Chochoły – Wit Szostak

wit-szostak-chocholySam nie do końca wiedziałem, czego mogę i powinienem oczekiwać od twórczości Wita Szostaka. Nie żebym jakoś szczególnie gorliwie poszukiwał informacji na ten temat, ale te, na które przypadkowo trafiałem były tak mgliste, że aż wysuwałem dolną wargę i wzruszałem ramionami, bo wyjaśniały mi tyle co pyszne, soczyste nic. I znów musiałem zdać się na swój instynkt, nigdzie oparcia; przeklęty, nieprzydatny Internet. Naturalnie nie mogę jednocześnie zagwarantować, że poniższa opinia komukolwiek przyniesie coś dobrego, ale tego nikt i nigdy tutaj nie obiecywał. To chyba też najlepszy moment by się przyznać, że nie wiem od czego zacząć. Jak zacząć? Mógłbym spróbować określić gatunkową przynależność Chochołów, ale przypominałoby to zabawę w ciuciubabkę: zakładając, że uda się nam cokolwiek uchwycić, to jeszcze wypadałoby pomiętolić to w dłoniach, posmakować na podniebieniu i jakoś nadać temu imię. Tymczasem Szostak zaprasza nas do krakowskiej kamienicy, którą prawie w całości zaanektowała wielopokoleniowa familia Chochołów. Dziadkowie, babcie, matki, ojcowie, wujkowie, ciotki, kuzynki – do wyboru, wszyscy rozrzuceni po wielu piętrach jednego budynku. Nie zabraknie też kilku psów, bo psy są fajne. Gdzieś pośród tego tłumu postaci jest bohater i zarazem narrator opowieści: bezimienny reprezentant jednego z młodszych pokoleń, czujny obserwator nocnego życia Domu. Tak, Domu, bo idea scalenia w jednym miejscu niemałej przecież rodziny nie pozwala kamienicy nazywać inaczej, niż używając wielkiej litery. I tyle wypada wiedzieć na dobry początek. Podsumujmy więc wstępnie:

a) Dom;
b) liczna familia Chochołów;
c) nasz ździebko nieżyciowy bohater (byłoby mi łatwiej, gdyby jednak nadano mu jakieś imię, a niech cię, Wicie Szostaku!).

Ce zawarte w Be, zawarte w A.

Czytaj dalej „Chochoły – Wit Szostak”