World War Z – Max Brooks

World-War-ZBudzę się w środku nocy i słyszę gdzieś w drugim pokoju ciche, ale wyraźne szuranie po parkiecie. Szuuur, szuuur. Moja pierwsza myśl, jeszcze chyba nie do końca oderwana od abstrakcyjnej natury snów, to „w mieszkaniu są zombie!” (no co?). Po chwili w umyśle mi jaśnieje i przypominam sobie, że to będący w świątecznych odwiedzinach ojciec wybiera się na papierosa, a jego gościnne laczki, nie nadążając za kocimi ruchami właściciela, ciągną się z szelestem po podłodze. Kiedy po kilku minutach doszło do procedury zgniatania puszki po piwie, miałem już pewność, że to nie zombie. Przypominam sobie też, że chyba nawet poczułem gorycz rozczarowania. Skąd w mojej głowie pomysł, że źródłem tajemniczych, nocnych dźwięków są ulubieni bohaterowie horrorów klasy B, te gnijące ciała z apetytem na ciepłe mózgi? Przyczyna jest prozaiczna: to wynik chwilowego zauroczenia i ilości spędzonego z nimi ostatnio czasu – przede wszystkim z marką Walking Dead (pełny głupot, ale wciągający serial i uroczy komiks), ale też powieścią Maxa Brooksa oraz (niezłym) filmem pod tym samym tytułem, choć tak naprawdę poruszającym zgoła inne wątki. Takie natężenie zombie bombardujące moją codzienność musiało odcisnąć znaczące piętno nawet na tak silnej psychice, jak moja. I były efekty, ale obecnie jest już lepiej, dziękuję za troskę, więc bez obaw o nawrót lęków mogę podjąć temat.

Czytaj dalej „World War Z – Max Brooks”