Michael Jordan. Życie – Roland Lazenby

jordan zycieDruga połowa lat 90. to czas mojej fascynacji NBA. Okres, kiedy na amerykańskich parkietach brylował Jordan z ekipą Byków był niezwykle motywujący, bo to właśnie wtedy z własnej inicjatywy nauczyłem się podstaw gry w koszykówkę. Kupiłem piłkę, jak również podręcznik wyjaśniający zasady gry oraz technikę najważniejszych jej elementów, bo wcześniej nie potrafiłem nawet kozłować w ruchu, a dwutakt był tylko czymś, z czego dostawałem jedynki na wuefie. W pokoju powiesiłem mini kosz, do którego rzucałem mini piłką zamiast odrabiać lekcje. Co rano włączałem TV, by sprawdzić na Telegazecie (jakie czasy, taki Internet) wyniki nocnych spotkań, w szkole przeglądałem czasopisma w rodzaju „Magic Basketball”, a po lekcjach paradowałem w koszulce Jordana, którą kupiłem za wybłagane od rodziców pieniądze. Nieważne, że była o kilka numerów za duża, sięgała do kolan i wisiała na mnie jak na cmentarnym krzyżu – tylko taką mieli i wymarzyłem ją sobie. Była za to zaskakująco dobrze wykonana – mam ją do dzisiaj, zachowaną w całkiem niezłym stanie i wreszcie nie jest za duża. Potem nadeszły niezapomniane finały Byków z Utah Jazz, którymi się ekscytowałem jak pomyleniec, ale tuż po ich zakończeniu i wraz z rozpadem niesamowitej drużyny z Chicago także moja motywacja osłabła. Nadal lubiłem porzucać, ale koszykarzem już być nie chciałem, bo życie jest jak partia szachów i nie każdy może być czarny. Jednak mam do Jordana ogromny sentyment i gdybym musiał wybierać sportowca, który najmocniej wpłynął na moje życie, to byłby nim właśnie on. A jeśli się mocniej zastanowię, to okazuje się, że innych w ogóle nie było.

Czytaj dalej „Michael Jordan. Życie – Roland Lazenby”

Nick Cave. Chłopak z sąsiedztwa – Ian Johnston

zdj Nick CaveAle brzydal – stwierdziła moja mama, gdy ujrzała twarz Cave’a na okładce książki. No fakt, nie pomyślałem o tym, że bez wątpliwości z Nicka żaden piękniś, ale moja perspektywa patrzenia na niego jest zgoła odmienna i nie obejmuje dylematów w rodzaju: czy chciałbym się z nim całować. Nie, możecie mi nie wierzyć, ale nawet o tym nie myślałem. A nawet gdyby z jego strony taka propozycja padła, to nadal nie. Nie chciałbym również, gdyby był piękny. Jakoś nie uwzględniają tego moje fantazje. Co więcej, nie muszę nawet na niego patrzeć i chociaż śmiem nazywać się jego fanem, to nie mam nad łóżkiem plakatów Nicka, ani jego utworów ustawionych jako dzwonek telefonu. Za to słucham regularnie, bo jest w czym wybierać. Powiedzmy jednak, że nie jest moim celem zachęcenie nikogo do zapoznania się z dorobkiem muzycznym Cave’a, bo tego rodzaju rekomendacje to równie śliski grunt, co polecanie książek. Poza tym to nie jest odpowiednie miejsce. Niemniej pewnie nie uda mi się całkowicie wyeliminować licznych sugestii i już abstrahując od jakości tej biografii (bo tym tematem postaram się zająć przede wszystkim), twierdzę otwarcie, że wokalne i kompozytorskie dokonania Nicka Cave’a oraz jego kapeli warto znać. Napisałem to, a teraz postaram się rozgraniczyć wrażenia płynące z czytania o życiu wokalisty, od tych wynikających ze słuchania jego utworów. Czyli spróbuję wykrzesać z siebie tę namiastkę rzetelności i obiektywizmu, chociaż nie do końca, bo na dłuższą metę żadna z tego frajda.

Czytaj dalej „Nick Cave. Chłopak z sąsiedztwa – Ian Johnston”

Książka, którą napisałem, żeby mieć na dziwki i narkotyki – Marek Raczkowski, Magda Żakowska

ksiazka-ktora-napisalem-zeby-miec-na-dziwki-i-narkotyki

Dziękujemy wydawcom. Gdyby nie presja zaliczki, którą nam wypłacili, ta książka nigdy by nie powstała¹.

Oto wstęp godny Marka Raczkowskiego – wieloletniego rysownika „Przekroju”, charakteryzującego się kreską przypominającą artystyczne popisy siedmiolatka i człowieka o, mam wrażenie, wielkim dystansie do samego siebie. Jego twórczość kiedyś regularnie śledziłem na stronie tygodnika, gdzie Raczkowski posiadał nawet własną zakładkę z na bieżąco aktualizowanymi rysunkami, ale przy okazji którejś z kolei rewitalizacji strony kącik gdzieś zaginął, a ja przestałem tam zaglądać. A szkoda, bo okazuje się, że pan Marek (tak, będę co jakiś czas dodawał określenie „pan”, bo czuję, że tak powinno miejscami być) cały czas prężnie działał w swoim fachu i w końcu doszło do tego, że sobie o tym specyficznym rysowniku przypomniałem, choć paradoksalnie nie dzięki rysunkom.
Widząc jego książkę na półce księgarni jeszcze nieco się wahałem, bo przecież to zaledwie wywiad-rzeka, więc przewidywałem niską wartość literacką. Wtedy autor pojawił się w programie Kuby Wojewódzkiego i tam na pierwszy rzut oka również nie prezentował się zachęcająco – senny, małomówny, jakby nieco zawstydzony. Aż w pewnym momencie, ni z tego, ni z owego, swoim zmęczonym głosem od niechcenia, ale też z nutką nieśmiałości wypalił: przeglądam ogłoszenia i anal zdrożał. Zaśmiałem się szczerze i wzruszyłem nagłym przyrostem sympatii do pana Marka  (choć, z drugiej strony, nigdy jej nie brakowało), dostrzegłem urok w jego nienachalnym i naturalnym sposobie bycia, a już następnego dnia trzymałem jego książkę pod pachą. Żeby było go stać na ten anal. Na zdrowie!

Czytaj dalej „Książka, którą napisałem, żeby mieć na dziwki i narkotyki – Marek Raczkowski, Magda Żakowska”

Pamięć absolutna – Arnold Schwarzenegger

pamiec-absolutnaOd kiedy zacząłem baczniej przyglądać się biografiom, to wyszło mi, że potrafią one jednak być w przewrotnym sensie fascynujące. Nie ze względu na samą treść, bo z nią bywa różnie, ale istotę tego gatunku literackiego, powody jego istnienia i cykl ukazywania się. Dajmy na to – umiera Steve Jobbs (cóż, każdemu może się zdarzyć), a już kilka dni po zgonie jego biografia schodzi z półek księgarń jak ciepłe zwłoki bohatera (bo nie zdążyły nawet wystygnąć). Drugi przykład – w pewien środowy, marcowy wieczór faceci w sukienkach wybierają nowego papieża (gdyż stary uznał, że nie jest stworzony do harówki w korporacji i się zwolnił), a już w piątkowe południe ukazuje się jego biografia – w tym miejscu należą się brawa dla wydawnictwa Znak za błyskawiczną reakcję. A podobno niewielu spodziewało się akurat takiego wyboru. Wygląda więc na to, że biografie już są, pochowane w szufladach i tylko czekają na odpowiedni moment, by się ukazać. Najbardziej preferowana jest oczywiście śmierć bohatera, im bardziej widowiskowa tym lepiej, ale zatrudnienie na etacie papieża też może być nośnym podłożem do sukcesu książki.
Innym wartym zainteresowania zjawiskiem jest już chyba trzecia, czy czwarta biografia Justina Biebera, tym razem ze znaczącym podtytułem „Dopiero się rozkręcam”. Strach pomyśleć co będzie, gdy Justin umrze. Albo zostanie papieżem. Biorąc to wszystko pod uwagę, w równym stopniu co biografie mnie intrygują, to również zniechęcają i sięgam po nie raczej rzadko, starannie dobierając potencjalną lekturę. W tym przypadku musiałem, wręcz MUSIAŁEM się ugiąć, bo oto ukazała się autobiografia Arnolda, a na filmach z jego udziałem w dużej mierze się wychowałem. Zgadza się – nie dostrzegałem wtedy, że umiejętnościami aktorskimi dorównywał potrafiącemu artykułować dźwięki klockowi drewna. To było nieistotne.

Czytaj dalej „Pamięć absolutna – Arnold Schwarzenegger”

Iggy Pop. Open Up and Bleed – Paul Trynka

iggy popPlan jest taki. Odpalasz YouTube, w wyszukiwarce wpisujesz słowa kluczowe: Stooges i 1970, a następnie w wynikach klikasz na filmik autorstwa mrsugarhotpants, ze względu na najlepszą proponowaną jakość nagrania. Istnieje też drugi plan, roboczo nazwany przeze mnie planem B, w którym to korzystasz z mojej wspaniałomyślnej postawy i klikasz na odpowiedni sznureczek, który sprytnie ukryję pod wyrazem LINK. Na jedno wychodzi, ale niektórzy lubią wyzwania, a inni pielęgnują swoje lenistwo. Niezależnie od wybranego planu podkręcasz głośność i wytrwale wysłuchujesz utworu, zastanawiając się, co ma reprezentować ten chaotyczny łomot oraz desperacki wrzask wokalisty, który najwyraźniej próbuje przekrzyczeć hałas instrumentów. Brudna, gęsta, klaustrofobiczna muzyka, ale kompletnie uodporniona na upływ czasu i po blisko czterdziestu latach nadal posiadająca to COŚ. Tak, uwielbiam ten kawałek. Uwielbiam całą płytę Fun house i regularnie od kilku lat do niej wracam. Perkusja i bas hipnotyzują monotonnym wręcz rytmem, a wyraźne (szczególnie w utworze Dirt) gitarowe riffy, sporadycznie próbują sabotować swoistą harmonię podkładu. O niespodziewanym pojawieniu się saksofonu w utworze 1970 nawet nie wspomnę, bo choć chwilami brzmi on jakby ktoś spuszczał powietrze z nadmuchanego balona (wiecie – tak rozciągając wentyl), to w tym szaleństwie jest metoda i trudno ten wariacki fragment określić inaczej, jak małym dziełem sztuki. Ale, ale! Przecież tam ktoś… chciałbym napisać, że śpiewa, ale to słowo zupełnie nie oddaje natury tych dźwięków. Najtrafniej byłoby to nazwać wrzaskiem, skrzekiem, a nawet szczekaniem. Tak, ktoś szczeka do mikrofonu. A to właśnie Iggy.

Czytaj dalej „Iggy Pop. Open Up and Bleed – Paul Trynka”

Limonow – Emmanuel Carrère

Carrere_Limonow_m

Kurde, życiorysem Eduarda Limonowa (właściwie  Sawienko) można hojną ręką obdzielić kilka osób i jeszcze zostanie wiadro ciekawych faktów w zapasie. I nie szkodzi, że nikt nie kojarzy tego pisarza, pomimo kilku powieści i politycznych dzieł jego autorstwa. No dobra, może komuś coś nazwisko Limonow mówi, ale to jeszcze nie powód by czuć się lepszym. Pomijając jednak stopień jego rozpoznawalności – ilość oraz rodzaj zajęć i zawodów, których w swoim życiu podjął się Eduard Limonow musi imponować. I wbrew temu, że jego biografię (nieszczególnie rozumiem, dlaczego książka bywa określana powieścią) wyraźnie można podzielić na część bardziej i znacznie mniej interesującą, to przez całość niezmiennie przebija się charyzmatyczna postać bohatera, która nawet w obliczu mało atrakcyjnych okoliczności nie przestaje ciekawić i nieco fascynować. Bo czyż nie jest barwną postacią ktoś, kto Sołżenicyna bez skrępowania nazywa starym kretynem, twórczością Nabokowa wręcz gardzi, a w międzyczasie ostro rywalizuje na polu literackim z Josifem Brodskim? Nie? To może przyciągnie uwagę ktoś, dla kogo sposobem na odreagowanie zawodu miłosnego jest romantyczne wspominanie swoich byłych kobiet i dramatyczna masturbacja z tym związana? A ta już nieszczególnie romantyczna (choć zależy, co kto lubi), z istotnym udziałem przedmiotów codziennego użytku – świeczka już nigdy nie będzie taka niewinna. Tania kontrowersja, powiesz? Być może, ale jak bardzo zdesperowanym facetem trzeba być, by w ramach tejże kontrowersji pozwolić się analnie zerżnąć czarnoskóremu bezdomnemu kloszardowi? A następnie wielokrotnie to powtórzyć?

Czytaj dalej „Limonow – Emmanuel Carrère”

Cel snajpera – Chris Kyle

Zaręczam, że jak ognia unikam okładek zarzyganych sloganami, ale nawet ja czasami mam słabszy dzień. Tym bardziej, jeśli ktoś przejrzy moje pragnienia, w których zawsze chciałem zostać snajperem (zaraz po tym, jak pozostanie ninją okazało się niemożliwe) i wyda o tym książkę. Bo snajperzy to tacy współcześni wojownicy ninja – zmuszani do wykazania się podobną dyscypliną i cierpliwością. Pomijając jednak trafną i interesującą mnie tematykę, byłem zniesmaczony nadgorliwością wydawcy. „Historia najniebezpieczniejszego snajpera w dziejach amerykańskiej armii” – wrzeszczy okładka. A dalej zachęca: „Wrogowie nazywają go DIABŁEM, koledzy z Navy SEALs mówią o nim LEGENDA”. Poważnie? Nie oszukujmy się – brzmi to tak krzykliwie, że aż tandetnie i najwyraźniej komuś zabrakło wyczucia w tym radosnym ciapaniu okładki hasełkami. Mniejsza o to, bo przecież nie szata zdobi książkę, albo nie oceniaj człowieka po okładce. Jakoś tak. Trzeba dać szansę. Gibko, choć pełen złych przeczuć zabrałem się więc za lekturę.

Czytaj dalej „Cel snajpera – Chris Kyle”