Sońka – Ignacy Karpowicz

Karpowicz_Sonka_mPowiedzmy, że z Ignacym Karpowiczem trochę się już znamy, ale gdyby nie wytłoczone na okładce książki nazwisko, to nie wiem, czy zdołałbym rozpoznać autora Sońki. Pewnie nie, bo żaden ze mnie wróżbita, a sam Karpowicz raczej kojarzy mi się z innym rodzajem literatury. Wystarczy wspomnieć nieco absurdalne Balladyny i romanse oraz podobne, ale mocniej wbite w rzeczywistość (niczym widły w gnój) Ości. To były powieści obszerne, z pewnością chwilowo w swoim wydźwięku gorzkie i dramatyczne, ale zalane rozrywkową polewą. Sońka jest inna, och, jak bardzo inna. Wystarczyło, że wziąłem w dłonie tę krótką (jak na zwyczaje Karpowicza) książkę o ślicznie stonowanej okładce, bym zdał sobie sprawę, że lektura będzie całkowicie różnym doznaniem od tego, do czego przyzwyczaił mnie autor. To zawsze budzi jednocześnie ekscytację i pewną obawę, bo niejeden już pragnął zbadać niezbadane, zakrzyknął „co? ja nie dam rady?” i poszedł na dno jak siekiera, a na powierzchni został jedynie dryfujący kaszkiecik. Zapomnij więc o Karpowiczu, jakiego znasz, a jeśli z jakiegoś powodu jeszcze go nie znasz, to… cóż, jesteś w uprzywilejowanej pozycji, bo nie musisz zapominać. Natomiast problem może się pojawić w momencie, gdy zechcesz z pamięci wyrzucić Sońkę, bo ta potrafi wejść klinem w myśli czytelnika, zazębić się, zakleszczyć i nie chcieć wyjść. Jak wspomniana siekiera w twardym kawałku drewna, ale to nie poradnik technik dla drwali, więc mimo wszystko wolałbym się już zająć książką. Mogę? Dziękuję.

Czytaj dalej „Sońka – Ignacy Karpowicz”

ości – Ignacy Karpowicz

Karpowicz_Osci_m„ości” Karpowicza zapiszą się w annałach historii jako jedna z tych rzadkich powieści, które zdarzyło mi się czytać w miejscu publicznym. Bo nie lubię czytać w miejscach publicznych. W środkach komunikacji trzęsie i telepie, a na domiar złego pasażer/ka obok zagląda dyskretnie co też on tam czyta, pewnie coś wyuzdanego, wygląda na zboczeńca i próbuje kątem oka czytać razem ze mną. A ja podejmuję wyzwanie i przewracam stronę wstecz. Śledzę wzrokiem treść od tyłu, pnę się w górę kartki, potem z drugiej strony i przewracam znów wstecz. A co – kto mi zabroni? A on/ona niech się głowi.
Co tam jeszcze publicznego mamy? Wszelkiego rodzaju poczekalnie i przystanki? Nie, to było dobre w podstawówce, kiedy mus na przerwie przed lekcją polskiego przejrzeć kilkunastostronicową lekturę, której się nie przeczytało w domu, bo lepiej było grać w Zeldę czy Contrę, łamiąc ze złości kolejne dżojpady i biegnąc na bazar po nowe.
Usiadłem więc na ławce w parku, w mało uczęszczanej alejce i zacząłem czytać. Po kwadransie przyjechał wąsaty pan na kosiarce, przywiózł na niej swój obfity brzuch i ochoczo zabrał się do pracy. Nic to, nie przeszkadza mi. Po kolejnych piętnastu minutach przybyła kobieta z dzieckiem w wózku, usiadła na ławce niedaleko mnie i wypuściła tego małego potworka z jego środka lokomocji. A ten jak bąk w butelce – biega, obija się o ławki, potyka o krawężniki, upuszcza lizaka na ziemię, podnosi i zjada, wjeżdża swoim pustym wózkiem w ludzi. O ironio, trafiam w treści książki na adekwatny do mojej sytuacji dialog.

– Myśli pani, że jest upośledzone?
– Nie zdziwiłabym się. W końcu to dziecko. [1]

Wytrzymuję jeszcze pół godziny i się ewakuuję poczytać w spokoju na łóżku.
No, ale dosyć o tym co u mnie. Co tam u Was?

Czytaj dalej „ości – Ignacy Karpowicz”

Balladyny i romanse – Ignacy Karpowicz

Może najsampierw poruszę zagadnienie fabuły, bo wolałbym mieć to za sobą i już do niej szczególnie obszernie nie nawiązywać w przyszłości. Nie dlatego, że mnie ona boli, czy sprawia przykrość. Po prostu jest tak niewytłumaczalna w paru zdaniach, że mnie onieśmiela. Trudno traktować ją poważnie – najtrafniej określają ją pojęcia absurdu i  głupkowatości, ale w tym całkowicie pozytywnym znaczeniu. Ciężko wszak nie uśmiechnąć się mimowolnie, gdy dowiadujemy się, iż bogowie postanawiają zamknąć Niebo (Piekło już dawno zamknęli – nie kalkulowało się ideologicznie) i zstąpić na Ziemię, między szarych ludzi – Polaków (nasz kraj był akurat w promocji). Nie trzeba być szczególnie domyślnym czytelnikiem, by przewidzieć, że wywoła to wiele zamieszania i niecodziennych sytuacji, szczególnie w życiu tych wybranych rodaków, którzy nieświadomie staną się świadkami objawienia boskiego – i nie mam tutaj na myśli byle grzyba na ścianie, tworzącego sylwetkę Jezusa „Zbawcy Ludzkości” Chrystusa. Całe podstawowe założenie fabularne już „na surowo” brzmi mocno bzdurnie oraz ryzykownie, bo łatwo z niego niezauważalnie przeskoczyć w kicz i tanią, nie trzymającą się kupy parodię, jeśli tylko autor nieumiejętnie stylistycznie poprowadzi treść. Niezbędny jest w takim przypadku naturalny balans, aby bezustannie czytelnika frapować i bawić, jednocześnie nie męcząc go lawiną suchych żartów, anegdot oraz wyświechtanych motywów (do dzisiaj mam w sercu ranę, którą zadał mi Daniel Koziarski w swoich „Kronikach socjopaty” – zbiorze zaaranżowanych na nowo dowcipów, legend miejskich i oklepanych, przewidywalnych skeczów).
I Ignacy Karpowicz wywiązał się z tego zadania brawurowo. Uf.

Czytaj dalej „Balladyny i romanse – Ignacy Karpowicz”