2666 – Roberto Bolaño

bolano2666Zabrali nas kiedyś ciężarówkami na poligon wojskowy. Mocne słowa, bo jak dla nas to była zwykła, nieciekawa łąka na totalnym zadupiu, nie poligon. Trawa po pas, rzęsisty deszcz, a oni każą nam się czołgać: w hełmach, z kałachem i obwieszeni całym tym przestarzałym szmelcem. Łączą nas w pary i kolega ma odgrywać rolę rannego na polu bitwy kompana, którego ja muszę ciągnąć za szelki za sobą. Sam ledwo ruszam giczołami, nocnik zsuwa mi się na oczy, a oni oczekują ode mnie, że będę dodatkowo holował ważące ponad sto kilo zwłoki. W ramach motywacji strzelają nam nad głowami ślepakami, rozpylają gaz i zmuszają do założenia masek. Mógłbym się wczołgać w przepaść i pewnie nawet bym nie zauważył. Ciągnięty kolega świetnie się bawi, jedynie narzeka, że trochę mokro. Na półmetku następuje zmiana ról, więc z ulgą kładę się na plecach i pozwalam koledze tarmosić mnie po trawie. Teraz on stęka i co rusz mnie przypadkowo kopie, a ja krzyczę do niego: to na nic, zostaw mnie, ratuj siebie, powiedz mojej rodzinie, że ich kocham. Potem mamy jeszcze kilka atrakcji, aż w końcu kadra szkoleniowa się upija, a my w oczekiwaniu na transport, cali mokrzy i zziębnięci rozpalamy ognisko ze starych opon. Dym trochę gryzie w gardło, więc zakładamy maski przeciwgazowe i stajemy tak blisko ognia, że mundury nam parują. Nie zamierzam wnikać i zanudzać szczegółami, ale to był dzień, w który dostałem jeden z największych wycisków w życiu. A wspominam o tym, bo 2666 to taki literacki odpowiednik tamtego dnia. Już dawno żadna lektura tak mnie nie przeczołgała po swojej treści. Dawno nie byłem tak wykończony po ostatniej stronie – wyczerpany zarówno fizycznie jak i mentalnie. Co ciekawe, zapisuję to po stronie plusów.

Czytaj dalej „2666 – Roberto Bolaño”