Bracia Lwie Serce – Astrid Lindgren

bracia-lwie-serce1Nie będę strzępił klawiatury na opowiadanie o tym, w jaki sposób znów doprowadziłem do sytuacji, że czytam kolejną bajkę dla dzieci, chociaż pod niektórymi względami staram się uchodzić za dorosłego. Sam do końca tego nie pojmuję, ale najwyraźniej to efekt impulsywnej decyzji, pod wpływem której jednego dnia dodaję daną książkę do listy, by po miesiącu nie pamiętać już dlaczego właściwie to zrobiłem. Taka klasyka w przypadku każdego, kto regularnie czyta, ale nie narzekam, bo zdarzają się większe zmartwienia w życiu. Astrid Lindgren również należy do klasyki, ale literatury dziecięcej, choć akurat Braciom Lwie Serce trudno jest rywalizować o rozpoznawalność z Fizią Pończoszanką (przy okazji: uwielbiam to wymawiać) czy też z ekipą łobuzów z Bullerbyn. Nie powinno być dla nikogo zaskoczeniem, że twórczość Lindgren wykraczała daleko poza te dwa dzieła (cykle), a opowieść o Braciach Lwie Serce to jedna spośród dziesiątek tych mniej znanych historii. Chciałbym napisać, że tak samo warta przeczytania, ale jednak Dzieci z Bullerbyn to zupełnie inna, wyższa klasa, a Fizi Pończoszanki tak naprawdę nigdy nie czytałem, bo wydawała mi się zbyt dziewczyńska. Poza tym kiedyś oglądałem serial o jej wyczynach i z braku alternatywy byłem zmuszony bawić się jej lalką (niemiecką Pippi Langstrumpf), więc tej traumy było zbyt wiele, nawet jak dla mnie i nie chcę do tego wracać.

Czytaj dalej „Bracia Lwie Serce – Astrid Lindgren”

Reklamy

Co nas nie zabije – David Lagercrantz

co nas nie zabijeTrochę mnie ciekawi, jakie myśli zmotywowały Lagercrantza do podjęcia się tego śmiałego zadania. Jeśli ktoś jeszcze nie wie o jakie wyzwanie chodzi, to przypominam, że Co nas nie zabije jest oficjalną kontynuacją głośnej trylogii Millenium, która jeszcze kilka lat temu wywindowała skandynawski kryminał jako gatunek na szczyty popularności wśród masowego czytelnictwa. Było to wydarzenie o wielkiej sile literackiego rażenia i jeśli ktoś się nie zetknął z tematem to prawdopodobnie żył w tamtym okresie w jaskini, albo pod jakimś głazem. Nawiasem mówiąc to mam wrażenie, że autor Millenium musiał umrzeć, by świat się przekonał jak udane powieści spłodził. Ale może to tylko wrażenie właśnie. Więc co z tymi motywacjami Lagercrantza? Bo niby można się zasłaniać wyzwaniem literackim i próbie dorównania Larssonowi, ale bądźmy szczerzy – autor oryginalnej trylogii jakimś wybitnym wirtuozem prozy nie był, a siła jego książek leżała według mnie w przemyślanej intrydze, krwistych postaciach i płynnym stylu, który przede wszystkim miał nie przeszkadzać w chłonięciu treści. W takim razie może chodzi o splendor i rozgłos, bo czy można sobie wyobrazić lepszą promocję dla mało znanego (szczególnie poza Szwecją) pisarza, jakim jest Lagercrantz? Owszem – ten musiał się przy okazji wykazać trochę jajami ze stali, a trochę śmiałą bezczelnością oraz wiarą we własne możliwości, ale kiedy już podjął decyzję to było jak wspomniałem: warsztatowo poprzeczka nie wisiała wcale na jakimś niebotycznym poziomie, a całą czarną robotę odwalił wcześniej sam Larsson, zostawiając następcy gotowy kryminał-instant. Bo bohaterowie wraz ze swoim rysem psychologicznym już gotowi, sprawdzeni, zatwierdzeni przez czytelników i – co najważniejsze – obdarzeni przez nich sympatią. Środowisko działania i relacje między postaciami również wyraźnie nakreślone, na dobrą sprawę wystarczyło więc zalać to wszystko wrzątkiem nowej intrygi, a potem patrzeć co z tego wyniknie. A ponieważ Lagercrantz jest również dziennikarzem śledczym i spiski to jego codzienność, to inspiracji fabularnych zabraknąć mu nie powinno. Wiem: wymądrzam się niepotrzebnie, tak jakby napisanie kryminału to była bułka z mleczkiem i kaszka z masłem, ale chciałbym przez to zwrócić uwagę, że być może poziom wyzwania wcale nie był tak wysoki, jak mogłoby się z początku wydawać.

Czytaj dalej „Co nas nie zabije – David Lagercrantz”

Miód trzmieli – Torgny Lindgren

Miod_trzmieliPierwsze skojarzenie: jeśli Szwecja, to przede wszystkim Roxette. ABBA trochę też, ale nie lubię, bo za bardzo przypałowi. Za to Roxette – och, za szwedzkim duetem to w ogień nawet tu i teraz, zabierzcie moje oczy, ale nie empetrójki z Roxette. Pewnie wypadałoby w tym miejscu popisać się znajomością szwedzkiej literatury, bo o tym przecież powinien opowiadać ten wpis, ale dajmy sobie siana: żaden Stieg Larsson, żadna Tove Jansson, nawet żaden Lagerkvist (noblista przecież) nie spłodzili nigdy nic lepszego od Dressed for Success czy The Look (na na na na na NA NA NA na na NA!) i kilkunastu innych pop-hiciorów od których samoczynnie pękają ściągacze w skarpetkach, taka prawda. Przy A Thing About You i Spending My Time zdarzyło mi się dawno temu nawet nieumiejętnie całować. W usta. Z dziewczyną. Ładną, pachnącą, bystrą i trzeźwą. Niech te fakty przemówią same za siebie i głoszą chwałę Roxette. Natomiast jeśli Lindgren, to tylko Astrid i nie wiem, skąd tutaj jakiś Torgny (co to w ogóle za imię). Zupełnie nie mam pomysłu jak się do tej niezręczności odnieść i zapewne skończy się na tym, że się nie odniosę, by jakoś nie uchybić autorowi – ponoć szanowanemu w ojczystym kraju, wielokrotnie nagradzanemu członkowi Akademii Szwedzkiej. Moje słowa (bądź ich brak) nie zrobią żadnej różnicy.Zresztą zauważyłem, że oni wszyscy zawsze są wielokrotnie nagradzani i przestałem się zastanawiać czy tylko ja o tym nic nie wiedziałem. Zostawmy więc w spokoju autora i zatopmy drapieżne pazury pożądania w surowym powieściowym mięsie.

Czytaj dalej „Miód trzmieli – Torgny Lindgren”

Karzeł – Pär Lagerkvist

karzelNie jest do końca jasne, jak profesjonalnie nazywa się lęk przed karłami. A musi się jakoś nazywać, bo skoro nawet klauny zasłużyły na własną fobię, to i karły bezsprzecznie powinny mieć swoją. Kiedyś karłom nie było lekko, bo zajmowały one pozycję społeczną niewiele wyższą, niż ulubione psy gończe władców dworu. Wręcz w dobrym tonie było posiadać karła na własność, ot do zabawy, coś jak konto na Fejsie, a niejaka Katarzyna Medycejska (nie udało mi się znaleźć ani jednego teledysku tej piosenkarki) była nawet nazywana „karlą fetyszystką” (strony porno również milczą na jej temat). Ten kult praktycznie już wygasł, ale tu i tam nadal można spotkać się z zawodami w rzucaniu karłem. Co prawda nie jest to dyscyplina olimpijska, ale kto wie, co będzie za lat kilka. Przyznam, że mnie karły nieco przerażają i miewam poważne obawy, że któregoś dnia się skrzykną, wzniecą bunt i przejmą władzę nad światem. Nie wydaje mi się, by ludzkość była gotowa do obrony przed tego rodzaju zagrożeniem, muszę wiec w tym miejscu się zabezpieczyć i napisać, że prywatnie nic do nich nie mam. Nie znam osobiście żadnego karła, nad czym okrutnie ubolewam, bo mogłaby z tego wyniknąć prawdziwa przyjaźń, gdybym tylko zdołał opanować własny lęk. Tym samym jestem na Lagerkvista trochę zły, bo jego powieść raczej podsyca we mnie żar niepokoju, a tytułowy karzeł nie jest kimś, kto budzi zaufanie i raczej nie pozwoliłbym mu wymasować mi łydek, o wpuszczeniu do łóżka nawet nie wspominam.

Czytaj dalej „Karzeł – Pär Lagerkvist”

Muminki – Tove Jansson

muminki-ksiega-pierwszaA wiedzieliście na przykład, że do autorki Muminków zgłosił się pewnego razu producent podpasek, aby otrzymać zgodę na nazwanie swojego produktu „Małą Mi”? No kurde, chwytliwe, nie zaprzeczę. Dziewczynki byłyby zachwycone, niestety, Tove Jansson grzecznie odmówiła. Natomiast ja, w czasach gdy nie wiedziałem jeszcze czym jest i do czego służy podpaska, w każdy piątek, punktualnie o dziewiętnastej godzinie z wypiekami na twarzy biegłem przez podwórko, z hukiem wpadałem do domu i nie ściągając dziurawych trampek (aby nie zgubić cennego piasku, który w nich cały dzień zbierałem), z brudnymi kolanami rozsiadałem się na wersalce, by z przejęciem obejrzeć przygody Muminków. Po prostu ta bajka miała w sobie trudny do określenia urok i pomimo cukierkowej powierzchowności, była dostrzegalnie muśnięta przerażająco mrocznymi fragmentami i uczuciem ciągłego zagrożenia. Choćby Buka – symbol dziecięcych koszmarów – to chyba najlepszy przykład, ale byli przecież niepokojąco milczący Hatifnatowie, czy też Czarodziej, poszukujący po całym świecie swojego magicznego kapelusza. To wszystko byłoby jednak niczym, bez odpowiedniej atmosfery, a tej zarówno w bajkach, komiksach, a przede wszystkim w literackim pierwowzorze mamy po same uszy.

Czytaj dalej „Muminki – Tove Jansson”

Trzy sekundy – Börge Hellström, Anders Roslund

Nie uwolnimy się. Z półek atakuje nas skandynawska literatura. Z lodówki wypadają kolejne tomy szwedzkiej i norweskiej powieści. Media donoszą o każdym nowo koronowanym królu skandynawskiego kryminału, bo rotacja na tronie większa niż w ochronie kas Tesco. Można się irytować, można się z tego śmiać, ale można również postawić stówę przeciw garści orzechów, że się nie uwolnimy. „Trzy sekundy” to podobno zdobywca tytułu najlepszej szwedzkiej powieści kryminalnej 2009 roku, ale kto by ich tam sprawdzał, czy rzeczywiście tak było i co za autorytet tak zadecydował. Niemniej ciekawe, że dopiero teraz, po trzech latach, ukazuje się polski przekład powieści. I choć „Trzy sekundy” figurują w bibliografii autorów jako piąta część cyklu (z czego po polsku ukazały się trzy, a czwarta z niezrozumiałych przyczyn została pominięta) to z powodzeniem i bez poczucia dyskomfortu można czytać ją jako samodzielne dzieło. A już na wstępie przyznam szczerze, że przeczytać warto. Powieść Roslunda i Hellströma może bowiem się pochwalić swoistym magnetyzmem, za którym nieco tęskniłem od czasu Larssona. Tak! Właśnie w pełni świadomie porównałem „Trzy sekundy” do trylogii Millenium (prawdopodobnie już uznanej za dobro narodowe Szwecji). Nie w kwestii tematyki, bo to bardziej thriller, niż kryminał, ale w potencjalnej zdolności do przyciągnięcia wzroku czytelnika, że to tak skomplikowanie nazwę. No, cholernie dobrze się to czyta, po prostu.

Czytaj dalej „Trzy sekundy – Börge Hellström, Anders Roslund”

Dzieci z Bullerbyn – Astrid Lindgren

Raz, dwa, trzy na me wezwanie,
A za czwartym niech się stanie,
A za piątym niech tu będzie,
A za szóstym huknie wszędzie.

I stało się! I huknęło! Ponieważ jestem odważnym człowiekiem, toteż w ramach kolejnego wyzwania czytelniczego sięgnąłem po lekturę, przy której poległo wielu trzecioklasistów. Między innymi ja sam, ale to tylko dlatego, że bałem się iść do szkolnej biblioteki. Tamtejsza pani szarpała niegrzecznych chłopców za baczki, więc wyszedłem z założenia, że lepsza pała w dzienniku, niż jej starcze palce ciągnące boleśnie za moje „pekaesy”. Teraz, zmotywowany przez pewną wesołą pannę, postanowiłem dzielnie zacisnąć zęby i przeczytać „Dzieci z Bullerbyn” – od początku do końca, bez wymówek, bez strojenia głupich min i omijania trudnych fragmentów. I się udało.

Czytaj dalej „Dzieci z Bullerbyn – Astrid Lindgren”