To nie jest kraj dla starych ludzi – Cormac McCarthy

To-nie-jest-kraj-dla-starych-ludziMcCarthy to mój filar i ostoja literacka, bo za każdym razem, gdy zaczynam odczuwać swego rodzaju przesyt przeciętnością lektur, chwytam za grzbiet Cormaca i przełamuję nim szarą serię. To taka pewna i zaufana inwestycja, defibrylator na zwalniające swe bicie serce czytelnika. Jest jak szklanka zimnej wody w upalny dzień, jak pierwszy lajk na fejsbuku, jak zastrzyk gotówki dla pogrążonego w długach człowieka, jak prawdziwy (udany) seks z drugą osobą po miesiącach przedłużającej się masturbacji. Krótko mówiąc: sprawia, że chce się jeszcze te kilka dni dłużej pożyć. Wiem, że wyolbrzymiam, ale to jest takie śmieszne, takie dobre, że zostawię. Akurat ta powieść McCarthy’ego miała już kilka lat temu swoją polską premierę, jednak jakość tamtego przekładu – delikatnie mówiąc – pozostawiała wiele do życzenia. Będąc już mniej subtelnym dodam, że pierwsze tłumaczenie ssało po całej linii i pozostanie wielką tajemnicą, czy ktoś w ogóle próbował to ze zrozumieniem przeczytać przed wydaniem. Wstyd, hańba, skandal i schabowe bez panierki. Piszę o tym w ramach przestrogi, bo osobiście wolałbym przyłożyć twarz do rozpędzonego śmigła, niż czytać tamten przekład, w którym nawet dialogi były wyróżnione myślnikiem, a każdy fan McCarthy’ego wie, jak bezczelna to profanacja wobec oryginału. Skruszone wydawnictwo pochyliło głowę, wzięło się w garść i wydało To nie jest kraj dla starych ludzi ponownie, tym razem jak należy. A ja, również jak należy, dodałem książkę do swojej kolekcji.

Czytaj dalej „To nie jest kraj dla starych ludzi – Cormac McCarthy”

Sodoma i Gomora – Cormac McCarthy

cormac-mccarthy-sodoma-i-gomoraOdwlekałem to i celebrowałem. Nie chciałem jeszcze kończyć Trylogii Pogranicza, bo ten cykl po lekturze Przeprawy nabrał dla mnie kolosalnego znaczenia, reprezentując to, co najlepsze w literaturze i to wszystko, czego w niej szukam szeleszcząc setkami kartek. Sodoma i Gomora leżała więc długo na półce, a w mojej głowie piętrowo rodziły się kolejne pytania. Jak się ma – już nieco przeze mnie zapomniany – John Grady Cole (Rącze konie)? Co u Billy’ego Parhama (Przeprawa), którego trzy wyprawy do Meksyku cudownie ugodziły moją wrażliwość? Jak McCarthy splecie ich losy (bo wiedziałem, że to zrobi)? Czy dzisiaj na obiad znowu będą schabowe z ryżem? Czy chłopaki znów będą w kółko jedli tortillę z fasolą? Pytania, które nie wynikały z obawy o poziom opowieści, bo pod tym względem McCarthy z reguły nie zawodzi. Te pytania pojawiły się naturalnie, poprzedzając i napędzając moją lekką ekscytację oraz zniecierpliwienie przed lekturą. To działa na podobnej zasadzie, jak przenosiny do nowej klasy w szkole i towarzyszące temu kwestie w rodzaju „ciekawe, czy będą tam ładne koleżanki?” (wybaczcie męski punkt widzenia). I nie szkodzi, że te atrakcyjne koleżanki nigdy nie zaszczycą mnie spojrzeniem, nie pożyczą korektora, ani zeszytu do przepisania i nie odwzajemnią mojego zachwytu nimi – nie ma powodu, by tego od nich wymagać. Chodzi o samą możliwość obcowania z pięknem, czarem gestów i detalami, być w pobliżu, gdy przygryzają w zamyśleniu ołówek. A teraz najlepsze: Sodoma i Gomora, w przeciwieństwie do większości atrakcyjnych koleżanek, wynagrodzi nam każdą poświęconą jej minutę. I nie będzie wypominała, że chodzi nam tylko o seks.

Czytaj dalej „Sodoma i Gomora – Cormac McCarthy”

Przeprawa – Cormac McCarthy

nowe tytu³y_okladki pw.cdrNo i co z tego, że „Przeprawa” mocno przypomina „Rącze konie”? Obie powieści, wchodzące przecież w skład Trylogii Pogranicza, są na pierwszy rzut oka bliźniaczo podobne, a ktoś złośliwy mógłby nawet powiedzieć, że nie dostrzega między nimi większej różnicy. I rzeczywiście – gdyby spojrzeć na obie powieści powierzchownie, to „Przeprawa” serwuje nam klasyczną powtórkę z rozrywki – znów młodociani bohaterowie, zbliżony czas akcji umiejscowiony w okolicach II Wojny Światowej, wyprawa do Meksyku, utracone konie, które potem wypadałoby spróbować odzyskać, znowu te same menu (niezniszczalna tortilla z fasolą), a przede wszystkim znów trzeba dojrzewać szybciej, niż ludzka natura pozwala – doskonale znamy te motywy z „Rączych koni”. I powtórzę – ktoś złośliwy mógłby lekceważąco prychnąć, wykonać nieokreślony gest dłonią i zacząć narzekać na odtwórczość, ale mam jeden argument przemawiający za tym, by jednak po tę książkę sięgnąć. Uwaga: „Przeprawa” jest lepsza. Najzwyczajniej w świecie lepsza i stanowiąca naturalny krok naprzód w rozwoju trylogii. Jest bardziej urzekająca, bardziej wstrząsająca, bardziej zapadająca w pamięć.

Czytaj dalej „Przeprawa – Cormac McCarthy”

Rącze konie – Cormac McCarthy

Nie sposób zliczyć, ile to już razy Wspaniałe Stany Zjednoczone Ameryki, pępek naszej planety, ratowały świat. Przed kosmitami, asteroidami, epidemiami, Indianami, wszelkiego rodzaju kataklizmami, powodziami, huraganami, niczyją ropą naftową, a nawet piracką muzyką. I bynajmniej nie myślę o szantach. Często tych chlubnych czynów dokonuje samodzielnie jeden osobnik w śmiesznym wdzianku, bo jeśli superbohater nie jest Amerykaninem, to pochodzi najpewniej spoza naszego świata (ale i tak trafia w końcu do USA, bo przecież nie na Białoruś). Amerykanie są tak zaaferowani niesieniem pomocy całemu światu, że nie został wśród nich już nikt wolny, kto mógłby nam załatwić w końcu te nieszczęsne wizy, bo niedługo zaczniemy o nie żebrać (tak słyszałem, a mam już dość słuchania o tym). Mniejsza o to, wszak Amerykanie mają też Cormaca McCarthy’ego, którego każda kolejna powieść wywołuje wśród tamtejszych krytyków grupowy orgazm literacki. No tak, ale McCarthy jest Amerykaninem piszącym o swojej ojczyźnie, jej historii i swoich rodakach. Czy szary, polski czytelnik (bez wizy) zarabiający średnią krajową (akurat!), uodporniony na patriotyczne uniesienia oraz odpowiednio zdystansowany do wszystkiego co mejd in juesej, może równie entuzjastycznie podchodzić do lektury kolejnej książki tego autora? Cóż, wygląda na to, że tak, bo dobra literatura jest uniwersalna i obroni się na całym świecie. Jednak wypada wiedzieć, czego po McCarthym i jego twórczości oczekiwać, a czego raczej u niego nie doświadczymy. Kiedy już będziemy mieli za sobą te ustalenia, wtedy pozostaje przewrócić pierwszą stronę i pozwolić, by aura przyjemności z lektury na nas spłynęła.

Czytaj dalej „Rącze konie – Cormac McCarthy”

Suttree – Cormac McCarthy

To nie była miłość od pierwszego wejrzenia, jak to mówią. Moją pierwszą styczność z McCarthym najtrafniej opisałoby wyrażenie „niefortunna”. Zabrakło chemii, nie zaiskrzyło.  „Drogę„, która przypadkowo do mnie trafiła, potraktowałem dosyć obcesowo i być może nieco niesprawiedliwie, zarzucając jej brak wyraźnie zaznaczonej fabuły i jojcząc na ograniczenia, które autor sam sobie narzucił wybierając taką, a nie inną tematykę. O ja naiwny! Obecnie, będąc mądrzejszym o cztery kolejne powieści McCarthy’ego (a przede wszystkim „Krwawy południk” – na dźwięk tych dwóch słów budzi się we mnie uwielbienie graniczące z podnieceniem), stwierdzam, że nie dojrzałem w bestselerowej „Drodze” tego, co w prozie autora najważniejsze – sam element wędrówki, charaktery ludzkie, naturalność dialogów, kontrast między pięknem i nieobliczalnością natury a surowością ludzkiego bytu – w tym tkwi siła McCarthy’ego, a nie w fabule, która w żadnej z jego powieści szczególnie wyszukana nie jest! Aż mi wstyd za moją krótkowzroczność.

Czytaj dalej „Suttree – Cormac McCarthy”

W ciemność – Cormac McCarthy

Tak w zasadzie dopiero teraz zauważyłem, że ze znaczącą średnią roczną przeczytanych powieści McCarthy’ego, mógłbym aspirować do miana fana jego twórczości. Tymczasem wcale się tak nie czuję. Owszem, jego styl do mnie przemawia, odnajduję sporą przyjemność w lekturze jego charakterystycznej prozy, ale nie zawsze udaje mu się porwać mnie tematycznie i fabularnie. O ile „Krwawy południk” jest jedną z najlepszych powieści, które w życiu przeczytałem, tak już chwalona w mediach „Droga” nieszczególnie mną pozamiatała (choć klimatu jej nie odmówię). „Strażnik sadu” z kolei miewał niezwykle plastyczne sceny, kiedy moja wyobraźnia była zachwycona, ale całościowo był zaledwie dobry. Czy „W ciemność” – najnowsza (patrząc przez pryzmat polskich wydawnictw) powieść McCarthy’ego, autora znanego ze swojej skrytości (czy z powodu skromności, czy zadufania – nie wnikam), ma szanse wskoczyć na którykolwiek stopień mojego prywatnego podium? Pozycja lidera jest raczej niezagrożona, ale już druga i trzecia lokata są jak najbardziej w zasięgu pretendenta, kwestia tylko, czy jemu samemu nie zabraknie umiejętności i jaj. Same chęci nie wystarczą, bo dobrymi chęciami to jest Urząd Skarbowy wybrukowany podobno. Czy jakoś tak.

Czytaj dalej „W ciemność – Cormac McCarthy”

Strażnik sadu – Cormac McCarthy

Polski czytelnik w zasadzie dopiero teraz ma okazję głębiej zapoznać się z twórczością McCarthy’ego. Wiadomy bestseller, tytułu którego obiecałem sobie nie wymieniać w tym tekście, na tyle zachwycił krytyków i odbiorców, że teraz Wydawnictwo Literackie raczy nas nową powieścią Cormaca co trzy miesiące. Nową w sensie polskiego przekładu. Nie chcę być złym prorokiem, ale to może doprowadzić do przesytu autorem, z tym, że trudno się dziwić wydawnictwu, bo trzeba kuć pisarza, póki gorący. Po kapitalnym, mało romantycznym i cierpkim aż między zębami chrzęści „Krwawym południku”, zaprezentowany nam zostaje „Strażnik sadu” – debiutancka powieść McCarthy’ego, która musiała czekać blisko pół wieku na możliwość stanięcia na półce polskiego czytelnika. Czy ma zadatki na kolejny bestseller, taki jak ten wałkowany do znudzenia z okładki? A może stanowi równie ciężkostrawną, ale nie pozostawiającą obojętnym żadnego czytelnika przeprawę w stylu Krwawego południka? Gdyby bestseller o oczywistym tytule (którego nie wymienię i basta) postawić w punkcie A, natomiast krwisty, na wpół surowy stek („Krwawy południk”) położyć w punkcie B, to odnoszę wrażenie, że „Strażnik sadu” świetnie wkomponowałby się w punkt Ą, w połowie drogi między tymi dwoma. Jak to obliczyłem, jakiego wzoru użyłem? Już wyjaśniam: obliczyłem w pamięci i tak mi wyszło, nie dyskutuj.

Czytaj dalej „Strażnik sadu – Cormac McCarthy”

Krwawy południk – Cormac McCarthy

Cormac (dla znajomych Czarli) McCarthy (1933) to podobno skryty gościu. Rzekomo nie rozmawia z czytelnikami. Cóż, dla mnie każdy pisarz jest skryty, bo z żadnym nie rozmawiałem, więc jakoś nie jest to dla mnie niecodziennym zjawiskiem. Z drugiej strony, patrząc na jego styl pisania i obieraną tematykę, to może i lepiej, bo bardzo prawdopodobne, że przygnębiłby on każdego rozmówcę nawet podczas pogawędki o pogodzie – dyżurnym zagadnieniu, gdy brak innych tematów. Lektura poetycko klimatycznej „Drogi”, mimo obficie zachwycających się nią recenzentów, nie urwała mi jakoś szczególnie dupy. Tematyka nie moja, pole do popisu wąskie. Jako nowelka się sprawdza, ale nic więcej. Z utęsknieniem natomiast oczekiwałem na polskie wydanie powieści okrzykniętej jedną z najważniejszych pozycji XX wieku w amerykańskiej literaturze i największym osiągnięciem McCarthy’ego jako pisarza. Slogany sloganami, nie one zwróciły moja uwagę, bo jestem na to zbyt alternatywny. To, co mnie przyciągnęło, to nic innego jak tematyka Dzikiego Zachodu. Och, jakie to dziecinne i obciachowe, pomyślisz. Zamaskowani bandyci napadający na dyliżanse, Indianie z tomahawkami krzyczący „ułułułułu”, ogniste rumaki mknące przez prerię, pojedynki rewolwerowców w samo południe, szeryf z błyszczącą gwiazdą na kamizelce trzymający pieczę nad bezpieczeństwem i sprawiedliwością, napady na jedyny bank w miasteczku, strzelaniny, pokerowe pojedynki w saloonie z charakterystycznymi, rozchylanymi „drzwiami” i tańczącymi na podeście kankana ciziami, Johnem Waynem i Clintem Eastwoodem obsadzonych w głównych rolach. Czujesz się zainteresowany? Nieistotne, bo musisz na nowo zrewidować swoje wyobrażenie wszystkiego, co wiesz o Dzikim Zachodzie. A „Krwawy południk” Ci w tym brutalnie pomoże.

Czytaj dalej „Krwawy południk – Cormac McCarthy”

Droga – Cormac McCarthy

Nie trawię okładek książki, które nawiązują do jej ekranizacji. W jakiś przykry sposób ujmują one pola do popisu dla wyobraźni, narzucając nam ten jedyny słuszny obraz bohatera, czy bohaterów. Trochę się to nie kalkuluje z założeniami literatury, ale z marketingiem nie wygrasz i dupa blada. Ale może to jedynie problem mojej wrażliwej duszyczki. Dodatkowo nie jestem też fanem tematyki apokaliptycznej, destrukcji świata, zagłady ludzkości i kolesi z obfitą brodą. A to wszystko mamy w Drodze. Więc co mnie skłoniło do lektury? Siostrzenica wręczająca mi egzemplarz z komentarzem „musisz przeczytać”. Książka nie przeraża przepychem. Jest skromnie, oszczędnie w słowach, zwięźle, bezpośrednio. Bo i opisywać nie ma czego. Świat po bliżej nieokreślonej katastrofie, najprawdopodobniej spopielony serią pożarów, wyczerpane zapasy pożywienia, nic nie znaczące zaludnienie. I gdzieś w tym wszystkim mężczyzna, będący w tytułowej drodze, drodze w poszukiwaniu ciepła, jedzenia, butów, puszki Coca Coli. Mężczyzna w beznadziejnej walce o życie swoje i swojego syna, odwlekający jak najdłużej dzień, w którym najprawdopodobniej będzie musiał się poddać i spojrzeć synowi w oczy po raz ostatni.

Czytaj dalej „Droga – Cormac McCarthy”