Ilion – Dan Simmons

ilionDan Simmons pojawia się tutaj już po raz kolejny, ale co najciekawsze, zawsze jest to na tyle odmienne podejście do literatury, że równie dobrze możemy mówić o innym autorze. Obecny Simmons niewiele ma cech wspólnych z autorem niedawno omawianego i niewątpliwie wspaniałego Terroru, czy też równie wyśmienitego Drooda. Simmons, o którym będzie dzisiaj mowa najbardziej przypomina Simmonsa z niedocenionego i w dawnych czasach szturchanego przeze mnie kijem  Hyperiona (nigdy nie twierdziłem, że się znam). Gdybym o tym wiedział przed lekturą, to parokrotnie bym kwestię przemyślał. A tak: zaślepiony uwielbieniem do ostatnich dzieł autora oraz zachęcony tematyką Ilionu (bo przecież – gdyby ktoś nie był świadom – to inne określenie dla mitycznej Troi) rzuciłem się tę na powieść, jak kuna w agrest. Liczyłem, że otrzymam to w czym autor jest według mnie najlepszy, czyli swoistą wariację znanych wydarzeń, alternatywną wersję historii, w której białe plamy niewiedzy zostaną przez Simmonsa zakamuflowane jego wyobraźnią. Cóż, wyszło nie do końca tak, choć nie powiem żebym był akurat tą kwestią jakoś szczególnie rozczarowany. Bo słynna wojna trojańska jest tutaj obecna, ale jej okoliczności są dość niecodzienne i niewątpliwie fascynujące (wrócimy do tego). Jednak konflikt pod murami Priamowej Stolicy to zaledwie trzecia część tej książki, a pozostałe dwa wątki nie wypadają już w moich oczach równie okazale. Ale zacznijmy od paru słów o każdym z nich. Uwaga, mogę przynudzać. No to CYK, jak powiedział budzik do zegarka.

Czytaj dalej „Ilion – Dan Simmons”

Reklamy

Terror – Dan Simmons

terror1To są takie chwile, gdy nie do końca wiem jak zacząć, bo jeśli teraz nie ujarzmię rumaka emocji, to później czeka mnie jedynie niekontrolowany galop, który nie wiadomo jak i gdzie się zakończy. Spróbuję więc podejść do kwestii nieco na zimno i zaznaczę, że z Simmonsem mieliśmy raczej trudne początki, bo jego Hyperion nie zrobił na mnie większego wrażenia. Moja surowa opinia spotkała się wtenczas z zarzutami, że „chuja się znam”. Pamiętacie? Nie? Cóż, wystarczy, że ja zachowałem czułe wspomnienia z tego incydentu. Oczywiście nie odbieram wspomnianej krytyce racji, bo nigdy też nie twierdziłem, że się znam, ale ten argument nie sprawił jeszcze, że Hyperiona doceniłem (nadal jest mi dość obojętny). Potem Simmons próbował mnie zbałamucić Droodem i w tym przypadku poszło mu już znacznie, znacznie lepiej. Na tyle dobrze, że z miejsca zacząłem się rozglądać za kolejną lekturą jego autorstwa, jednak upatrzony przeze mnie Terror należał wtedy do tych trudno dostępnych powieści – jedynie używane egzemplarze, najczęściej nieciekawe wizualnie, a nic nie smuci mnie bardziej, jak zaniedbana książka, z której wypadają strony, gdy próbuję ją czytać. Bez kitu, nawet afrykańskie dzieci z wydętymi od głodu brzuszkami nie mają startu. Ale od kiedy w księgarniach ukazało się nowe wydanie nie było już wymówek i och, jak bardzo jestem wdzięczny przede wszystkim samemu sobie, że w końcu się skusiłem na lekturę.

Czytaj dalej „Terror – Dan Simmons”

Drood – Dan Simmons

„Chuja się znasz.” – pochwalił w komentarzu moją opinię o „Hyperionie” anonimowy czytelnik. Nieistotne jak bardzo obojętny i niewzruszony bywam, to zawsze miło jest przeczytać dobre słowo, być poklepanym po cyber-plecach przez całkowicie obcą osobę po drugiej stronie kabla. Też jestem próżny, łasy na komplementy, choć zazwyczaj zbywam je milczeniem i rumieńcem. W tym przypadku zabrakło jednak anonimowemu czytelnikowi nieco siły i bogactwa argumentów, bym pod wpływem jego komentarza sięgnął po powieść po raz drugi i zagłębił się w nią na tyle, na ile (wg Anonima) zapewne zasługuje. Bywam też uparty. Jednak Simmonsa nie skreśliłem, bo rzadko zrażam się definitywnie do jakiegokolwiek autora. Toteż Dan Simmons, znany szerzej jako Ten, Który Napisał Hyperiona, ponownie znalazł się najpierw w moim plecaku, potem na półce (na której i bez niego jest ciasno), a następnie w moich czułych dłoniach, na moim łóżku i gdzie tam jeszcze zdarzyło mi się podejmować lekturę. Ale to całkowicie inny Simmons i za nic bym go nie rozpoznał w tych szatach, gdyby nie nazwisko umieszczone na okładce! Jego metamorfoza tematyczna i gatunkowa jest dla mnie najmilszym zaskoczeniem literackim ostatnich miesięcy. Nieprzemawiająca do mnie sci-fi poszła do kąta, a autor na tapet wziął rzeczywiste wydarzenia z przeszłości i osnuł wokół nich fabułę swojej powieści.
„Tajemnica Edwina Drooda” była ostatnim, choć niedokończonym dziełem Charlesa Dickensa i wśród fanów jego twórczości jest ona otoczona swego rodzaju kultem. Zastanawiają się oni, na ile Edwin Drood był postacią autentyczną i doszukują się spisku w fakcie, że Dickens zmarł, nim zdążył dokończyć pisanie. Tak jakby ludzie umierali jedynie według ścisłego planu. Simmons postanowił wrócić do ostatnich lat życia tego słynnego pisarza, którego kolejne powieści idealnie wpisywały się w ówczesny nurt popkultury (gdyby tylko wtenczas taki nurt istniał), a on sam był witany przez fanów na Wyspach niczym Beatlesi i David Beckham razem wzięci. W jakich okolicznościach powstawała „Tajemnica Edwina Drooda”? Co było inspiracją i motywacją pisarską Dickensa? Zaręczam, że to jedne z najmniej intrygujących pytań, na które spróbuje w „Droodzie” odpowiedzieć Simmons.
I w związku z tym okryjcie się ciepło kocem, bo będą dreszcze.

Czytaj dalej „Drood – Dan Simmons”

Hyperion – Dan Simmons

Tak naprawdę nie lubię sci-fi. Nie, „nie lubię” to złe określenie. Sci-fi jest mi obojętne. Istnieje ono sobie gdzieś na osobnej półce i dopóki się nie narzuca, dopóty mnie nie drażni swoją obecnością. Jakież to wyjątkowe okoliczności musiały nastąpić, że sięgnąłem z pełną świadomością po „Hyperiona”? Ano naczytałem się pewnie w Internecie zachwytów (tych nie brakuje), w księgarni trafiłem na niego wzrokiem i na zasadzie podświadomego skojarzenia zakupiłem, bo przecież jestem tak obrzydliwie bogaty, że mogę sobie pozwolić. Swój wkład w decyzję miał zapewne też ogólny zarys fabuły, przyznam, że mocno intrygujący i zachęcający. No i wydanie atrakcyjne, zobrazowane klimatycznymi ilustracjami Irka Koniora (kimkolwiek jest). Wiem, stary i naiwny jestem, że dałem się omamić formą, ale taka już niełatwa dola każdego wzrokowca, nie tylko w kwestii książek. Z mojego tonu łatwo wywnioskować, że mimo wszystko kolanami z zachwytu nie zacieram po zakończeniu lektury. Może będzie to nieco surowa opinia, ale przynajmniej zgodna z moją naturą typa, u którego sci-fi ma pod górkę, po oblodzonym podłożu, z kłodami rzucanymi pod nogi, z wiatrem i piaskiem w oczy, oraz ogólnie z nożem w plecach.
Nikomu nie byłoby łatwo.

Czytaj dalej „Hyperion – Dan Simmons”