparte i ustalmy: Statek jest thrillerem z własną, islandzką tożsamością i raczej nie pomylicie go z tabunem bliźniaczo podobnych do siebie skandynawskich kryminałów, spośród których coraz trudniej wyłowić jakąś perełkę.

Czytaj dalej „Statek – Stefán Máni”

Reklamy

Co nas nie zabije – David Lagercrantz

co nas nie zabijeTrochę mnie ciekawi, jakie myśli zmotywowały Lagercrantza do podjęcia się tego śmiałego zadania. Jeśli ktoś jeszcze nie wie o jakie wyzwanie chodzi, to przypominam, że Co nas nie zabije jest oficjalną kontynuacją głośnej trylogii Millenium, która jeszcze kilka lat temu wywindowała skandynawski kryminał jako gatunek na szczyty popularności wśród masowego czytelnictwa. Było to wydarzenie o wielkiej sile literackiego rażenia i jeśli ktoś się nie zetknął z tematem to prawdopodobnie żył w tamtym okresie w jaskini, albo pod jakimś głazem. Nawiasem mówiąc to mam wrażenie, że autor Millenium musiał umrzeć, by świat się przekonał jak udane powieści spłodził. Ale może to tylko wrażenie właśnie. Więc co z tymi motywacjami Lagercrantza? Bo niby można się zasłaniać wyzwaniem literackim i próbie dorównania Larssonowi, ale bądźmy szczerzy – autor oryginalnej trylogii jakimś wybitnym wirtuozem prozy nie był, a siła jego książek leżała według mnie w przemyślanej intrydze, krwistych postaciach i płynnym stylu, który przede wszystkim miał nie przeszkadzać w chłonięciu treści. W takim razie może chodzi o splendor i rozgłos, bo czy można sobie wyobrazić lepszą promocję dla mało znanego (szczególnie poza Szwecją) pisarza, jakim jest Lagercrantz? Owszem – ten musiał się przy okazji wykazać trochę jajami ze stali, a trochę śmiałą bezczelnością oraz wiarą we własne możliwości, ale kiedy już podjął decyzję to było jak wspomniałem: warsztatowo poprzeczka nie wisiała wcale na jakimś niebotycznym poziomie, a całą czarną robotę odwalił wcześniej sam Larsson, zostawiając następcy gotowy kryminał-instant. Bo bohaterowie wraz ze swoim rysem psychologicznym już gotowi, sprawdzeni, zatwierdzeni przez czytelników i – co najważniejsze – obdarzeni przez nich sympatią. Środowisko działania i relacje między postaciami również wyraźnie nakreślone, na dobrą sprawę wystarczyło więc zalać to wszystko wrzątkiem nowej intrygi, a potem patrzeć co z tego wyniknie. A ponieważ Lagercrantz jest również dziennikarzem śledczym i spiski to jego codzienność, to inspiracji fabularnych zabraknąć mu nie powinno. Wiem: wymądrzam się niepotrzebnie, tak jakby napisanie kryminału to była bułka z mleczkiem i kaszka z masłem, ale chciałbym przez to zwrócić uwagę, że być może poziom wyzwania wcale nie był tak wysoki, jak mogłoby się z początku wydawać.

Czytaj dalej „Co nas nie zabije – David Lagercrantz”

Pielgrzym – Terry Hayes

pielgrzymAch, jak się chce czasami coś męskiego zrobić! Poczuć się samcem z prawdziwego zdarzenia i umorusać się olejem silnikowym, porąbać drwa na opał, pooglądać za kobiecymi pośladkami, obejrzeć porno, uderzyć żonę, poczytać komiksy ze Sknerusem McKwaczem i jakiś kryminał noir, albo chociaż thriller sensacyjny. Koniecznie taki z silnym (psychicznie i fizycznie) bohaterem męskim, aby w trakcie lektury można było się z nim utożsamiać, kiwać głową w geście aprobującym jego czyny i przy każdej podejmowanej przez niego decyzji (takich na skraju życia lub śmierci) mówić sobie: niewątpliwie zrobiłbym tak samo. Rozbroiłbym tego bandziora i uwolnił zakładników, żaden problem. Wbiegłbym do płonącego budynku, by ratować te kocięta. Odebrałbym połączenie z zastrzeżonego numeru, choć prawie pewne, że natychmiast  pożałowałbym tej lekkomyślności. Bycie stanowczym i odważnym mężczyzną nie jest przecież aż tak trudne. A potem zostałbym bohaterem jakiejś powieści, w której ratuję świat od katastrofy i stanąłbym w jednym szeregu z takimi tuzami jak: James Bond, Jason Bourne, Sławomir Borewicz i kapitan Żbik. Byłbym właśnie kimś w stylu tytułowego Pielgrzyma od Terry’ego Hayesa – agentem tak bardzo supertajnym, że nawet gdy teraz o nim piszę, to niespokojnie oglądam się przez ramię, czy aby nikt mnie zaraz nie sprzątnie za odkrycie jego sekretu. Niby fikcja literacka, ale kto ich tam wie, tych niesamowitych szpiegów…

Czytaj dalej „Pielgrzym – Terry Hayes”

Ostateczne wyjście – Natsuo Kirino

Ostateczne-wyjscieJapończycy to naród tak samo pokręcony, co sympatyczny. Pracowici, ale obdarzeni niezwykłym dystansem do samych siebie, co potwierdzi każdy, kto oglądał jakikolwiek telewizyjny szoł, czy teleturniej ich produkcji. Bieganie na golasa, tarzanie się w błocie i przebieranie się za gigantyczne dildo to jakby codzienność (aż przypomina się nieodżałowany klasyk Takeshi’s Castle). A teraz zagadka: do jakiej płci należy imię Natsuo? Co do odpowiedzi można mieć uzasadnione wątpliwości, dopiero spojrzenie na notkę biograficzną je rozwiewa. I kiedy mamy już ustalone, że Kirino jest kobietą, możemy wreszcie zabrać się do czytania tego intrygującego thrillera, pełnego azjatyckiego szyku. Czuję się zobowiązany z góry zaznaczyć, że Ostateczne wyjście z pewnością warte jest przeczytania, bo książka swoją atmosferą przypomina prześwietne koreańskie filmy o seryjnych zabójcach, a dla mnie osobiście byłby to wystarczająco przemawiający argument. Ambicja Kirino popchnęła ją do próby stworzenia nieprzewidywalnego dramatu z kłopotliwymi zwłokami oraz wewnętrznymi rozterkami niekoniecznie stabilnych mentalnie bohaterów i kurczę, chyba się udało. Co prawda nasycenie portretów psychologicznych to nie poziom „Zbrodni i kary”, ale nie piszę o tym w kategoriach wady, jedynie punktu odniesienia. Więc thriller psychologiczny, ale jednak bardziej thriller niż psychologiczny, jeśli wiecie, co mam na myśli. Jeśli nie, to chyba mam dzisiaj problem z wyrażaniem się jasno. W takim przypadku przepraszam i przechodzę do kolejnego akapitu.

Czytaj dalej „Ostateczne wyjście – Natsuo Kirino”

Trzy sekundy – Börge Hellström, Anders Roslund

Nie uwolnimy się. Z półek atakuje nas skandynawska literatura. Z lodówki wypadają kolejne tomy szwedzkiej i norweskiej powieści. Media donoszą o każdym nowo koronowanym królu skandynawskiego kryminału, bo rotacja na tronie większa niż w ochronie kas Tesco. Można się irytować, można się z tego śmiać, ale można również postawić stówę przeciw garści orzechów, że się nie uwolnimy. „Trzy sekundy” to podobno zdobywca tytułu najlepszej szwedzkiej powieści kryminalnej 2009 roku, ale kto by ich tam sprawdzał, czy rzeczywiście tak było i co za autorytet tak zadecydował. Niemniej ciekawe, że dopiero teraz, po trzech latach, ukazuje się polski przekład powieści. I choć „Trzy sekundy” figurują w bibliografii autorów jako piąta część cyklu (z czego po polsku ukazały się trzy, a czwarta z niezrozumiałych przyczyn została pominięta) to z powodzeniem i bez poczucia dyskomfortu można czytać ją jako samodzielne dzieło. A już na wstępie przyznam szczerze, że przeczytać warto. Powieść Roslunda i Hellströma może bowiem się pochwalić swoistym magnetyzmem, za którym nieco tęskniłem od czasu Larssona. Tak! Właśnie w pełni świadomie porównałem „Trzy sekundy” do trylogii Millenium (prawdopodobnie już uznanej za dobro narodowe Szwecji). Nie w kwestii tematyki, bo to bardziej thriller, niż kryminał, ale w potencjalnej zdolności do przyciągnięcia wzroku czytelnika, że to tak skomplikowanie nazwę. No, cholernie dobrze się to czyta, po prostu.

Czytaj dalej „Trzy sekundy – Börge Hellström, Anders Roslund”