Pięćdziesiąt twarzy Greya – E. L. James

Piecdziesiat-twarzy-GreyaDobrze widzisz. Przeczytałem „Pięćdziesiąt twarzy Greya”. Trafił się dogodny moment i okazja, ciekawość zwyciężyła, a teraz już rozlane mleko, poobiednia musztarda i nic nie zmaże tej plamy. Mogę sprzedać swój egzemplarz, z rozpaczą podrzeć go na strzępy, rytualnie spalić wyjąc przy pełni księżyca, ale już zawsze będę tym, który przeczytał „Pięćdziesiąt twarzy Greya”. Skaza na całe życie. Rzecz jasna istnieje też niewielka szansa na to, że podświadomie mocno pragnąłem przeczytać tę książkę, że moje głęboko skrywane perwersyjne ciągoty wzięły górę i zasłaniając się ciekawością odnalazły wreszcie ścieżkę do spełnienia. Ale nie będziemy deliberować nade mną. Abstrahując już od tego, co napiszę poniżej i jakkolwiek sprzecznie to będzie brzmiało – każdemu polecam lekturę „Pięćdziesięciu twarzy Greya”. Przede wszystkim to czyn fenomenalny, że coś tak okropnie napisanego sprzedaje się w pierdylionach egzemplarzy. To może być jedynie zasługa aureoli perwersyjnego seksu, która otacza tę powieść, bo stylistycznie i warsztatowo E. L. James obraża literaturę tak samo mocno, jak Mandaryna podczas swoich występów na żywo brutalnie gwałci uszy słuchaczy. Wygląda więc na to, że wystarczy ckliwy, na wskroś sztampowy romans okrasić scenkami figlarnego seksu (do tego wrócimy, koniecznie!) i już można otwierać szampana, bo nawet talent literacki na poziomie pierwszej klasy gimnazjum (nie obrażając gimnazjalistów) nie przeszkodzi w osiągnięciu sukcesu sprzedażowego. Natomiast brytyjski Amazon ponoć uznał E. L. James za pisarkę wszech czasów, co uważam za wyższą szkołę sarkazmu, bo, umówmy się, nikt nie mógł tego napisać poważnie.

Czytaj dalej „Pięćdziesiąt twarzy Greya – E. L. James”