Bracia Lwie Serce – Astrid Lindgren

bracia-lwie-serce1Nie będę strzępił klawiatury na opowiadanie o tym, w jaki sposób znów doprowadziłem do sytuacji, że czytam kolejną bajkę dla dzieci, chociaż pod niektórymi względami staram się uchodzić za dorosłego. Sam do końca tego nie pojmuję, ale najwyraźniej to efekt impulsywnej decyzji, pod wpływem której jednego dnia dodaję daną książkę do listy, by po miesiącu nie pamiętać już dlaczego właściwie to zrobiłem. Taka klasyka w przypadku każdego, kto regularnie czyta, ale nie narzekam, bo zdarzają się większe zmartwienia w życiu. Astrid Lindgren również należy do klasyki, ale literatury dziecięcej, choć akurat Braciom Lwie Serce trudno jest rywalizować o rozpoznawalność z Fizią Pończoszanką (przy okazji: uwielbiam to wymawiać) czy też z ekipą łobuzów z Bullerbyn. Nie powinno być dla nikogo zaskoczeniem, że twórczość Lindgren wykraczała daleko poza te dwa dzieła (cykle), a opowieść o Braciach Lwie Serce to jedna spośród dziesiątek tych mniej znanych historii. Chciałbym napisać, że tak samo warta przeczytania, ale jednak Dzieci z Bullerbyn to zupełnie inna, wyższa klasa, a Fizi Pończoszanki tak naprawdę nigdy nie czytałem, bo wydawała mi się zbyt dziewczyńska. Poza tym kiedyś oglądałem serial o jej wyczynach i z braku alternatywy byłem zmuszony bawić się jej lalką (niemiecką Pippi Langstrumpf), więc tej traumy było zbyt wiele, nawet jak dla mnie i nie chcę do tego wracać.

Czytaj dalej „Bracia Lwie Serce – Astrid Lindgren”

Miód trzmieli – Torgny Lindgren

Miod_trzmieliPierwsze skojarzenie: jeśli Szwecja, to przede wszystkim Roxette. ABBA trochę też, ale nie lubię, bo za bardzo przypałowi. Za to Roxette – och, za szwedzkim duetem to w ogień nawet tu i teraz, zabierzcie moje oczy, ale nie empetrójki z Roxette. Pewnie wypadałoby w tym miejscu popisać się znajomością szwedzkiej literatury, bo o tym przecież powinien opowiadać ten wpis, ale dajmy sobie siana: żaden Stieg Larsson, żadna Tove Jansson, nawet żaden Lagerkvist (noblista przecież) nie spłodzili nigdy nic lepszego od Dressed for Success czy The Look (na na na na na NA NA NA na na NA!) i kilkunastu innych pop-hiciorów od których samoczynnie pękają ściągacze w skarpetkach, taka prawda. Przy A Thing About You i Spending My Time zdarzyło mi się dawno temu nawet nieumiejętnie całować. W usta. Z dziewczyną. Ładną, pachnącą, bystrą i trzeźwą. Niech te fakty przemówią same za siebie i głoszą chwałę Roxette. Natomiast jeśli Lindgren, to tylko Astrid i nie wiem, skąd tutaj jakiś Torgny (co to w ogóle za imię). Zupełnie nie mam pomysłu jak się do tej niezręczności odnieść i zapewne skończy się na tym, że się nie odniosę, by jakoś nie uchybić autorowi – ponoć szanowanemu w ojczystym kraju, wielokrotnie nagradzanemu członkowi Akademii Szwedzkiej. Moje słowa (bądź ich brak) nie zrobią żadnej różnicy.Zresztą zauważyłem, że oni wszyscy zawsze są wielokrotnie nagradzani i przestałem się zastanawiać czy tylko ja o tym nic nie wiedziałem. Zostawmy więc w spokoju autora i zatopmy drapieżne pazury pożądania w surowym powieściowym mięsie.

Czytaj dalej „Miód trzmieli – Torgny Lindgren”

Dzieci z Bullerbyn – Astrid Lindgren

Raz, dwa, trzy na me wezwanie,
A za czwartym niech się stanie,
A za piątym niech tu będzie,
A za szóstym huknie wszędzie.

I stało się! I huknęło! Ponieważ jestem odważnym człowiekiem, toteż w ramach kolejnego wyzwania czytelniczego sięgnąłem po lekturę, przy której poległo wielu trzecioklasistów. Między innymi ja sam, ale to tylko dlatego, że bałem się iść do szkolnej biblioteki. Tamtejsza pani szarpała niegrzecznych chłopców za baczki, więc wyszedłem z założenia, że lepsza pała w dzienniku, niż jej starcze palce ciągnące boleśnie za moje „pekaesy”. Teraz, zmotywowany przez pewną wesołą pannę, postanowiłem dzielnie zacisnąć zęby i przeczytać „Dzieci z Bullerbyn” – od początku do końca, bez wymówek, bez strojenia głupich min i omijania trudnych fragmentów. I się udało.

Czytaj dalej „Dzieci z Bullerbyn – Astrid Lindgren”