Płyń z tonącymi – Lars Mytting

plyn-z-tonacymiLars Mytting ubiega się o tytuł naczelnego drwala literatury, bo uwielbia dłubać w drewnie. Ja wiem, że każda tradycyjna książka to w jakimś sensie drewno, ale to autorowi Płyń z tonącymi najwyraźniej nie wystarcza. Jego poprzednie dzieło, które ukazało się także w polskim przekładzie nosi tytuł Porąb i spal: wszystko, co mężczyzna powinien wiedzieć o drewnie i jeśli wierzyć prasowym notkom, to jakiś rodzaj poradnika, w którym Mytting z gawędziarską swadą przytacza liczne historie związane z drewnem i nie da się w tym wszystkim ukryć, że autor drewno kocha, tak jak Gepetto kochał Pinokia. Natomiast Płyń z tonącymi dźwięczy już bardziej fikcyjną i oderwaną od rzeczywistości nutą, bo jest powieścią o naturze przygodowo-kryminalnej, choć nadal to właśnie drewno pozostaje w niej szalenie istotne, wręcz niezastąpione. Cóż, zawsze to jakiś charakterystyczny oraz rozpoznawalny element, bo chyba miło, gdy pisarz ma jakąś pasję poza spacerowaniem z notatnikiem i spisywaniem w nim inspiracji na kolejną książkę.
No dobrze, ustaliliśmy już, że nikt nie odbierze Myttingowi tytułu konesera drewna, ale jak u niego z wymyślaniem intryg, prowadzeniem historii, a przede wszystkim pisaniem w ogóle? Być może będzie to dla kogoś zaskoczeniem i niech mi się siekiera w dłoni omsknie jeśli się mylę, ale ten pisarz o naturze drwala wyjątkowo sprawnie sprostał wyzwaniu, które sam sobie postawił.

Czytaj dalej „Płyń z tonącymi – Lars Mytting”

Moja walka: Księga druga – Karl Ove Knausgård

Knausgard_Moja walka_t2_m_Mówią, że ten cykl stoi na półce co dziewiątego Norwega. Nie wiem czy ten wynik jest powodem do dumy, ale chyba tak, skoro się tym chwalą na okładce. Wygląda więc na to, że Knausgård od jakiegoś czasu jest w swojej ojczyźnie szeroko znanym autorem, no ale skoro ktoś potrafi poświęcić kilka lat na drobiazgowe opisanie w sześciu opasłych tomach własnego życia i zrobić to w co najmniej niezłym stylu, to chyba zasługuje na choćby krztynę zainteresowania. Księdze pierwszej, z którą szarpałem się ponad rok temu, udało się podsycić we mnie jakiś apetyt i ciekawość, a przecież nie można napisać, że Knausgård prowadzi widowiskowe życie i o jego codzienności czyta się z wypiekami na twarzy. Nie. W takim razie co skłoniło go do opisania swojego nieciekawej codzienności i podjęcia karkołomnej próby zainteresowania tym czytelników? Do tego będziemy pewnie dochodzić w trakcie kolejnych tomów, jednak już teraz mogę uznać, że mu się udało, skoro cykl zaczął z powodzeniem zajmować miejsce nie tylko na norweskich półkach. To chyba jakiś rodzaj ewenementu literackiego, który przy okazji obnaża we mnie i wielu innych czytelnikach skłonność do podglądactwa czyjegoś życia, koniecznie podanego w ponadprzeciętnej formie. Niektórzy nazwaliby to jakimś zboczeniem, ale to raczej coś w rodzaju chęci porównania własnego życia z czyimś i poszukiwania w nich wspólnych (nawet uniwersalnych) cech, a także próba ujęcia w słowa różnych emocji oraz uczuć. Bo gdzie szukać inspiracji i chwili na zadumę, skoro życie bohaterów „Na Wspólnej” obfituje w codzienne ekscesy, romanse, zbrodnie i nie ma nawet czasu na zastanowienie? A u Knausgårda nic się nie dzieje. I gdy – dajmy na to – Jurek z „Klanu” wychodzi na spacer, to można się spodziewać, że w trakcie zostanie napadnięty, albo chociaż uratuje kogoś z pożaru, kotka przynajmniej. A Karl Ove wychodzi na spacer, spaceruje i – niespodzianka! – wraca do domu. Sami oceńcie, która codzienność jest Wam bliższa.

Czytaj dalej „Moja walka: Księga druga – Karl Ove Knausgård”

Półbrat – Lars Saabye Christensen

christensen_polbrat_mCzytałem, że Norwegowie obok Duńczyków są najszczęśliwszym i najbardziej zadowolonym z życia narodem. Przynajmniej wśród tych krajów, które poddano badaniom. Kilka miejsc dalej znajdują się Szwedzi. Natomiast skandynawska literatura nieszczególnie kojarzy się ze szczęściem i jej ogólnie przyjętemu wizerunkowi towarzyszy zwykle senna ponurość, surowość, czerwone od mrozu oraz pomarszczone ze starości twarze bohaterów i koniecznie jakiś trup, bo skandynawskie kryminały mają swoje zasady, więc zwłoki muszą być i basta. Jak to jest, że ci wszyscy tak wybitnie szczęśliwi ludzie tworzą powieści o tak małej zawartości szczęścia samego w sobie? Czy szwedzcy i norwescy pisarze nie zamierzają dzielić się swoim szczęściem z innymi narodami? A może sami są już tak bardzo znudzeni osobistym szczęściem, że w literaturze szukają ujścia i oddechu? Może dla nich to wielka ulga, gdy mogą skoro świt wstać i zająć się pisaniem o przygnębiających losach swoich literackich bohaterów, zamiast znów cały dzień i do porzygania znosić własne szczęście. Nie wiem, tak tylko kombinuję operując stereotypami, bo kto mi zabroni. I na pewno są gdzieś skandynawskie powieści, które wprost ociekają optymizmem oraz dobrym humorem, ale Półbrat nią nie jest. I dobrze, bo mam już takie wewnętrzne przekonanie, że sięgając po literaturę norweską spodziewam się odpowiedniej i znajomej atmosfery. Lubię ją, więc wolałbym nie być w tym aspekcie niemiło zaskakiwany. Niech radośni Skandynawowie idą być szczęśliwymi gdzieś indziej.

Czytaj dalej „Półbrat – Lars Saabye Christensen”

Moja walka: Księga pierwsza – Karl Ove Knausgård

Knausgard_Moja walka_t1_mSam nie wiem. Niby nie przepadam ani za biografiami, ani ich podgatunkiem z przedrostkiem auto-, ale w przypadku Knausgårda zadziałał jakiś inny mechanizm, który nie pozwolił mi zignorować jego dzieła. Bo tak trudno przegapić autobiografię szczelnie wypełniającą sześć tomów (czyli około 3,5 tysiąca stron) oraz sprzedanej w nakładzie, na wydrukowanie którego zapewne trzeba było ściąć średniej wielkości las w Norwegii. Ale to nie w statusie skandynawskiego bestsellera upatruję magnetycznej siły przyciągania Mojej walki. Pomijam również oczywistą ciekawostkę w postaci prowokacyjnego tytułu, który w Niemczech musiał być zmieniony, wszak tam już jakiś mało znany literat swoją walkę opisał. Nie. Siła autobiografii (a raczej powieści autobiograficznej) Knausgårda jest zasadzona w wartościach czysto literackich, przynajmniej na to się zanosiło przed lekturą, a z każdą napotkaną opinią umacniałem się w postanowieniu, że Mojej walki skosztuję. Być może się kwaśno skrzywię, w najgorszym razie zadławię, ale nie wybaczyłbym sobie, gdyby dobra literatura takich gabarytów przeszła mi koło (nieco zbyt szpiczastego) nosa. Bo nie oszukujmy się: nazwisko Knausgård przeciętnemu polskiemu czytelnikowi mówi tyle co sugestywne i pojemne NIC, więc kogo mogłyby interesować dzieje jego życia? I natychmiastowa odpowiedź: nikogo, jeśli nie będą podparte czymś naprawdę mocnym – warsztatem pisarskim, kontrowersyjnymi fragmentami, bezwzględną szczerością wobec samego siebie i bliskich. I o ile dwa pierwsze elementy to kwestia gustu, tak nie można Knausgårdowi odmówić pewnej dosadności, brutalności wręcz, w rozliczaniu się z rodziną, znajomymi, ale przede wszystkim z własnymi wspomnieniami i samym sobą. Przygotujcie się na literacki ekshibicjonizm pierwszej jakości.

Czytaj dalej „Moja walka: Księga pierwsza – Karl Ove Knausgård”

Anatomia. Monotonia – Edy Poppy

„Zmysłowa seria” brzmi intrygująco, choć nie należy zapominać o fakcie, iż poprzednia powieść wydana w ramach tego cyklu – „Jedenaście tysięcy pałek” Apollinaire’a – ze zmysłowością miała tyle wspólnego, co rabunek, zbiorowy gwałt, zasztyletowanie ofiary i ponowny zbiorowy gwałt na zwłokach. Delikatnie pisząc. Tym razem dobrano jednak znacznie bardziej adekwatną do zobowiązującej nazwy serii lekturę. „Anatomia. Monotonia” uderza w zdecydowanie subtelniejsze tony i odnoszę wrażenie, że jest lekturą na wskroś kobiecą – pisaną przez kobietę, o kobiecie i dla kobiety. Tak, wiem, mężczyźni też mogliby się z powieści czegoś nauczyć, ale cóż poradzić, skoro wolą oni zjeść goloneczkę, drapiąc się po wydatnym brzuchu, donośnie przy tym sapiąc, a potem narzekać „się nażarłem, nie mogę się ruszyć, gdzie pilot?!”. Nie oszukujmy się – powieść Edy Poppy by ich raczej od tego pilota nie oderwała (a już od golonki to na pewno), ale w ramach solidarności plemników dodam, że mnie do ponownej lektury najprawdopodobniej też nie udałoby się zagonić. Raz wystarczy.

Czytaj dalej „Anatomia. Monotonia – Edy Poppy”

Naiwny. Super – Erlend Loe

Po fabularnych uniesieniach z trylogią Larssona, chwyciłem w dłonie Naiwnego, przekartkowałem, filozoficznie stwierdziłem „a, se przeczytam!” i przeczytałem. I nie powiem, żebym był jakoś szczególnie oczarowany, gotowy okrzyknąć tę książkę powieścią kultową, jak sugeruje okładka. Podobno czytelnicy są zachwyceni jej radosną wymową, beztroską otaczającą jej treść i zaraźliwym optymizmem, który rzekomo wypełnia każdą spację między słowami.  Być może, ale ja oprócz tego wymagam od powieści nieco więcej, na przykład wątku fabularnego. A tego w tym przypadku dramatycznie zabrakło. Pozostał jedynie swoisty manifest i zbiór luźnych myśli, którymi dzieli się z nami bohater/autor. A ten, w skutek niezwykle traumatycznego przeżycia doświadczonego w wieku 25 lat postanawia wycofać się z dotychczasowego życia, mentalnie cofnąć się do czasów dzieciństwa i tam odzyskać chęć do podjęcia dalszego żywota na tym rozczarowującym padole. No i tyle w kwestii fabularnej. Cała reszta to snucie się bohatera w samotności, wynajdywanie tak angażujących zajęć jak odbijanie piłki od ściany, tworzenie niezbędnych list o tematach w stylu „co mnie napawa optymizmem”, albo „jakie zwierzęta widziałem w życiu”, kumplowanie się z przedszkolakiem i analizowanie naukowych teorii różnych profesorów dotyczących upływu czasu i konstrukcji wszechświata. A robi to z ujmującą, iście dziecięcą powagą, formułując swoje wnioski w zdaniach wypełnionych tak profesjonalnymi określeniami jak „czegoś tam” i „ileś tam”. Ironicznie i z humorem.

Czytaj dalej „Naiwny. Super – Erlend Loe”