Czerwony syn – Mark Millar

czerwony synUznałem, że warto. Że nawet jeśli nikogo to tak naprawdę nie zainteresuje, to warto, bym zaznaczył istnienie tego komiksu, bo o powieściach graficznych wspominam raczej rzadko, ale jednak rezerwuję sobie taką możliwość w wyjątkowych przypadkach. Od czego zależy tego rodzaju wyjątkowa okoliczność? To również zostawiam sobie do subiektywnej oceny, bądź też kaprysu – na jedno wychodzi. A Czerwony syn z pewnością jest opowieścią wyjątkową, której koncepcję powinni docenić również czytelnicy, którzy na co dzień traktują komiksy obojętnie. Nawet oni zwykle wiedzą, że niejaki Superman jeszcze jako niemowlę przybył na Ziemię z kosmosu (no, uogólniając) i wylądował swoją kapsułą ratunkową na polu w Kansas. Tam został znaleziony przez małżeństwo Kentów, wzięty pod opiekę i wychowany w imię i poszanowaniu dobra. Bla, bla. Taki jest żelazny kanon, nietykalne korzenie każdej historii z Supermanem w głównej roli. A co robi Mark Millar w swoim scenariuszu? Bierze do pomocy kilku rysowników, po czym bezczelnie wyrywają te korzenie. I najlepsze w tym wszystkim jest to, co dostajemy w zamian: bo gdyby mały Superman wcale nie rozbił się na terenie USA? Ba-dum! Co by było, gdyby nową ojczyzną Człowieka ze Stali został Związek Radziecki? No kurde, jak dla mnie pomysł tak nieprawdopodobny, że aż świetny. To tak, jakby Wilka i Zająca wysłać do Nowego Jorku. Nu, pogodi!

Czytaj dalej „Czerwony syn – Mark Millar”