Pamięć absolutna – Arnold Schwarzenegger

pamiec-absolutnaOd kiedy zacząłem baczniej przyglądać się biografiom, to wyszło mi, że potrafią one jednak być w przewrotnym sensie fascynujące. Nie ze względu na samą treść, bo z nią bywa różnie, ale istotę tego gatunku literackiego, powody jego istnienia i cykl ukazywania się. Dajmy na to – umiera Steve Jobbs (cóż, każdemu może się zdarzyć), a już kilka dni po zgonie jego biografia schodzi z półek księgarń jak ciepłe zwłoki bohatera (bo nie zdążyły nawet wystygnąć). Drugi przykład – w pewien środowy, marcowy wieczór faceci w sukienkach wybierają nowego papieża (gdyż stary uznał, że nie jest stworzony do harówki w korporacji i się zwolnił), a już w piątkowe południe ukazuje się jego biografia – w tym miejscu należą się brawa dla wydawnictwa Znak za błyskawiczną reakcję. A podobno niewielu spodziewało się akurat takiego wyboru. Wygląda więc na to, że biografie już są, pochowane w szufladach i tylko czekają na odpowiedni moment, by się ukazać. Najbardziej preferowana jest oczywiście śmierć bohatera, im bardziej widowiskowa tym lepiej, ale zatrudnienie na etacie papieża też może być nośnym podłożem do sukcesu książki.
Innym wartym zainteresowania zjawiskiem jest już chyba trzecia, czy czwarta biografia Justina Biebera, tym razem ze znaczącym podtytułem „Dopiero się rozkręcam”. Strach pomyśleć co będzie, gdy Justin umrze. Albo zostanie papieżem. Biorąc to wszystko pod uwagę, w równym stopniu co biografie mnie intrygują, to również zniechęcają i sięgam po nie raczej rzadko, starannie dobierając potencjalną lekturę. W tym przypadku musiałem, wręcz MUSIAŁEM się ugiąć, bo oto ukazała się autobiografia Arnolda, a na filmach z jego udziałem w dużej mierze się wychowałem. Zgadza się – nie dostrzegałem wtedy, że umiejętnościami aktorskimi dorównywał potrafiącemu artykułować dźwięki klockowi drewna. To było nieistotne.

Czytaj dalej „Pamięć absolutna – Arnold Schwarzenegger”