Życie instrukcja obsługi – Georges Perec

zycie-instrukcja-obslugi-b-iext3713757Nie będę ukrywał, że najprawdopodobniej nie zrozumiałem tej książki w całej jej rozciągłości. Nie to, że jest jakaś wybitnie wymagająca w dziedzinie narracji czy języka, ale najwyraźniej przed przystąpieniem do lektury niezbędne jest, by czytelnik popełnił pewne przygotowania. Perec stworzył tę powieść i oparł jej przebieg o jakieś algorytmy ruchowe konika szachowego (gdzie umowną szachownicą jest przekrój kamiennicy, w której mieszkają bohaterowie), a cała forma Życia instrukcji obsługi jest ściśle określona matematycznymi wzorami (ilość stron, rozdziałów i takie tam). Taki to eksperyment literacki (zresztą nie pierwszy dla Pereca, ale o tym napomknę później) i ponoć książka znacznie zyskuje na odbiorze, jeśli wcześniej poznać jej koncepcję oraz zakulisowe ustalenia autora. Ale przeczytałem, że „matematyczne” i dałem sobie spokój, bowiem w zakresie Królowej Nauk nie jestem – dyplomatycznie rzecz ujmując – orłem, więc w moim przypadku takiego rodzaju rekonesans przed lekturą mógłby przynieść odwrotny skutek i jedynie mnie zniechęcić. Poza tym nie bardzo rozumiem: co to za zabiegi? Ja chcę po prostu przeczytać powieść, a nie dokształcać się do niej jak do egzaminu, aby móc w pełni czerpać przyjemność. A co jeśli mimo wszystko książka mi się nie spodoba, rzucę ją po stu stronach i paradoksalnie okaże się, że przygotowania zajęły mi więcej czasu, niż sama lektura? Rozumiem chęć dodatkowego zakręcenia się wokół dzieła PO lekturze – bo mi się spodobało i z rozkoszą poznam okoliczności jego powstania oraz zgłębię poruszaną tematykę, ale PRZED? Niech się powieść broni bez tego, rzekłem, po czym zacząłem czytać.

Czytaj dalej „Życie instrukcja obsługi – Georges Perec”

Czerwone i czarne – Stendhal

20150704_172643Na półce witamy jednego z tych autorów, którzy – jak to się ładnie mówi – wyprzedzali własne czasy. Nie mam pewności, choć wszystko wskazuje na to, że tak właśnie ze Stendhalem było, ale to akurat nic nowego, bo takich pisarzy niedocenianych za życia było już tylu, co w mojej skrzynce pocztowej piętrzących się ulotek zachęcających do wzięcia kolejnych kredytów i pożyczek. To w jakimś sensie zniechęcające, tak nie zdążyć doczekać się zasłużonej pisarsko sławy, ale z drugiej strony zarazem pocieszające i dające nadzieję każdemu twórcy, którego wypociny nikomu się nie podobają, a co gorsze – nikogo nie interesują. Taki pisarz zawsze może sobie wmówić, że jego czytelnicy jeszcze nie dorośli do tego rodzaju literatury, nie zrozumieli jej i w ogóle perły przed wieprze. Stendhal wydając w 1830 roku powieść Czerwone i czarne twierdził, że jego twórczość zostanie odpowiednio zrozumiana dopiero za pięćdziesiąt lat. I wiecie co? Niewiele się pomylił, bo pod koniec XIX wieku wreszcie zaczęto go zauważać i interesować się jego dziełami, a sam Stendhal mógł przestać się nerwowo przewracać w swoim grobie (w którym tkwił od 1842 roku), bo najwyraźniej ludzkość wreszcie dogoniła go w rozwoju umysłowym i pojmowaniu pewnych spraw. Koniec końców, dzisiaj Stendhal uznawany jest za jednego z klasyków, choć niekoniecznie z rasy tych najbardziej znanych i kojarzonych. A że z klasyczną literaturą zapoznawać się trzeba, bo niesamowicie poszerza horyzont doznań płynących z czytania, to chyba nikogo przekonywać nie muszę. Obmacajmy więc tego całego Stendhala i sprawdźmy, co oferuje.

Czytaj dalej „Czerwone i czarne – Stendhal”

Piotruś Pan – Régis Loisel

loiselpiotrusBrzmi znajomo? Powinno, bo o Piotrusiu słyszało, a w zasadzie powinno słyszeć, każde dziecko. Przynajmniej w Idealnym Świecie. Jeśli jednak jakimś cudem nie słyszało, albo słyszało niewiele, to nic nie stoi na przeszkodzie, by nadrobić zaległości w dowolnym wieku (nadal nie jest za późno!), bo choć powieść sir Jamesa Matthew Barriego uchodzi za historię dla kilkulatków, to jednocześnie z łatwością wymyka się tego rodzaju powierzchownym ograniczeniom i klasyfikowanie jej wyłącznie pod literaturę dziecięcą byłoby popisem ignorancji oraz jawnej niesprawiedliwości. No właśnie – J. M. Barriego – więc chwila, moment: co tu robi jakiś Régis Loisel? A, i tu się kryje cała niespodzianka stojąca za tym wpisem, bo mówić będziemy o ukazującej się w latach 1990-2004 serii sześciu komiksów inspirowanych dziełem Barriego i będących prequelem dla wydarzeń, które zna (albo, jak już autorytatywnie stwierdziłem: powinno znać) każde dziecko. Zanim jednak ziewniecie ze znudzenia i pójdziecie sprawdzić co tam na Fejsbuku to zdradzę, że Piotruś Pan Loisela, poza kolorowymi obrazkami, nie ma wiele do zaproponowania dzieciom i z czystym sumieniem można go określić powieścią graficzną dla dorosłych. Piszę poważnie, spodziewajcie się alkoholu, krwi i golizny. Ale przede wszystkim to gigantyczna gratka dla fanów oryginału: opowieści o zamieszkujących Nibylandię pozbawionych pamięci chłopcach i latającym Piotrusiu, który nie chciał dorosnąć, bo i po co? Żeby złorzeczyć na kredyt we frankach?

Czytaj dalej „Piotruś Pan – Régis Loisel”

Kubuś Fatalista i jego pan – Denis Diderot

KubusFatalistaWow. Chyba po raz pierwszy wkraczam w literaturę osiemnastego wieku. Trochę niepewnie i z obawami, bo nigdy nie wiadomo gdzie leży moja granica przyswajalności, po przekroczeniu której przestarzałość dzieła spowoduje u mnie czytelniczą niestrawność. Bo przecież żaden ze mnie koneser literacki, żaden znawca i żaden twórca trendów – mnie się zazwyczaj podobają dzieła bliższe współczesności, nie czuję specjalnych ciągot do badania korzeni literackich sięgających aż tak daleko wstecz i dalej niż dziewiętnasty wiek się raczej nie zapuszczam. Z każdą dekadą w przeszłość rośnie ryzyko, że trafię na jakieś nieczytelne, manieryczne dzieło, z którego lektury nie będę potrafił czerpać przyjemności. Nie jestem wcale lepszy od współczesnych uczniów gimnazjum, dla których już powieść z okresu międzywojennego jest niezrozumiałą katorgą, wykopaliskiem dla archeologów literackich, a przedstawione tam dramaty w żaden sposób nie korespondują z problemami dzisiejszej młodzieży, ich mentalnością i umysłami. Powieściowe rupiecie po prostu wydają się nieciekawe, napisane nieprzystępnym językiem i trzeba odkryć w sobie nutkę pasji, by odpowiednio do nich podejść. Trochę rzecz i nieszczęsne położenie uczniów rozumiem, bo mam to samo, może tylko moje widełki tolerancji są nieco szersze, co nie znaczy, że przyjmą wszystko. No, ale przede wszystkim mnie nikt nie zmusza do czytania odgórnie narzuconych lektur, bo będzie pała i kiblowanie następny rok. W sumie w tym względzie to fajnie być mną.

Czytaj dalej „Kubuś Fatalista i jego pan – Denis Diderot”

Pani Bovary – Gustave Flaubert

pani bovaryMój Boże, i po cóż wyszłam za mąż? – zapyta sama siebie Emma Bovary i będzie się stale zadręczać tym pytaniem. I zawiśnie ono nad nią niczym uciążliwa pszczoła, którą im usilniej odganiać, tym szerszą pętle zakreśli w powietrzu i z tym większą zaciętością wróci. I będzie nieszczęśliwa, nasza pani Bovary, bo jest piękna oraz bezgranicznie ubóstwiana przez męża, który całe swoje życie podporządkuje małżonce i gotowy jest uchylić jej nieba, a przecież mógłby ją bić po twarzy a następnie wciągać za nogę do sypialni, gdyby miał tylko na to ochotę. Ale nie, on po prostu ją kocha więc w związku z tym jest nudny. I będzie zblazowana, nasza pani Bovary, bo naczytała się tych głupkowatych romansideł, które zrobiły jej z mózgu marakasy i szuka ona urozmaiceń dla swojego poukładanego jak ubrania w szafie życia. I marzy jej się kochanek: jeden, drugi, a może i dla trzeciego znalazłoby się miejsce, czemu nie, każdemu się zdarza, ale mężczyźni nie czytają powieści o miłości, nie potrafią sobie wyobrazić, czego szuka pani Bovary, więc nie potrafią również jej tego dać. I wraca z objęć kolejnego amanta, nasza pani Bovary, jeszcze bardziej nieszczęśliwa, a w domu jak pies czeka bezwzględnie zakochany w niej mąż, wyrozumiały, zaślepiony blaskiem miłości Karol, a ją mdli na jego widok, niedobrze jej za każdym razem, gdy widzi własne dziecko. Dziwna rzecz, jakie to brzydkie dziecko! – pomyśli Emma. I czytelnik może czasem ma ochotę ją objąć, przytulić i pocieszyć, ale co jakiś czas pojawia się też chęć strzelenia jej w głowę kokosa na orzeźwienie i wycedzenie jej w twarz „nie dramatyzuj, rozejrzyj się i zacznij wreszcie być szczęśliwą kobietą”. Inna sprawa, że i tak by to do niej nie dotarło.

Czytaj dalej „Pani Bovary – Gustave Flaubert”

Król z żelaza – Maurice Druon

krol z zelazaNo, Filip IV Piękny to jest pseudo. A nie jakiś Laskonogi, czy inny Łokietek. Kto to w ogóle wymyśla? Dlaczego ktokolwiek na to przystaje? Nie jestem ekspertem w dziedzinie władania królestwami, nie jestem nawet amatorem w tej dziedzinie, ale gdybym już siedział na tronie, to dla przykładu kazałbym ściąć każdego, kto nazwałby mnie Plątonogim, albo Laskonogim, bo blichtru w tym niewiele, brzmi raczej jak ksywa z boiska. Chyba że taki jest warunek panowania. No wiesz – dostaniesz tron, berło, odziejemy cię w norki, zorganizujemy płodną żonę i kilka kochanek, zameczek jakiś, w którego korytarzach hula wiatr, cholernie ciężki dwuręczny miecz (bo przecież królowi nie wypada machać byle szabelką), wyszkoloną przyboczną straż ci damy i worki złotych gadżetów, ale jest jeden szkopuł – będą mówić na ciebie Krzywousty, przykro mi, nic na to nie poradzimy. To jak, wchodzisz w to?
Jak to dobrze, że teraz jest jakoś prościej. Jesteś gruby, to wołają na ciebie Gruby. Na rudego każdy woła „ej, Rudy, chodź na wódkę!”, łysego nikomu nie przyjdzie do głowy ochrzcić Siwym, czy Czarnym, ale już „cześć Łysy” jest jak najbardziej na miejscu. Trzeba przyznać, że mało to nowatorskie i jeszcze mniej twórcze, ale najwyraźniej głupie przydomki wyszły z mody.
Dobra, ale o czym to mieliśmy? A, „Król z żelaza”, okej, okej.

Czytaj dalej „Król z żelaza – Maurice Druon”

Limonow – Emmanuel Carrère

Carrere_Limonow_m

Kurde, życiorysem Eduarda Limonowa (właściwie  Sawienko) można hojną ręką obdzielić kilka osób i jeszcze zostanie wiadro ciekawych faktów w zapasie. I nie szkodzi, że nikt nie kojarzy tego pisarza, pomimo kilku powieści i politycznych dzieł jego autorstwa. No dobra, może komuś coś nazwisko Limonow mówi, ale to jeszcze nie powód by czuć się lepszym. Pomijając jednak stopień jego rozpoznawalności – ilość oraz rodzaj zajęć i zawodów, których w swoim życiu podjął się Eduard Limonow musi imponować. I wbrew temu, że jego biografię (nieszczególnie rozumiem, dlaczego książka bywa określana powieścią) wyraźnie można podzielić na część bardziej i znacznie mniej interesującą, to przez całość niezmiennie przebija się charyzmatyczna postać bohatera, która nawet w obliczu mało atrakcyjnych okoliczności nie przestaje ciekawić i nieco fascynować. Bo czyż nie jest barwną postacią ktoś, kto Sołżenicyna bez skrępowania nazywa starym kretynem, twórczością Nabokowa wręcz gardzi, a w międzyczasie ostro rywalizuje na polu literackim z Josifem Brodskim? Nie? To może przyciągnie uwagę ktoś, dla kogo sposobem na odreagowanie zawodu miłosnego jest romantyczne wspominanie swoich byłych kobiet i dramatyczna masturbacja z tym związana? A ta już nieszczególnie romantyczna (choć zależy, co kto lubi), z istotnym udziałem przedmiotów codziennego użytku – świeczka już nigdy nie będzie taka niewinna. Tania kontrowersja, powiesz? Być może, ale jak bardzo zdesperowanym facetem trzeba być, by w ramach tejże kontrowersji pozwolić się analnie zerżnąć czarnoskóremu bezdomnemu kloszardowi? A następnie wielokrotnie to powtórzyć?

Czytaj dalej „Limonow – Emmanuel Carrère”