Komu bije dzwon – Ernest Hemingway

20140208_121944Kiedy uczęszczałem do szkoły podstawowej i któregoś pięknego dnia przyszło nam omawiać lekturę Starego człowieka i morza, to tradycyjnie rozmowa się nie kleiła, jak na nieudanej pierwszej (oraz każdej kolejnej) randce. Zrezygnowana nauczycielka wygłosiła więc na temat książki płomienny monolog, by mieć to już za sobą, a ja jedyne co pamiętam z tej lekcji to, że kolega z ławki został przez polonistkę przyłapany na pracowitym dłubaniu w nosie. Uśmiechając się wstydliwie wytarł pulchny i wilgotny palec o spód blatu ławki, po czym ochoczo zabrał się do gorliwego sporządzania notatek z wykładu, jakby poprzez skromność chciał powiedzieć „och, dajcie spokój, nie mówmy o tym”. Chyba wyszedł z całej sytuacji z twarzą, bo nauczycielka jedynie przewróciła oczami i wróciła do swojego gdakania. Koniec anegdotki i zarazem koniec mojej dotychczasowej styczności z Hemingwayem. Od kilku lat ambitnie więc sobie wmawiam, że w końcu do niego podejdę (przecież jestem już wystarczająco duży, by zrozumieć o czym on pisze) i do tej pory udawało mi się z powodzeniem oszukiwać oraz zwodzić samego siebie. Pomocni w tym byli polscy wydawcy, którzy chyba zapomnieli o autorze: nie kuszą nowymi wydaniami na półce księgarni i najwyraźniej nie chcą moich pieniędzy. Kiedy jednak ostatnio otrzymałem od anonimowego Mikołaja wysłużony egzemplarz Komu bije dzwon, dotarło do mnie, że już dłużej nie mogę robić uników i stanie się – będę musiał przeczytać Hemingwaya. I przeczytałem. A dla wszystkich niezdecydowanych czy warto rozwijać ten tekst informuję, że poniżej będzie zdjęcie pośladków autora (Ernesta, nie moich). Wiem jak zachęcić, co?

Czytaj dalej „Komu bije dzwon – Ernest Hemingway”