Inna dusza – Łukasz Orbitowski

inna duszaKażdy, kto miał szczęście dorastać w latach 90. będzie uparcie twierdził, że był to najlepszy czas na dzieciństwo, że gimby nie znajo i że łza się w oku kręci na samo wspomnienie. Dużo w tym prawdy, bo sam tak uważam. Codzienność stopniowo spychająca czasy PRL-u w niebyt regularnie dostarczała nowych wrażeń, najczęściej docierających do nas wraz z wiatrem zmian z zachodu. Złoty okres dla rodziców, bo wystarczały dwa sklejone taśmą patyki, a potomstwo cały dzień mogło się bawić w wojnę, Terminatora, albo Wojownicze Żółwie Ninja. Nie było sposobu, by dzieciaki ściągnąć do domu – ani na obiad, ani kolację, a do łóżka kładły się spać z wciąż zarumienionymi od emocji policzkami i kolanami żółtymi od klęczenia w piaskownicy. Niepocieszone, ale jakże szczęśliwe i modlące się już o jutro. Czasy, gdy szło się do kolegi na komputer i przepadało na cały dzień, a mama kolegi serwowała wszystkim obiad oraz lody Bambino na deser. Dni, gdy biegało się po okolicznym parkingu zaglądając do stojących tam samochodów w poszukiwaniu tego, który będzie miał najwięcej na liczniku prędkości, zaklepywanie wirtualnego miejsca za kierownicą i wpychanie w rurę wydechową śliwek, bo od samego jedzenia ich miało się już notoryczną sraczkę. Z każdym drzewem na osiedlu miało się jakieś wspomnienie, każda ławka przypomina o jakiejś anegdocie, każdy zakątek to slajdy z beztroskiej przeszłości. I nieważne, że większości tych drzew oraz ławek już nie ma – bo one w jakimś sensie tam będą, póki istnieje ich echo w naszych pamięciach. A ja mógłbym tak smęcić bez końca, jednak na rzewne wspomnienia nie wzięło mnie przypadkiem, choć może po kolei.

Czytaj dalej „Inna dusza – Łukasz Orbitowski”

Morfina – Szczepan Twardoch

twardoch_morfinaSą takie książki, które już od pierwszych stron zwiastują czytelnikowi, że będzie miał do czynienia z czymś wartym poświęconego mu czasu i uwagi. Wszystko to rzecz jasna kwestia gustu, oczekiwań i preferencji osobistych, ale są, gwarantuję. Czarują swoim charakterem, narracją i wyrazistością. Fascynują i w związku z tym pobudzają chęć do ich głębszego poznawania, dzielenia z nimi codzienności, uczenia się ich. Taki odpowiednik miłości od pierwszego wejrzenia (jestem w stanie w nią uwierzyć, w końcu ludzie nie w takie rzeczy wierzą – nawet w Latającego Potwora Spaghetti), choć tak jak późniejsza znajomość daje czas na zweryfikowanie opinii na temat drugiej osoby, tak dalsza lektura potrafi zaprzepaścić całe początkowe zauroczenie czytelnika. Och, jakież wtedy jest rozczarowanie, jaki żal z powodu niewykorzystanej szansy! Jaki ból serca, że mogło być tak pięknie, a skończyło się banalnie i nie będzie warto o tym epizodzie pamiętać, ani tym bardziej opowiadać wnukom przy kominku, częstując ich Werther’s Original. Pytaniem jest, czy „Morfina” należy do grona lektur, które przez całą swoją długość umiejętnie podsycają pożądanie czytelnika, czy też niechlubnie tracą w jego oczach wraz z każdym przeczytanym rozdziałem?

Czytaj dalej „Morfina – Szczepan Twardoch”