Taniec ze smokami – George R.R. Martin

To zadziwiające, jak nie wiedzieć kiedy, choć na moich oczach, cykl „Pieśń Lodu i ognia” rozrósł się do nieprzeciętnych, wręcz kolosalnych rozmiarów. Patrząc na ilość i objętość kolejnych tomów to pozornie rzecz oczywista, ale w zasadzie dopiero niedawno dotarło do mnie z jakim molochem mam do czynienia, oraz jak potężny potencjał w nim tkwi. Martin nie ustaje w rozwoju swojego koronnego cyklu, dokłada kolejne setki, tysiące stron i… ani przez moment mnie nie nudzi. Fenomenalne. Nie wiem jak on to robi, ale to wymyka się wszelkiej logice.
Dla porządku ustalmy fakty: „Taniec ze smokami” to już piąty tom z serii, ponownie rozbity na dwie części, bo licząca tysiąc pięćset stron książka nie uchodziłaby za wzór szczupłej, kieszonkowej sylwetki (inna sprawa, że dwie części po osiemset stron każda również zgrabnymi trudno nazwać). Te cyfry kompletnie nie mają znaczenia w zestawieniu z magnetyzmem treści zawartej na tych stronach. Muszę w buty sobie wsadzić mój czytelniczy snobizm i przyklasnąć autorowi za umiejętność uchwycenia mnie za uszy i trzymania tak, bym nie mógł oderwać wzroku od ciągu literek. Kolejne strony lecą, a ja zaczynam wpadać w syndrom „jeszcze jednego rozdziału”, tak bolesnego i przeklinanego, kiedy trzeba rano wstać. Nienawidzę cię, Martin.

Czytaj dalej „Taniec ze smokami – George R.R. Martin”

Uczta dla wron – George R.R. Martin

To był dobry rok dla G.R.R. Martina. Serial HBO wiernie oparty na „Grze o tron” okazał się co najmniej udaną ekranizacją i zrobił niesamowite wrażenie na widzach. Sprzedaż książek z cyklu „Pieśń Lodu i Ognia” drastycznie wzrosła (i nadal utrzymuje się na przyzwoitym poziomie), a sześć lat oczekiwania na kolejny tom zostało wreszcie fanom wynagrodzone w postaci „Tańca ze smokami”.  Kolejne części „się piszą”, HBO właśnie kręci drugi sezon serialu (podobno zamówiono już dwa następne), a Martin zyskał nowego fana – mnie. Tak, to zdecydowanie udany rok dla autora serii, szczególnie przez wzgląd na to ostatnie.
Niech się nikt jednak nie waży porównywać Martina do Tolkiena. Jedyne co łączy tych dwóch dżentelmenów, to zamiłowanie do składania pojedynczych literek w słowa, słów w zdania, a zdań w powieść. Łączy ich także fakt, iż obaj posługują się trzema imionami. Zbliża ich oprócz tego szeroko rozumiany gatunek literacki, w którym najlepiej się panowie czują, czyli ogólnie pojęta fantastyka. Poza tym, to całkowicie inne wizje, inna stylistyka, inne światy oraz inne czasy, a co za tym idzie, zapotrzebowania czytelnika. Zarówno Tolkien, jak i Martin są świetni w swoim fachu, z tym, że ten drugi ma przewagę nad kolegą, bo nadal trzyma się kurczowo życia. I lepiej, żeby się z tym nie rozmyślił, bo spoczywa na nim potężna odpowiedzialność, a fani cyklu „Pieśń Lodu i Ognia” oczekują zakończenia sagi z intensywnym przytupem, odwagą literacką (której Martinowi nie brakuje) i ryjącym bruzdę w pamięci czytelnika finiszem. Nie spierdol tego Dżordż.

Czytaj dalej „Uczta dla wron – George R.R. Martin”

Nawałnica mieczy – George R.R. Martin

To zadziwiające, jak seria, która przeraża swoją objętością, zajmując samodzielnie całą półkę na regale, jednocześnie frapuje i fascynuje czytelnika na tyle, że ten mimo wszystko krzyczy „mało, mało!”. Kontynuując śledzenie losów Siedmiu Królestw, po raz kolejny i z jeszcze większym pożądaniem poddałem się narracyjnemu urokowi Martina. Z uśmiechem politowania wspominam siebie sprzed pierwszego tomu – sceptycznego, zdystansowanego do zachwyconych opinii, zniechęconego faktem, iż przede mną kilka tysięcy stron serii, bądź niecały tysiąc, jeśli „Gra o tron” nie spełni pokładanej w niej nadziei i oczekiwań, oszczędzając mi tym samym lektury pozostałych tomów. Teraz jestem już po „Nawałnicy mieczy” – części trzeciej (rozbitej, zapewne ze względów objętościowych, na dwa pod-tomy) „Pieśni Lodu i Ognia” i wciąż nie mogę sobie przypomnieć choćby fragmentu, podczas lektury którego byłbym znudzony i zniecierpliwiony rozwojem fabuły. Fenomenalne to uczucie i jeśli nie powinienem przyznać maksymalnej oceny powieści, która pomimo kolejnych setek stron nadal wciąga jak bagno, zaskakuje i zadziwia, to już nie wiem, kto bardziej na nią zasługuje. Choć Martin za swoją twórczość Nobla z dziedziny literatury nie dostanie, to już teraz otrzymuje znacznie więcej – wdzięczność milionów czytelników, którym zapewnił niezapomnianą, srogą, bezkompromisową przygodę, wypełnioną po marginesy fantastycznie różnorodnymi bohaterami i wydarzeniami, wobec których trudno pozostać obojętnym.

Czytaj dalej „Nawałnica mieczy – George R.R. Martin”

Starcie królów – George R.R. Martin

Dłużej nie potrafił opierać się kuszącemu grzbietowi drugiego tomu „Pieśni Lodu i Ognia”. Świadomy tego, czego mógł się spodziewać po prozie Martina, pewnego wieczoru sięgnął po książkę o proporcjach cegły i jeszcze przed snem przeczytał ponad dwieście z jej dziewięciuset stron. Bynajmniej nie zaskoczyło go dobre tempo, bo pomimo kilku rzeczy, które przy odrobinie złej woli mógłby zarzucić stylowi autora, to jednak musiał przyznać, że obłędnie dobrze się to czyta i przyswaja. Tak było w tomie pierwszym i trudno było oczekiwać diametralnych zmian w kontynuacji. Ochoczo powrócił więc do Siedmiu Królestw, skąd beztroska odeszła wraz z pokojem, pakując wcześniej walizki i głośno trzaskając drzwiami. Ich miejsce zajęły zdrada, intryga i wojna – elementy darzone przez społeczeństwo ździebko mniejszą sympatią, ale znacznie bardziej twórcze emocjonalnie, zapewniające każdemu czytelnikowi skuteczną obronę przed nudą i rutyną. Zachwyciło go to, w jaki sposób Martinowi udało się uniknąć jakichkolwiek przestojów w akcji. Rzecz łatwa do osiągnięcia w zwięzłej nowelce, ale w tak obszernej epopei już niekoniecznie, więc tym bardziej należy się autorowi odznaka z ziemniaka i garść miedziaków. A bezkompromisowość z jaką Martin podchodzi do misternie kreowanych przez setki stron bohaterów, rozwija przed czytelnikiem pełen wachlarz emocji – od złości i konsternacji, poprzez smutek i rozgoryczenie, aż po zachwyt i poklask dla odwagi pisarza. W „Starciu królów” nie brakuje impulsów do wywołania różnorodnych reakcji.

Czytaj dalej „Starcie królów – George R.R. Martin”

Gra o tron – George R. R. Martin

Tak, do grona podnieconych czytelników cyklu „Pieśń Lodu i Ognia” miałem zamiar dołączyć od dawna. Przerażał mnie jedynie jej ogrom, bo do obecnych sześciu tomów (niechudych zresztą) już w lipcu dołączy siódmy, a autor przewiduje dwa kolejne, które dopiero powinny zamknąć serię. Śmiałe założenie, biorąc pod uwagę fakt, iż ponad sześćdziesięcioletni Martin na wenę twórczą ostatnio nie cierpi – najnowszy tom, „A Dance with Dragons” pisał sześc lat. Zastanawiam się więc, ilu czytelników i fanów „Pieśni Lodu i Ognia” zdąży umrzeć, nie doczekując finału serii. Kolejne wiosny mijają nieubłaganie, Martin na okaz zdrowia też jakoś szczególnie nie wygląda, nie należy więc się dziwić fanom, że ci obawiają się o dalsze losy Pieśni Lodu i Ognia – o to, czy autorowi wystarczy zapału, no i czasu, nie bójmy się o tym „pisać głośno”, nawet jeśli to nieuprzejme.  Czarny scenariusz, ale byłby to bolesny cios dla milionów czytelników na całym świecie. Zawsze istnieje możliwość dokończenia cyklu przez innego autora, z tym, że to niezmiennie tylko półśrodek, który trudno byłoby niektórym zaakceptować i potraktować poważnie. Z drugiej strony, nie byłby to oczywiście żaden precedens, bo natychmiast przypomniał mi się świetny cykl „Troja” Davida Gemmella, który za swojego małżonka dokończyła Stella. David odszedł w trakcie pisania ostatniego, trzeciego tomu.
No, ale dobra, gdybanie już zostawiam innym i przechodzę do „Gry o tron”.
Czytelnicy na całym globie rozpływają się w zachwytach, cykl zgarnia najwyższe noty, multum nagród, wszelkie rekordy świata i galaktyki, a recenzenci łkają ze szczęścia i zaszczytu obcowania z prozą Martina. To wiadomo, gdyż pozytywne opinie ogólnie dominują, więc ja skupię się na wadach powieści, bo taki ze mnie gbur i krytyk od siedmiu boleści.

Czytaj dalej „Gra o tron – George R. R. Martin”