Zwariowana łódka czyli Żałosna historia Radosnej Przygody – Farley Mowat

zwariowana-lodkaJa wiem, że są na świecie ważniejsze sprawy, ale niezmiernie ciekawy jestem, który geniusz wpadł na pomysł przetłumaczenia tytułu tej powieści w ten właśnie sposób. Co takiego było w oryginale (The Boat Who Wouldn’t Float) czego nie dało się zgrabnie przełożyć na język polski (pomijając ładny rym) i trzeba było tak pokomplikować tytuł, że teraz nie mieści mi się w jednej schludnej linijce, a część czytelników, którzy trafią tutaj przypadkiem nie zdąży nawet doczytać tego tytułu do końca przed zamknięciem okna. Angielski oryginał mówi wszystko i polski „przekład” niby też, ale jednocześnie jakby próbował powiedzieć zbyt wiele – jest zbyt rozwlekły, ogólnikowy, brak mu temperamentu. Najwyraźniej próbowano przy tym być na swój sposób dowcipnym, ale zupełnie niepotrzebnie pozwolono się ponieść fantazji. Powiecie, że macie gdzieś ten tytuł i wolicie przeczytać wreszcie coś o samej powieści – takie wasze prawo, oczywiście. Ale musicie zrozumieć, że pisanie o rzeczach błahych to mój sposób na rozgrzewkę i raczej nigdy się tego nie wyzbędę. Długodystansowi biegacze nie zaczynają od sprintu, więc ja nie zaczynam od spraw istotnych. Nie żebym się od razu uważał za długodystansowca, gdzie tam, to tylko taka metafora. Poza tym, tak jak pisałem na wstępie: są na świecie ważniejsze sprawy i teraz zamierzam pójść się nimi zająć, a do pisania wrócę za jakiś czas.

Czytaj dalej „Zwariowana łódka czyli Żałosna historia Radosnej Przygody – Farley Mowat”

Reklamy

Pobojowisko – Michael Crummey

pobojowiskoPo wrażeniach, jakie zostawiła po sobie wcześniejsza powieść autora (Dostatek; choć wcześniejszą jest ona jedynie w sensie ukazania się polskiego przekładu) było wyłącznie kwestią czasu, jak Crummey tu wróci. No i wrócił, zaskoczenia nic, null, nada. Jeśli wbić nazwisko kanadyjskiego pisarza w Google to wyskoczy nam portret gościa z fryzurą, jaką ja nosiłem w szkole podstawowej – w czasach kiedy włosy rosły mi wyłącznie na głowie i tego rodzaju uczesanie „na grzybka” (bądź „od salaterki”) było modne, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Crummey najwyraźniej na żaden podryw się nie wybiera i uznał, że nie musi być atrakcyjny. Nie żeby to było dla mnie ważne, bo nie jest, jednak wróciły obrazy z przeszłości i uznałem, że o tym wspomnę. Ale przestając już oceniać pisarza po jego powierzchniowości przypomnę, że moje pierwsze wieczory zapoznawcze z Crummeyem przebiegały niezwykle intensywnie pod względem zaangażowania i czytelniczych emocji, których w Dostatku było… no, pod dostatkiem. Wtedy to nawiedził mnie ździebko zapomniany i zaniedbany duch realizmu magicznego – tego wspaniałego, klasycznie folklorystycznego, najbardziej intensywnego realizmu magicznego obecnego w choćby Stu latach samotności (że podrzucę taki modelowy przykład). I za ten powrót wrażeń byłem autorowi wdzięczny, podobnie jak teraz za powrót zmory kiepskiego uczesania. A co do zaproponowania ma Pobojowisko?

Czytaj dalej „Pobojowisko – Michael Crummey”

Stacja Jedenaście – Emily St. John Mandel

stacja-jedenasciePrawdopodobnie nie każdy sobie zdaje z tego sprawę, ale świat postapokaliptyczny musi przecież posiadać wiele zalet, choćby takich jak skuteczna likwidacja ZUS-u i abonamentu RTV. W mrocznym zakątku swojej świadomości chyba nawet bym pragnął jakiegoś rodzaju epidemii, która przyniosłaby trochę wytchnienia w tym liczonym na godziny i dni świecie. Zabrzmiało jakbym był jakiś emo, ale pomyślcie ile problemów by się samoczynnie rozwiązało – ile priorytetów zrobiłoby fikołek, ile przedmiotów i codziennych czynności zyskałoby na wartości. Wiem, to niezbyt rozsądne, bo nowe niedogodności byłyby zapewne znacznie gorsze, niż stare (obecne), ale być może taki reset ludzkości wreszcie orzeźwiłby niektóre jednostki, byłoby wręcz fajnie, a martwilibyśmy się potem. I gdyby wszystko nagle poszło w pizdu, to prawdopodobnie w końcu dotarłoby do mnie skutecznie, jak bardzo nieistotne jest to, co tutaj piszę oraz po co piszę. Moja dziedzina i pasja to jeszcze pół biedy, ale wyobraźcie sobie, jak bezcelowe okazałoby się osiągnięcia tych wszystkich szafiarek blogowych (szacuneczek i pozdro dziewczyny), które od tej chwili musiałyby zacząć palić ogniska swoimi ciuchami, by ogrzać mieszkanie. A wiadomo, że książki do tego celu nadają się lepiej. I niełatwo mi to pisać, ale gdybym w takiej sytuacji musiał wrzucać do ognia kolejne powieści z półki, to dzieło Emily St. John Mandel byłoby jednym z pierwszych w kolejności. Nie to, że nie czytałem gorszych, bo czytałem, ale ich się już dawno pozbyłem. Uf, przez chwilę było rzeczywiście przykro, ale już mi ulżyło.

Czytaj dalej „Stacja Jedenaście – Emily St. John Mandel”

Dostatek – Michael Crummey

dostatekTak szczerze, między nami: ilu kanadyjskich pisarzy mieliście okazję czytać? Gdyby się okazało, że kilku, to utrudnię pytanie, byście nie poczuli się zbyt oczytani: a ilu znacie kanadyjskich pisarzy urodzonych na Nowej Fundlandii? I co, już trudniej? Tak, jest taka wyspa, nie wymyśliłem jej sobie. Słynie ona z rybołówstwa i… no, to w zasadzie kończy listę jej osiągnięć, choć może się nieco zagalopowałem i „słynie” to też zbyt mocne określenie. Nowa Fundlandia w teorii należy do Kanady, lecz ich związek można trafnie scharakteryzować jednym sformułowaniem: razem, ale osobno. Jak się pewnie już domyśliliście, Michael Crummey urodził się na Nowej Fundlandii, jest z tego dumny i jego dokonania prozatorskie chochlami oraz wiadrami czerpią z wyspiarskich tradycji, wierzeń, legend. Samo to powinno stanowić wystarczającą inspirację i zachętę do zainteresowania się jego powieścią, ale jeśli odkrywanie nowych Literackich Lądów kogoś nie przekonuje, to niżej postaram się przytoczyć więcej argumentów (uprzedzając pytania: tak, w powieści są też sceny). A ostrzegam, że po lekturze Dostatku mam w moim bezcennym notesiku całe trzy strony spisanych zalet tejże powieści, więc mogę nimi strzelać bez opamiętania. Zdaję sobie sprawę, że czytelniczych oporniaków i tak nie przekonam, ale właściwie po co ja się przejmuję? Przecież nie ja będę stratny i mojego zachwytu nie umniejszy to ani ciut ciut. A inni się nie znają i kto nie przeczyta, ten trąba.

Czytaj dalej „Dostatek – Michael Crummey”

Bracia Sisters – Patrick deWitt

bracia sistersJa western zawsze z otwartymi ramionami. Przywitam, obejmę, utulę do snu. „Bracia Sisters” to ponoć hołd złożony czarnym westernom, braciom Coen oraz Cormacowi McCarthy’emu. I tylko ten McCarthy mi tutaj nie pasuje. Bo o ile specyficzny sznyt Joela i Ethana Coenów (oraz inspirację nimi) miejscami wyczuwam, o ile westernu noir tutaj sporo, o tyle nie rozumiem w jaki sposób „Bracia Sisters” mieliby stanowić ukłon w stronę McCarthy’ego. Być może jestem w jakimś stopniu upośledzony i czegoś nie dostrzegam, ale idę w zaparte – nie ma tam McCarthy’ego. Poza tym wiecie, że krótkie streszczenie utworu, bądź jego rekomendację zamieszczaną najczęściej na tylnej okładce książki określa się blurbem? Ja się dopiero niedawno dowiedziałem, a wymądrzam się w tym miejscu tylko dlatego, byście nie wierzyli blurbom. I politykom. I właścicielom warsztatów samochodowych. Mnie możecie wierzyć, bo nie dostaję ani grosza za pozytywną opinię wystawioną książce. Za negatywną też zresztą nie dostaję. Do dupy z taką pasją. Wracając jednak do „Braci Sisters”, to tak się złożyło, że blisko połowę powieści przeczytałem w trakcie podróży międzymiastowej. I w sumie mam tylko jedną uwagę: dlaczego nikt mnie nie ostrzegł, że od tego tak dramatycznie boli szyja? Myślałem, że już nigdy nie będzie mi dane spojrzeć w górę. Morał z tej sensacyjnej historii jest taki, że „Bracia Sisters” skutecznie zajmują uwagę czytającego. Czym jeszcze się charakteryzują?

Czytaj dalej „Bracia Sisters – Patrick deWitt”

Życie Pi – Yann Martel

Mam takie zboczenie, że będąc w księgarni czasem mi odpierdala, zdaję się na impuls i instynkt, po czym nabywam jakąś książkę, której nabyć jeszcze 5 minut temu nie miałem zamiaru. Trafiam na nią na półce, przeglądam tył okładki i pyk, biorę, tak jakbym był obrzydliwie bogaty i koło pyty mi latało, że niewiele o niej wiem. Tak też było oczywiście w przypadku Życia Pi, bo sami powiedzcie, czy z założenia fabuła nie brzmi intrygująco (o tym za chwilę)? Ba, brzmi nawet nieprawdopodobnie, choć podobno oparta jest na faktach. Nawet ekranizacja się jakaś kręci. O co cały rwetes? Już mówię.

Czytaj dalej „Życie Pi – Yann Martel”