Wilk stepowy – Hermann Hesse

wilk stepowyProszę Państwa, chyba mamy zwycięzcę plebiscytu na pisarza, którego wolałbym nie poznawać osobiście. Nie żebym kiedykolwiek taki plebiscyt ogłaszał, ale – no wiecie – gdybym. Być może wyciągam pochopne wnioski i gdyby pogrzebać w temacie i otoczeniu pisarza głębiej to wszystkie moje obawy okazałyby się mylne, ale drążył nie będę, bo mi się nie chce. Zostawię to komuś, komu się będzie chciało. Moje odczucia na temat Hermana Hessego są natomiast takie, że to jeden z najbardziej przygnębiających autorów, z jakim miałem do czynienia. Poważnie, gdybym z nim spędził godzinę, albo dwie, to zapewne wpadłbym w taką depresję, że żadne rady w rodzaju „będzie dobrze” i żadne „zacznij uprawiać jakiś sport” by nie pomogły. Ale zawsze przynajmniej bawią. Jeśli prawdą jest, że Hesse własne odczucia i doświadczenia przeniósł na barki bohatera powieści – Harry’ego Hallera, to raczej nie ma czego zazdrościć żadnemu z panów. Bo znamiennym jest, by sam autor we własnym posłowiu poczuł potrzebę wytłumaczenia czytelnikowi, że Wilk stepowy nie jest opowieścią o upadku człowieka, ale jego uzdrowieniu. Serio, Hermann? Musiałeś to wyjaśniać? Dlaczego? Bo i tak wszyscy widzą w tej historii upadek, a nawet jeśli konkluzja w jakikolwiek sposób zwiastowałaby uzdrowienie, to i tak nie zmieni wydźwięku całej historii? Przecież czytelnik po kilku setkach stron jest na tyle przytłoczony ciemną naturą tej prozy, że szukanie w niej pozytywów przypomina przyklejanie plastra na złamanie otwarte. Albo pocieszenie z gatunku: operacja się powiodła, ale pacjent zmarł.

Czytaj dalej „Wilk stepowy – Hermann Hesse”

Pogrzebany olbrzym – Kazuo Ishiguro

pogrzebany-olbrzymWyznaję, że dałem się zaintrygować temu dość osobliwemu – zdawało się – połączeniu. Bo oto gość o typowo japońskim nazwisku napisał powieść głęboko zakorzenioną w angielskiej historii, a przede wszystkim w jej legendach. Jednak ewentualne zafascynowanie tą niecodzienną sytuacją pryska szybciej niż każdy nastolatek podczas swojej pierwszej masturbacji (wiem co mówię – myślałem wtedy, że zrobiłem sobie jakąś krzywdę), wszak pan Kazuo Ishiguro już od piątego roku życia mieszka w Anglii i jest na wskroś brytyjskim pisarzem (z na wskroś japońskim nazwiskiem). Wiem, że dla większości obeznanych czytelników nie będzie to żadnym zaskoczeniem, ale dla mnie owszem, było. Przechodząc już jednak do prasowych notek na temat Pogrzebanego olbrzyma, to najczęstszym elementem porównawczym jest w nich nazwisko samego Tolkiena, bo najnowsza powieść Ishiguro rzekomo obficie się dokonaniami twórcy Śródziemia inspiruje. Możliwe, choć według mnie nie ma na tę teorię twardych dowodów i podejrzewam, że to brzydki podstęp, by przekonać do lektury potencjalnych czytelników. Bo nazwisko Tolkiena jako punkt odniesienia zawsze przyciąga wzrok i budzi skojarzenia: niekoniecznie dobre, ale zawsze intensywne oraz jasne. Jednak w tym miejscu jestem zmuszony wejść w rolę Ostatniego Uczciwego Opiniotwórcy (nadal mam problem z określaniem siebie RECENZENTEM) i na zawsze odciąć Tolkiena od Pogrzebanego olbrzyma. Nie ma w tej powieści nic z twórczości profesora fantasy i nie wiem skąd w ogóle pomysł na tak dziwaczne porównanie. Sama przynależność gatunkowa nie wystarczy.

Czytaj dalej „Pogrzebany olbrzym – Kazuo Ishiguro”

Dziwna myśl w mej głowie – Orhan Pamuk

Dziwna-myslKiedyś podczas prywatki miałem okazję rozmawiać z pewnym Turkiem. Chociaż „rozmawiać” to chyba mało precyzyjne określenie, bo o ile jego angielski był na przyzwoitym poziomie, tak mojemu brakowało nieco obycia, treningu i umiejętności odnalezienia w pamięci niezbędnych aktualnie słów. No ale dogadywaliśmy się, bo spożyty alkohol już nie takie bariery społeczne przełamywał. I tak jakoś temat zszedł akurat na Pamuka, bo wtenczas byłem pod sporym wrażeniem jego Nazywam się Czerwień. Cmokając z uznaniem i stosując uniwersalny gest kciuka w górę próbowałem przekazać mojemu rozmówcy, że Pamuk to klawy koleś i fajnie mu wyszła powieść, na co mój gość zrobił skwaszoną minę i mówi coś w rodzaju: pisarz z niego dobry, ale miałem okazję z nim porozmawiać i okazał się mało sympatycznym arogantem. Pomijając już kwestię na ile opinia tego akurat Turka przekładała się na rzeczywistość, to początkowo byłem niemile zaskoczony, że Pamuk mógłby być bucem. Ale potem naszła mnie refleksja, że przecież nie na byciu miłym polega misja pisarza i nie za bycie sympatycznym go cenimy, bo większość z nas pozna go wyłącznie z jego dzieł. Pewnie: trochę niefajnie, że Pamuk jest burakiem, ale to w zasadzie nie mój problem, bo do łóżka nie zamierzam go zapraszać. Jakiś czas potem zaliczyłem nieudane podejście do lektury Śniegu. Nie. Ono nie było nieudane – to była katastrofa, bo Śnieg dołączył do niechlubnego grona powieści, których nie dokończyłem. Na długi czas Pamuk był dla mnie martwy literacko i wypadł z kręgu moich zainteresowań, a teraz uznałem, że pora dać mu kolejną szansę, bo przecież kiedyś spędziliśmy wspólnie kilka miłych wieczorów zabarwionych czerwienią. Okazja trafiła się dogodna, bo nie tak dawno temu ukazała się jego nowa powieść, więc sprawdźmy, co ten rzekomy gbur ma tym razem do przekazania czytelnikom.

Czytaj dalej „Dziwna myśl w mej głowie – Orhan Pamuk”

Karzeł – Pär Lagerkvist

karzelNie jest do końca jasne, jak profesjonalnie nazywa się lęk przed karłami. A musi się jakoś nazywać, bo skoro nawet klauny zasłużyły na własną fobię, to i karły bezsprzecznie powinny mieć swoją. Kiedyś karłom nie było lekko, bo zajmowały one pozycję społeczną niewiele wyższą, niż ulubione psy gończe władców dworu. Wręcz w dobrym tonie było posiadać karła na własność, ot do zabawy, coś jak konto na Fejsie, a niejaka Katarzyna Medycejska (nie udało mi się znaleźć ani jednego teledysku tej piosenkarki) była nawet nazywana „karlą fetyszystką” (strony porno również milczą na jej temat). Ten kult praktycznie już wygasł, ale tu i tam nadal można spotkać się z zawodami w rzucaniu karłem. Co prawda nie jest to dyscyplina olimpijska, ale kto wie, co będzie za lat kilka. Przyznam, że mnie karły nieco przerażają i miewam poważne obawy, że któregoś dnia się skrzykną, wzniecą bunt i przejmą władzę nad światem. Nie wydaje mi się, by ludzkość była gotowa do obrony przed tego rodzaju zagrożeniem, muszę wiec w tym miejscu się zabezpieczyć i napisać, że prywatnie nic do nich nie mam. Nie znam osobiście żadnego karła, nad czym okrutnie ubolewam, bo mogłaby z tego wyniknąć prawdziwa przyjaźń, gdybym tylko zdołał opanować własny lęk. Tym samym jestem na Lagerkvista trochę zły, bo jego powieść raczej podsyca we mnie żar niepokoju, a tytułowy karzeł nie jest kimś, kto budzi zaufanie i raczej nie pozwoliłbym mu wymasować mi łydek, o wpuszczeniu do łóżka nawet nie wspominam.

Czytaj dalej „Karzeł – Pär Lagerkvist”

Komu bije dzwon – Ernest Hemingway

20140208_121944Kiedy uczęszczałem do szkoły podstawowej i któregoś pięknego dnia przyszło nam omawiać lekturę Starego człowieka i morza, to tradycyjnie rozmowa się nie kleiła, jak na nieudanej pierwszej (oraz każdej kolejnej) randce. Zrezygnowana nauczycielka wygłosiła więc na temat książki płomienny monolog, by mieć to już za sobą, a ja jedyne co pamiętam z tej lekcji to, że kolega z ławki został przez polonistkę przyłapany na pracowitym dłubaniu w nosie. Uśmiechając się wstydliwie wytarł pulchny i wilgotny palec o spód blatu ławki, po czym ochoczo zabrał się do gorliwego sporządzania notatek z wykładu, jakby poprzez skromność chciał powiedzieć „och, dajcie spokój, nie mówmy o tym”. Chyba wyszedł z całej sytuacji z twarzą, bo nauczycielka jedynie przewróciła oczami i wróciła do swojego gdakania. Koniec anegdotki i zarazem koniec mojej dotychczasowej styczności z Hemingwayem. Od kilku lat ambitnie więc sobie wmawiam, że w końcu do niego podejdę (przecież jestem już wystarczająco duży, by zrozumieć o czym on pisze) i do tej pory udawało mi się z powodzeniem oszukiwać oraz zwodzić samego siebie. Pomocni w tym byli polscy wydawcy, którzy chyba zapomnieli o autorze: nie kuszą nowymi wydaniami na półce księgarni i najwyraźniej nie chcą moich pieniędzy. Kiedy jednak ostatnio otrzymałem od anonimowego Mikołaja wysłużony egzemplarz Komu bije dzwon, dotarło do mnie, że już dłużej nie mogę robić uników i stanie się – będę musiał przeczytać Hemingwaya. I przeczytałem. A dla wszystkich niezdecydowanych czy warto rozwijać ten tekst informuję, że poniżej będzie zdjęcie pośladków autora (Ernesta, nie moich). Wiem jak zachęcić, co?

Czytaj dalej „Komu bije dzwon – Ernest Hemingway”

Pianistka – Elfriede Jelinek

pianistkaWieść gminna niesie, że Pianistka jest jedyną książką Jelinek o cechach autobiograficznych. Informacja ta, już po lekturze może sprawić, że zaintrygowany czytelnik uniesie brew, a następnie zapyta sam siebie, które fragmenty powieści były inspirowane rzeczywistymi wydarzeniami. I z nadzieją trzyma się teorii, że nie chodzi tylko i wyłącznie o muzyczne wykształcenie bohaterki/autorki, bo to byłoby rozczarowujące. Trapiony ciekawością mógłby przeprowadzić prywatne śledztwo, drążyć temat na tyle długo, aż ukazałby się pełny obraz prawdy. Będę przez chwilę zdziadziały i zapytam: po co? Czy nie lepiej pohamować niezdrową ciekawość, skupić się na powieści, a prywatne życie autorki zostawić tam, gdzie leży? Czy nie lepiej zainteresować się tym, jak dzisiaj czują się najbliżsi: czy mają ochotę na coś słodkiego, czy nie zimno im w stopy, czy są śpiący, czy wręcz przeciwnie i mają ochotę na figle? Pewnie, że lepiej! I można śmiało założyć, że bliscy, w przeciwieństwie do pani Jelinek, okażą wdzięczność za okazane zainteresowanie. Trzeba jednocześnie przyznać, że Pianistka zawiera w sobie kilka mocno frapujących wątków i zdarzeń, które skutecznie potrafią skoncentrować na sobie uwagę czytelnika, a nawet pobudzić w nim niezdrową fascynację z gatunku „to niesmaczne i okrutne, ale nie mogę od tego oderwać oczu”.

Czytaj dalej „Pianistka – Elfriede Jelinek”

Marzenie Celta – Mario Vargas Llosa

Czytałem artykuł na temat tej powieści i jej głównego bohatera – Rogera Casementa, postaci jak najbardziej autentycznej. Trzy zdania: „Dla świata – bojownik o prawa człowieka. Dla Irlandczyków – męczennik. Dla Anglików – zdrajca i pedał”.* Nie wypowiem się za innych, ale mnie to przekonało do lektury. No dobra, w zasadzie szalę przeważyło ostatnie zdanie, bo brzmi najbardziej intrygująco, ale dla kontrastu niech zostaną wszystkie. Zresztą nieważne, nie muszę się nikomu tłumaczyć. Nie oceniajcie mnie. Dla niektórych wystarczającym powodem powinno być, że Llosa uznał postać Casementa za fascynującą, podjął się szczegółowej analizy jego życia i stworzył na tej podstawie powieść. A jednak „Marzenie Celta” trudno wrzucić na półkę z biografiami, bo w książce aż roi się od śmiałych wniosków samego Llosy, opartych jedynie na poszlakach, a nie na twardo udokumentowanych zdarzeniach. Tam, gdzie życie Rogera Casementa stanowiło dla pisarza czarną plamę – czy to z powodu braku notatek z tamtego okresu, czy też w związku z wzajemnie wykluczającymi się informacjami – wtedy Llosa daje popis swoich umiejętności i płynnie splata fakty z własnymi, chwilami niezwykle odważnymi domysłami. Mieszanka ta zapewnia czytelnikowi godziny z na pewno interesującą lekturą, choć mającą swoje zarówno lepsze, jak i słabsze (niestety) momenty. Ale po kolei (jak powiedział Indianin, podkładając dynamit pod tory).

Czytaj dalej „Marzenie Celta – Mario Vargas Llosa”

Czarodziejska góra – Thomas Mann

Ależ ja jestem dzielny! Ależ nieustępliwy! Jaki zmotywowany! Jestem jednak przede wszystkim pełen podziwu dla samego siebie, bo kiedy w pewnym momencie, po wielodniowych trudach i znojach przekroczyłem dwusetną (czyli ćwiartkę całości) stronę „Czarodziejskiej góry” byłem zrezygnowany. Trudno zliczyć ilekroć zasnąłem przy lekturze, poważnie. Mann najwyraźniej postawił sobie za zadanie zanudzić mnie na śmierć. Każdy rozsądny człowiek szanujący swój czas i wzrok odstąpiłby w takiej sytuacji od dalszych prób czytania, bo przecież miała to być przyjemność, a tymczasem im dalej w treść „Czarodziejskiej góry”, tym zagrożenie śpiączką bądź pęknięciem twarzy od ziewania rosło. Ale tak! Ukończyłem! Dobrnąłem do ostatniej strony, zdruzgotany mentalnie, z nieco pogłębionymi od fatygi zakolami, ale za to wyspany na zapas. Czy zyskałem coś jeszcze? Tak, mam niniejszym możliwość podzielenia się publicznie opinią na temat tytułu powieści, który został przez kogoś wyjątkowego określony „ładnym”. Nie mam zamiaru dyskutować z tym bezapelacyjnym werdyktem. Od siebie dodam jedynie, iż w oryginale prezentuje się równie atrakcyjnie (Der Zauberberg), co jest nie lada wyczynem, biorąc pod uwagę fakt, że język niemiecki brzmi zazwyczaj jak garść kamieni wrzucona do blaszanego wiadra.
Że co? Że nie tego rodzaju opinii oczekiwaliście? Że kogo interesuje tytuł? Trudno, osobiście było to dla mnie na tyle ważne, by doczołgać się do końca lektury, więc trochę wyrozumiałości proszę. Skoro jednak już tutaj jestem, to nieco się poznęcam nad „Czarodziejską górą”, popisując się jednocześnie swoją ignorancją i niedojrzałością.

Czytaj dalej „Czarodziejska góra – Thomas Mann”

Na wschód od Edenu – John Steinbeck

Jeśli chodzi o popularność imion pochodzenia biblijnego, Kain walczy zaciekle o przedostatnie miejsce z Judaszem. Nie wiem – jakoś brakuje rodzicom odwagi i poczucia humoru, by swojemu dziecku nadać imię najsłynniejszego bratobójcy literatury (tak, może to trudne do uwierzenia, ale Biblia nadal jest literaturą). Pionierskie morderstwo, którego ofiarą padł Abel, dało Stwórcy do myślenia (najwyraźniej nie wszystko szło zgodnie z Boskim Planem Kreacji), więc wygnał On nikczemnego Kaina z Raju – wcześniej wypędził z niego pewna parkę (strasznie nietowarzyski z Niego koleś), zatem podpada to już pod rutynę. Kain pakuje graty i wynosi się do ziemi Nod, co w języku hebrajskim znaczy tyle, co „błądzić”, wszak w Biblii wszystko musi coś znaczyć. Dalsze losy oprawcy są już mniej pasjonujące, bo z tego co mi wiadomo, nikogo więcej nie zdołał zabić, a wręcz przeciwnie – założył rodzinę. Zakładam, że nieco patologiczną. Nieważne zresztą. Kluczem jest tutaj kraina Nod leżąca na wschód od Raju. Tak, na wschód od Edenu. I w ten oto łebski sposób wyjaśniłem genezę tytułu. Fanfary.

Czytaj dalej „Na wschód od Edenu – John Steinbeck”

Miasto i psy – Mario Vargas Llosa

W całym swoim życiu byłem jedynie na dwóch koloniach. Pierwszą, trwającą dwa tygodnie ferii zimowych, zaliczyłem w trzeciej klasie podstawówki i większą jej część spędziłem w izolatce, sikając do umywalki oraz grając w karty sam ze sobą. Druga trwała nieco dłużej, bo bite dziewięć miesięcy (czyli zdążyłbym w tym czasie urodzić dziecko, albo trojaczki) a jej organizatorem był MON. Tak, udało mi się zaliczyć obowiązkową służbę wojskową jeszcze zanim stała się ona jakże pożądanym zawodem i na pewno bawiłem się lepiej niż w podstawówce, choć również zdarzało się sikać do umywalki w czasie golenia (dwie minuty na poranną toaletę to niewiele, a w ten sposób zaoszczędzało się cenny czas). Wybiórcza pamięć, w trosce o nasze samopoczucie, na bieżąco segreguje wspomnienia, wyrzucając z pamięci te złe i uwypuklając te dobre. Były więc tanie wina na przepustce w parku, darmowe kino, tanie wina na przepustce w darmowym kinie, bezpłatne bilety tramwajowe i osobne kabiny prysznicowe, każda bez wyjątku ostrzelana nasieniem. Trudno więc się dziwić, że służbę wojskową wspominam jak wyśmienitą kolonię, czy sanatorium i pomimo początkowego stresu (normalna reakcja przy poznawaniu czegoś nowego) z czasem poczułem się tam jak w domu. Dlaczego o tym wspominam? Już tłumaczę i objaśniam.

Czytaj dalej „Miasto i psy – Mario Vargas Llosa”

Oddział chorych na raka – Aleksander Sołżenicyn

Nie oszukujmy się – pobyt w szpitalu nie należy do najbardziej rozrywkowego sposobu spędzenia wolnego czasu. Ludzie mają różne zboczenia i fetysze, ale trudno o kogoś, kto uwielbia leżeć w szpitalnym łóżku. Ani to podniecające, ani adrenaliny specjalnie nie pompuje, a wyznacznikiem dobrej zabawy jest wysokie tempo opróżniania przez salowe kaczek. Po nocach korytarzami snują się starzy ludzie, cierpiący na bezsenność, szurający papuciami po posadzce i nielegalnie handlujący między sobą batonikami – wynik ścisłej diety narzuconej przez lekarzy niektórym pacjentom. Kiedyś krążyła po mojej okolicy legenda, że jedna zaawansowana wiekiem pacjentka z głodu zjadła własną nogę. Rewelacyjna historia, ale weź takiej nie daj batonika, gdy o niego prosi. Wolałbym odżałować ten kawałek czekolady, niż obudzić się w środku nocy z jej dziąsłami (na zęby nie miała co liczyć – trzy razy nie rosną) zaciśniętymi na mojej stopie. Br, scenariusz jak z japońskiego horroru, ale szpitalne mury raczej nie sprzyjają tęczowym myślom i marzeniom.  I pewnie dlatego „Oddział chorych na raka” przygnębia już od pierwszych stron, bo bez zbędnego wprowadzenia czytelnik jest wciągany za szmaty na oddział onkologiczny – oddział który sam w sobie nie zwiastuje hucznej i szampańskiej imprezy, a już szczególnie nie w realiach mało optymistycznego ZSRR. Cholera, przecież już sam tytuł powieści przytłacza.

Czytaj dalej „Oddział chorych na raka – Aleksander Sołżenicyn”

Sto lat samotności – Gabriel García Márquez

Anegdotka. Spotyka się dwóch znajomych i jeden pyta – oglądałeś „Zabójstwo Jesse’ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda”? Na co ten drugi – nie, a o czym to jest? Cha, cha, mnie to bawi, a wspominam o tym nie bez powodu, bo analogicznie sprawa ma się z najbardziej rozpoznawalną powieścią noblisty Márqueza. Gdyby ktoś zapytał mnie, o czym jest „Sto lat samotności”, to pierwszym określeniem byłaby właśnie samotność, już pomijając fakt, czy rzeczywiście stuletnia. Oczywiście, takie uogólnienie byłoby krzywdzące dla powieści, bo ta nie ogranicza się jedynie do tematyki osamotnienia. Samotność jest tutaj jednak wszechobecna, przebija się przez wszystkie wątki, nadaje treści rytm i odcień, zaraża sobą czytelnika. Weź dowolną postać z kart „Stu lat samotności” i przekonaj się, że urodziła się ona samotnie, samotnie szła przez codzienność i, bez wyjątku, samotnie umierała. Niewiele w powieści optymizmu i pozytywnych emocji, a sugestywnością i przytłaczającą czytelnika atmosferą mogłaby ona z powodzeniem konkurować z niejedną antyutopią. „Sto lat samotności” jednak do tego nie aspiruje, więc darujmy już sobie drążenie tematu. Wystarczy wiedzieć, że nie jest to lektura na depresyjne wieczory, bo wątpliwym jest, żeby przyniosła wtedy ukojenie.

Czytaj dalej „Sto lat samotności – Gabriel García Márquez”

Mistrz z Petersburga – John Maxwell Coetzee

Coetzee wziął się za bary z, nie bójmy się tego słowa, legendą literatury światowej – Fiodorem Michajłowiczem Dostojewskim. Choćby przez krótką chwilę chciał poczuć się jak On. Prawdopodobnie zapuścił też z tej okazji imponująca brodę, ale to tylko moje osobiste przypuszczenia, więc nie wymagajcie źródła tej sensacyjnej plotki. Coetzee postanowił napisać głęboko psychologiczną powieść, osadzoną w realiach XIX wiecznej Rosji. Zabieg całkiem ryzykowny, bo z tego co się orientuję, a orientuję się dosyć powierzchownie, to południowoafrykański pisarz specjalizuje się raczej we współczesnych historiach. Eksperymentowania nikt mu nie zabroni, ale tego typu posunięcie świadczy jedynie o jego pewności siebie i wypracowanej reputacji, której nie obawia się wystawić na próbę. No dobra, ale XIX wieczna Rosja nie tylko Dostojewskim stoi, więc skąd wniosek, że właśnie on był inspiracją Coetzeego? Cwaniaki twierdzące „bo na okładce jest Dostojewski” (wyd. Znak, 2005) niech sobie darują i nie psują mi pointy. Znacznie bardziej oczywistą przesłanką fascynacji Coetzeego rosyjskim pisarzem jest fakt, że właśnie Dostojewskiego uczynił on głównym bohaterem powieści. Dość jednoznaczne, prawda? A nie tam jakieś okładki.

Czytaj dalej „Mistrz z Petersburga – John Maxwell Coetzee”

Rozmowa w „Katedrze” – Mario Vargas Llosa

Ciekawe, że kiedy w październiku zeszłego roku przeglądając pewne zestawienie „100 książek, które trzeba przeczytać”, trafiłem na opis „Rozmowy w »Katedrze«” i dodałem ją do swojej listy przyszłych zakupów, to już kilka dni później Vargas Llosa otrzymał literacką Nagrodę Nobla. Przypadek? Nie sądzę. Bliższy jestem teorii, że swoją chęcią zapoznania się z prozą Peruwiańczyka, wywarłem podświadomy nacisk na osoby decydujące o przyznaniu tegoż wyróżnienia. Trudno się nie ugiąć pod naporem tak potężnego umysłu jak mój, toteż gdy parę dni później Llosę ogłoszono Laureatem Nobla uśmiechnąłem się tylko nikczemnie – „dobra robota”, mruknąłem do siebie.
Co mnie natomiast zaskoczyło, to wynikające z nagrody niewielkie trudności z zakupem najbardziej cenionej powieści Llosy. Nie były to naturalnie problemy porównywalne z próbą zakupu wiatraka elektrycznego w okresie zeszłorocznych wakacji (muszę pamiętać, żeby w tym roku kupić go wcześniej), ale wystarczy zaznaczyć, że kilka dni po przyznaniu Nobla, na półkach księgarni ostały się zaledwie pojedyncze egzemplarze Llosy i to raczej te zbierające słabsze opinie. Tak jakby Naród nagle zaczął czytać coś, poza Internetem. Po tygodniu wszystko wróciło do normy, statystyczny Polak znów czytał ćwierć książki rocznie, a ja spokojnie nabyłem swój egzemplarz „Rozmowy w »Katedrze«”.
Dopiero po upływie sześciu miesięcy uznałem, że atmosfera w powietrzu jest odpowiednia dla mojego podejścia do prozy Llosy, bo to wstyd nie zaznać twórczości noblisty. I nieważne, że dorobku pozostałych stu czterech noblistów także nie znam, ha!

Czytaj dalej „Rozmowa w „Katedrze” – Mario Vargas Llosa”

Nazywam się Czerwień – Orhan Pamuk

Pamuk leżał u mnie na półce dobre kilka miesięcy. Bo jakoś nie miałem nastroju na zapoznanie się z noblistą, którego powieść mogła, ale wcale nie musiała zgrać się z moim gustem. Dodatkowo, żebym za bardzo się nie rozentuzjazmował, siostra stwierdziła, że jego „Muzeum niewinności” ssie po całości nudą („Gościu snuje się i całą książkę tęskni za lubą” – tak to określiła). Po czym pożyczyła ode mnie „Nazywam się Czerwień” i stwierdziła, że jest lepiej, „…ale czytałam w sumie tylko rozdziały o co ciekawszych tytułach”. Dobra jest, szacuneczek. Jednak ja, jako przekornie alternatywny osioł, nie zrażałem się tym prawie wcale, tym bardziej że mamy z siostrą nieco inne gusta, o czym przekonałem się parokrotnie. Po głębszym zastanowieniu stwierdzam, że gusta mamy w sumie całkiem inne, na tyle odrębne, że najprawdopodobniej to, co jej się nie podobało, ja przyjmę ze smakiem, oblizując się zachłannie i wołając o jeszcze. Jednakże z nieuchwytną szczyptą niepokoju oraz niepewności podjąłem się lektury i już po paru rozdziałach moje obawy prysły niczym krew z rozbitej kamieniem głowy ofiary, wrzuconej do studni i pozostawionej gniciu. Bo właśnie o tym traktuje otwierający powieść rozdział „Jestem Trupem”, gdzie poznajemy nieszczęśnika bestialsko zamordowanego, który jednak ma nam do przekazania parę mocnych uwag, zanim jego dusza opuści skatowane ciało. Otwarcie iście wyjątkowe, zachęcające i klimatyczne, bez dwóch zdań.

Czytaj dalej „Nazywam się Czerwień – Orhan Pamuk”

Władca Much – William Golding

Wielokrotnie nagradzane dzieła w dziedzinie literackiej mają to do siebie, że zawsze znajdzie się ktoś, dla kogo będą one przecenione i przereklamowane. To oczywiste, bo nie dogodzisz każdemu, choćbyś nawet lizał go po jajkach przy lekturze. W przypadku Władcy Much miałem obawy, że Golding mimo wszystko mi nie dogodzi. Nie żebym robił z tego jakąś tragedię, ale chciałem, by ta książka mi się spodobała. Liczyłem na to i byłbym podwójnie zawiedziony gdyby się okazało, że powieść nie robi na mnie żadnego wrażenia. I co się okazało? Po dwóch wieczorach lektury uznałem książkę za dobrą. Zaledwie dobrą. Jednak z dnia na dzień zacząłem wspominać ją coraz milej. I tak, na tę chwilę, mógłbym ją określić jako bardzo dobrą, chwilami świetną. Nie znakomitą i nie wybitną, czy genialną, ale z pewnością świetną. Czyli Golding trochę mnie popieścił, z tym, że nie doszło do szczęśliwego zwieńczenia, bo jednak wolę kobiety.

Czytaj dalej „Władca Much – William Golding”