Bastion – Stephen King

bastionMnie też w sumie trochę dziwi fakt, że Król Stefan dopiero teraz wjeżdża swoją literacką karocą w skromne półki moich książkowych regałów. Nie to, żebym miał do Kinga jakiś uraz i gardził jego twórczością, bo już parę razy się zetknęliśmy – dawno temu, jeszcze przed erą powszechnego Internetu z nudów przeczytałem Grę Geralda, a będąc w wojsku podjąłem nieudaną próbę lektury Miasteczka Salem (nie dokończyłem, ale nie pamiętam dlaczego, pewnie wolałem pić tanie wina na przepustce). Później Kinga jakoś świadomie unikałem (co nie było łatwe ze względu na jego pisarską płodność), a powodów mógłbym zapewne znaleźć kilka, jednak nie było to nic osobistego, a wypracowanej przez dekady i w pełni zasłużonej pozycji literackiej nikt – tym bardziej taki bubek, jak ja – nie powinien mu odmawiać. Jak więc do tego doszło, że wreszcie przyszło mi czytać Kinga? Winy należy upatrywać w moim cyklicznie powracającym apetycie na powieść w klimatach post-apo i przeglądając już kolejne zestawienie gatunku nie mogłem przegapić Bastionu, choćbym bardzo chciał. Mający 1200 stron kloc musi się rzucić w oczy i wymaga przy tym uważnego obchodzenia się z nim, bo lepiej nie upuścić sobie takiej książki na stopę. Przez wiele lat ignorowałem Kinga, a teraz przyszło mi się zmierzyć z jego dziełem o gabarytach zdolnych pomieścić cztery inne powieści. Taki to chichot losu mnie spotkał. Podwijam rękawy i do (literackiego) dzieła.

Czytaj dalej „Bastion – Stephen King”

Reklamy

Stacja Jedenaście – Emily St. John Mandel

stacja-jedenasciePrawdopodobnie nie każdy sobie zdaje z tego sprawę, ale świat postapokaliptyczny musi przecież posiadać wiele zalet, choćby takich jak skuteczna likwidacja ZUS-u i abonamentu RTV. W mrocznym zakątku swojej świadomości chyba nawet bym pragnął jakiegoś rodzaju epidemii, która przyniosłaby trochę wytchnienia w tym liczonym na godziny i dni świecie. Zabrzmiało jakbym był jakiś emo, ale pomyślcie ile problemów by się samoczynnie rozwiązało – ile priorytetów zrobiłoby fikołek, ile przedmiotów i codziennych czynności zyskałoby na wartości. Wiem, to niezbyt rozsądne, bo nowe niedogodności byłyby zapewne znacznie gorsze, niż stare (obecne), ale być może taki reset ludzkości wreszcie orzeźwiłby niektóre jednostki, byłoby wręcz fajnie, a martwilibyśmy się potem. I gdyby wszystko nagle poszło w pizdu, to prawdopodobnie w końcu dotarłoby do mnie skutecznie, jak bardzo nieistotne jest to, co tutaj piszę oraz po co piszę. Moja dziedzina i pasja to jeszcze pół biedy, ale wyobraźcie sobie, jak bezcelowe okazałoby się osiągnięcia tych wszystkich szafiarek blogowych (szacuneczek i pozdro dziewczyny), które od tej chwili musiałyby zacząć palić ogniska swoimi ciuchami, by ogrzać mieszkanie. A wiadomo, że książki do tego celu nadają się lepiej. I niełatwo mi to pisać, ale gdybym w takiej sytuacji musiał wrzucać do ognia kolejne powieści z półki, to dzieło Emily St. John Mandel byłoby jednym z pierwszych w kolejności. Nie to, że nie czytałem gorszych, bo czytałem, ale ich się już dawno pozbyłem. Uf, przez chwilę było rzeczywiście przykro, ale już mi ulżyło.

Czytaj dalej „Stacja Jedenaście – Emily St. John Mandel”

Polaroidy z zagłady – Paweł Paliński

polaroidy-z-zagladyEj, ale dobra zagłada ludzkości nie jest zła. Każdy z nas potrafiłby z marszu wymienić co najmniej kilka osobistych problemów, które same by się rozwiązały w przypadku takiej czy innej apokalipsy. To prawda, że w zamian doszłyby inne, ale nie ma co się martwić na zapas. Było już bez liku powieści traktujących o szeroko pojętym wyludnieniu świata: zarazie, katastrofach naturalnych, skażeniu środowiska, najazdach kosmitów, mutantów, zombie, Tatarów, starych ludzi na promocję Crocsów i karpia w Lidlu – w zasadzie każdy temat da się przerobić na doszczętną zagładę i pisarze ochoczo z tego korzystają. Nie wiem czy się zgodzicie, ale rozróżniam dwie szkoły pisania o unicestwieniu człowieka i jego świata. Pierwsza proponuje wartką akcję, nieustanną walkę z zagrożeniem, najczęściej jasno sprecyzowanym, dużo krzyku, krwi, narzędzi mordu i ofiar. W tym temacie brylują szczególnie historie z zombie w tle, bo to takie urocze stworzenia, wręcz idealne do roli kuchennego stojaka na noże, tasaki, maczety. Drugą szkołą jest podejście nieco bardziej kameralne i pozbawione ozdobników – skupienie się na tragedii jednostki, jej samotności w obliczu epidemii, prozaicznych i codziennych czynności, sporadycznie przetykanych żywszymi wydarzeniami. Czyli coś bardziej dla duszy (też tej czytelnika), niż ciała. I o ile dziełom z pierwszej kategorii rzadko udaje się wspiąć ponad poziom udanego czytadła, tak powieści sklasyfikowane w tej drugiej grupie często mają ambicję na „coś więcej”. Droga McCarthy’ego coś komuś mówi? A Gwiazdozbiór psa Petera Hellera? Tak na marginesie dodam, że jest jeszcze trzecia szkoła apokalipsy, dopiero raczkująca, która reprezentowana jest przez liczne filmiki na Youtube z mrożącymi krew w żyłach, iście dantejskimi scenami na promocjach w supermarketach. Zupełnie jakby zagłada była już za nami, a pozostało plądrowanie w poszukiwaniu pożywienia i innych dóbr pierwszej potrzeby. Z tego co mi wiadomo żaden literat jeszcze nie podjął się tego tematu, ale to tylko kwestia czasu. A do której szkoły post-apo spakujemy tornister i poślemy Polaroidy z zagłady?

Czytaj dalej „Polaroidy z zagłady – Paweł Paliński”

Metro 2033 – Dmitry Glukhovsky

metro-2033Ponoć najtrudniej o te najprostsze pomysły. Bo przecież te wyrafinowane i skomplikowane same przychodzą do głowy podczas śniadania. Najczęściej są tak pogmatwane, że po prostu brakuje im sensu. Natomiast mam wrażenie, że argument o najprostszych pomysłach ma przede wszystkim na celu tłumaczyć nas samych i to, dlaczego sami na ten (jakże przecież banalny!) pomysł nie wpadliśmy. Nagle się okazuje, że ktoś to zrobił przed nami, a niech to. Odrębną kwestią jest to, co z tym pomysłem zrobimy, bo od suchej idei do jej zgrabnej realizacji długa droga. I trzeba wyraźnie stwierdzić, że koncepcja Glukhovsky’ego (bądź też swojsko brzmiącego Głuchowskiego) jest świetna. Prosta, ale jednocześnie ze sporym potencjałem do jej rozbudowy. Potwierdzeniem jest rozwijające się Uniwersum Metro, w którego skład wchodzi już kilkadziesiąt powieści różnych autorów (w większości rodaków Głuchowskiego, ale zdarzają się wyjątki), z czego kilka ukazało się w polskim przekładzie. Głuchowski najwyraźniej uznał, że w tych ciasnych tunelach wystarczy miejsca dla każdego i zachęcającym gestem zmotywował innych do rozwijania pomysłu, a sam jedynie udziela błogosławieństwa tym najlepszym tworom. Być może będzie okazja do tematu wrócić, ale póki co skupmy się na „Metro 2033” – powieści, od której wszystko się zaczęło. Bo o zagładzie ludzkości zawsze miło poczytać, by rankiem wstać do pracy i w jakimś stopniu żałować, że tej zagłady póki co nie widać na horyzoncie.

Czytaj dalej „Metro 2033 – Dmitry Glukhovsky”