Lód – Jacek Dukaj

lodSzok i niedowierzanie, bo oto po raz pierwszy w dziejach ludzkości jedna powieść doczekała się dwóch wpisów na tym zaszczytnym blogasku. Wydarzenie jak nic kwalifikujące się na główną stronę Onetu, coś czuję, że będzie skandal. Sęk w tym, że Lód zasługuje ma drugi wpis; zasługuje także na trzeci i szósty wpis; zasługuje na każde słowo, które jest napisane na jego temat. Po czterech latach z czułością zdjąłem swój przykurzony egzemplarz z półki i o mało przy tym nie zwichnąłem sobie nadgarstka. A potem zległem na posłaniu, zacząłem czytać ponownie i moja miłość do tej powieści została rozniecona na nowo, już od pierwszych stron wybuchając jasnym, strzelistym płomieniem, który przypalił mi brwi i rzęsy. Nie szkodzi, bo ten przyjemny żar pożądania – połączony z powolnym rozsmarowywaniem językiem kolejnych słów na podniebieniu, smakowaniem ich – ten żar niesie ukojenie, niesie satysfakcję, doszczętnie spala sceptycyzm, robi przemeblowanie w umyśle i każe mi mruczeć do siebie stale „jejku, jakie to fajne!”. Pomyślałem więc, że pozachwycam się tą fajnością tutaj i prawie że dokonując samogwałtu nad wspomnieniami z lektury, oddam jej tym samym swoisty hołd. Bo ja chyba Lodem najzwyczajniej w świecie zaślepiony jestem i nie tyle nie dostrzegam jego wad (choć rzeczywiście nie dostrzegam), co nie obchodzą mnie one, nawet jeśli istnieją. Ludzie zwykle nie sięgają bez wahania po liczącą ponad tysiąc stron książkę, by przeczytać ją po raz kolejny, jeśli wcześniej nie pojawi się tęsknota za tym pięknem, ekscytacją oraz czystą przyjemnością, która udzieliła im się przy poprzednim kontakcie. To podstawowa potrzeba zaspokojenia tęsknoty motywuje nas do własnowolnych powrotów, więc otulmy twarz szalikiem, a następnie powędrujmy w objęcia Zimy, ponownie.

Czytaj dalej „Lód – Jacek Dukaj”

Król Bólu – Jacek Dukaj

krolbolu1Niby żyję na tym świecie już jakiś czas (niektórzy są zdania, że zbyt długo), niby nie powinno mnie dziwić, że nie wszystko idzie po mojej myśli i nie wszystko układa się tak, jak to zawczasu zaplanowałem. Ale mimo to – nie jestem z siebie do końca zadowolony. Czuję, że nie dałem z siebie wszystkiego, ale po prostu nie czułem się na siłach. Nie przebrnąłem przez całego „Króla Bólu” i długi czas będzie mnie to trapiło. W związku z tym, jeszcze bardziej znienawidziłem zbiory opowiadań. Za brak miejsca dla autora na rozwinięcie koncepcji i brak czasu dla czytelnika na zaangażowanie się w lekturę. Upraszczam i uogólniam, ale wyraźnie to odczułem w przypadku „Króla Bólu” właśnie. Ilekroć zaczynałem się pewnie poruszać w realiach danego opowiadania, te się kończyło i dupa blada, pogódź się z tym. Nie. Będę się buntował, bo w Dukaja lubię długo wchodzić (bez skojarzeń proszę) i lubię, gdy jest w co wchodzić. Lubię u niego przestrzeń, rozbudowanie – w krótkich formach jest dla mnie jak wałach przy rumaku. Nie zrozumcie mnie źle – to nadal kawał ponadprzeciętnej prozy, ale pragnę jakiejś spektakularnej historii na miarę „Lodu” i „Innych pieśni”, pragnę romansu z jakąś opasłą księgą, której trzymanie w dłoniach męczy nadgarstki, a która w zamian daje satysfakcję i sprawia, że szeroko otwieram oczy z zachwytu. „Król Bólu” to natomiast osiem dłuższych, lub krótszych opowiadań, które krystalizowały się w umyśle Dukaja w latach 1994-2010. Brzmi jak gratka dla fanów? Łe tam.

Czytaj dalej „Król Bólu – Jacek Dukaj”

Córka łupieżcy – Jacek Dukaj

Istnieje teoria (a istnieje, bo ją wymyśliłem przed momentem), że krótkie powieści są odpowiednie dla czytelnika, który chciałby poznać danego autora – sprawdzić jego styl, wiedzę, zakres wyobraźni. No, przekonać się, czy pisarz mu „leży”. Ale to tylko teoria, bo mała objętość książki może także ograniczać walory autora, który potrzebuje przestrzeni, by rozwinąć skrzydła swojej imaginacji, rozłożyć przed czytelnikiem dywan erudycji i pozwolić mu się po nim przechadzać. Gdybym rozpoczął znajomość z Jackiem Dukajem od „Córki łupieżcy” to najprawdopodobniej nie sięgnąłbym po żadną inną jego powieść. Nie dlatego, że „Córka łupieżcy” jest słaba, czy nie reprezentuje godnie autora, o nie. Po prostu ja innego Dukaja pokochałem – Dukaja obszernego, z rozwiniętymi wątkami, wieloma drugoplanowymi postaciami, przerażającego początkującego czytelnika już od pierwszej strony. „Córka łupieżcy” spełnia jedynie ten ostatni warunek, a przy monumentalnym „Lodzie” (inicjującym moje czysto heteroseksualne uczucie do autora), prezentuje się jak zaledwie jakiś szkic. Jak opowiadanie, które aż prosi się o rozbudowanie pomysłów w nim zawartych, nadanie wielowymiarowości bohaterom w nim występujących i dodanie paru wątków, ku uciesze czytelnika. Mojej uciesze.

Czytaj dalej „Córka łupieżcy – Jacek Dukaj”

Perfekcyjna niedoskonałość – Jacek Dukaj

Choć powieści Jacka Dukaja uwielbiam za każdorazową ucztę literacką, na którą zaprasza mnie autor, to jednak nie zdarzyło mi się komukolwiek ze znajomych polecić jedną z jego książek. Sam nie wiem dlaczego, ale podejrzewam o to moja egoistyczną naturę. Nie mam potrzeby zachwalać twórczości Dukaja, a co więcej, chwilami mam wrażenie, że chciałbym jego powieści zachować tylko dla siebie. Tak jak sceptycznie podchodzę do założeń trójkąta, bo nie lubię się dzielić partnerką jak chrupkami w piaskownicy i brak mi podzielności uwagi, tak na Dukaja chciałbym również mieć czasami wyłączność, poczuć się wyjątkowo, nie zginąć w oceanie partnerów. To znaczy na Dukaja powieści, nie jego osobiście, żeby była jasność. Mam nadzieję, że pan Jacek nie poczuje się rozczarowany tym odrzuceniem przeze mnie jego cielesnej powłoki.
„Perfekcyjna niedoskonałość”, poza faktem, że jest powieścią o niezwykle udanym i chwytliwym tytule, stanowi (po raz kolejny u Dukaja) czytelnicze wyzwanie. Nikogo już nie powinno dziwić, że po rozpoczęciu lektury, czytelnik zadaje sobie pytanie „o czym ja w ogóle czytam?”, co dla mnie jest niewątpliwą zaletą, bo ten mur początkowego niezrozumienia wbrew pozorom nie jest ani trochę zniechęcający, motywuje wręcz. Pomimo wstępnego zagubienia, za każdym razem intuicyjnie brnę przez kolejne strony, zauroczony atmosferą powieści, jej nieodgadnioną aurą i obrazowymi, nadającymi realizm szczegółami, które jednocześnie niezwykle dekorują treść. Nie oszukam siebie – zapewne nie wszystkie założenia „Perfekcyjnej niedoskonałości” ogarnąłem wyobraźnią i bezproblemowo zrozumiałem, bo to powieść naszpikowana pojęciami z nauk ścisłych, ale ani przez moment nie przyszło mi przez myśl, by zrezygnować z lektury. A dla mnie to oznacza bardzo wiele.

Czytaj dalej „Perfekcyjna niedoskonałość – Jacek Dukaj”

Inne pieśni – Jacek Dukaj

Dukajowe „Inne pieśni” figurują obok „Lodu” w wielu rankingach i podsumowaniach minionej dekady. Często na czołowych pozycjach. Aż wstyd było przyznać przed samym sobą, że mnie, któremu „Lód” wybił bezpieczniki w głowie i absolutnie zauroczył klimatem, że właśnie mnie, od tamtego czasu nie zdarzyło się przeczytać niczego nowego od Dukaja. Trochę wynikało to zapewne z obawy, że już nic tego autora nie rozsmaruje mnie w równym stopniu po podłodze, wszak „Lód” uchodzi za jego największe osiągnięcie. Tak, wiem, teoria od A do Z błędna i nie jest żadnym argumentem. Byłem tego świadomy, ale najwyraźniej chciałem też ugruntować historię Benedykta Gierosławskiego w swojej pamięci, nacieszyć się nią, pozwolić jej osiąść w podłożu mojego umysłu, niczym fundamentom nowego domu. Jednak pewien rodzaj głodu i wyższej potrzeby obcowania z czymś wybitnym w kategorii fantastyki, musiał prędzej czy później doprowadzić mnie do właśnie Dukaja. Bo on zapewnia potencjalnie największą szansę na wymagającą a zarazem wciągającą i satysfakcjonującą lekturę. Czym prędzej więc pochwyciłem w dłonie stojące od dłuższego czasu na półce „Inne pieśni”, zdmuchnąłem kurz, który osiadł na górnym grzbiecie, przewróciłem okładkę (z tajemniczą póki co wyklejką), parę kolejnych stron, wygładziłem dłonią i rozpocząłem wielkie czytanie.

Czytaj dalej „Inne pieśni – Jacek Dukaj”

Lód – Jacek Dukaj

Przyznaję bez bicia, że Lodem byłem zachwycony już po kilku pierwszych stronach. Oczarowała mnie ta powieść swoją stylistyką, scenografią, językiem i unikalnym klimatem. Do czynienia mamy tutaj z alternatywnym biegiem historii, w której pierwsza wojna światowa nigdy nie wybuchła, w związku z tym Polska nie istnieje. Imperium Rosyjskie ma się nad wyraz dobrze, pomijając taki „mały” szkopuł, że jest całe skute lodem. Historia rozpoczyna się pewnego lipcowego dnia w Warszawie, w otoczeniu padającego śniegu i mrozu sięgającego kilkunastu stopni poniżej zera, gdzie po raz pierwszy stykamy się z Lutym – wcieleniem Mrozu, tworem skupiającym w sobie przeraźliwe Zimno, zjawiskiem natury, który w ślimaczym tempie przemarzając z miejsca na miejsce paraliżuje całe życie w swoim otoczeniu. Benedykt Gierosławski, niepoprawny hazardzista, obgryzający nałogowo paznokcie wąsaty matematyk, zostaje przyprowadzony przed oblicze Władzy, która sugeruje mu podróż na Syberię, celem odwiedzenia ojca. Tylko tyle. Władzy nie sposób odmówić, więc Benek, nie do końca rozumiejąc „po co?”, czym prędzej wyrusza Koleją Transsyberyjską ku przygodzie odnawiającej zardzewiałe więzy rodzinne. Bo najistotniejsze w tym wszystkim jest ogólne przekonanie, że Gierosławski senior, zesłany dawniej na syberyjską katorgę, zasymilował się  z Mrozem na tyle, by móc „rozmawiać” z Lutymi. A taki mediator to potężna broń polityczna.

Czytaj dalej „Lód – Jacek Dukaj”