To, co ukryte – Laura Lippman

to-co-ukryteUf, udało się. Coraz trudniej poruszać się między kryminałami i jednocześnie unikać tych rodem ze Skandynawii i okolic. Doszło do tego, że trafiając na z rożnych względów interesujący mnie tytuł i towarzyszące mu nazwisko autora, które nic mi nie mówi, zaczynam powtarzać sobie w głowie: obyś tylko nie pochodził z Norwegii, Szwecji czy innej Islandii; obyś nie był jednym z tych, którzy mają na koncie prestiżowe miano Nowego Króla Skandynawskiego Kryminału. Że to niby taki zaszczyt i obligujący tytuł? Gdzie tam. Wystarczy, że napiszesz powieść z trupem (jeden obowiązkowy, ale wedle uznania można dorzucić mu towarzystwo) i najlepiej parą przekomarzających się nawzajem policjantów, którzy tropią mordercę, jednocześnie zmagając się przy tym z problemami natury osobistej. I gotowe, chcesz czy nie, potrafisz pisać czy nie, jesteś świeżo koronowanym monarchą gatunku, pogódź się z tym. To działa na tej samej zasadzie co przydzielanie pseudonimów przez dzieci w szkole: rudowłosy chłopak zawsze dostanie ksywę Rudy i koledzy zmuszeni siedzieć z nim w ławce będą ze zdwojoną uwagą pilnować swoich piórników, a w domu pytać rodziców, czy rudością można się zarazić, natomiast imię tego najbardziej pulchnego od dzisiaj brzmi Gruby i to właśnie on na lekcjach wuefu będzie bronił dostępu do bramki. Tak, dzieci są bezwzględne w swoim okrucieństwie wobec rówieśników i Laura Lippman najwyraźniej uznała, że warto zgłębić ich naturę.

Czytaj dalej „To, co ukryte – Laura Lippman”

Reklamy