Synowie boga – M.D. Lachlan

M.D. Lachlan nie istnieje. Zjawisko przybierania sobie pisarskich pseudonimów jest dosyć powszechne. Mark Barrowcliffe, dotychczas szerzej (choć nie tak znowu szeroko, bo ja pierwsze słyszę) znany z powieści spoza nurtu fantastyki, postanowił nieco urozmaicić sobie życie i stworzyć coś w tymże gatunku. Pomysł z pseudonimem wynika z tego, jak sam przyznał, że nie chciał dezorientować czytelników, spodziewających się po „Synach boga” kolejnej ukierunkowanej na komedię powieści. Bardzo altruistyczne z jego strony, ale nie oszukujmy się – w Polsce wszyscy czterej fani jego twórczości jakoś by to przełknęli, więc dla nas nie ma to większego znaczenia. Mając na uwadze wcześniejszy dorobek i zajęcie Lachlana (był z zawodu i jest z natury komikiem), czytelnik mógłby spodziewać się nieco swobodniejszego podejścia do gatunku – kpiącego ze schematów, zabawnego, czasem nawet uderzającego w parodiującą strunę. Tymczasem, borem, lasem, Lachlanowi zachciało się mrocznego fantasy, więc swoją uwagę skierował w stronę mitologii nordyckiej. Posunięcie ze wszech miar słuszne, bo trudno o bardziej posępny i ponury zbiór mitów, niż te z Krajów północnych, przy których greckie oraz rzymskie wydają się baśniowo infantylne (choć sam je uwielbiam i cenię, szczególnie te z Hellady). Wszak bogowi śmierci i zniszczenia – Lokiemu – oraz jego statkowi zbudowanemu z paznokci umarłych, trudno odmówić osobistego uroku, a to zaledwie przykład z ujmująco sympatycznej i zapewne nieco niedocenianej mitologii nordyckiej. Za dobór tematyki Lachlan ma u mnie plusa wielkiego, jak krzyż z Krakowskiego Przedmieścia.

Czytaj dalej „Synowie boga – M.D. Lachlan”