Cyberiada – Stanisław Lem

CyberiadaMłode pokolenie może tego nie pamiętać, ale ja już kiedyś czytałem Lema – Solaris będąc dokładnym i byłem w zauważalnym stopniu rozczarowany lekturą. Nie wszystko mi tam zagrało w odpowiednim rytmie, choć ogromny potencjał autora nie uszedł mojej uwadze, więc Lema skreślać nie zamierzałem. Teraz, po blisko pięciu latach do niego wróciłem. Pod tamtym wpisem pojawiło się kilka komentarzy z propozycjami tytułów, z którymi powinienem spróbować: Niezwyciężony czy też Głos Pana. A co robię ja? Kupuję Cyberiadę, bo tak mną pokierował spontaniczny kaprys, a logika i rozsądek niech umierają w męczarniach. Cóż, przynajmniej w razie ponownego rozczarowania będę mógł winić wyłącznie siebie. Samego Lema przedstawiać bliżej chyba nie muszę, bo i bez tego uchodzi on za Dobro Narodowe. Coś w tym ogólnym uwielbieniu Lema jest, bo nawet ja i to jeszcze długo przed pierwszą lekturą, czułem do autora jakiś podskórny szacunek. Nie wiem, to jakaś magiczna sztuczka, czy coś? Zresztą nawet chłodno przeze mnie przyjęty Solaris nie odebrał Lemowi prestiżu w niczyich (nawet moich) oczach, więc pan Stanisław z pewnością musiał być potężnym czarodziejem, że dzieją się wokół niego takie cuda.

Czytaj dalej „Cyberiada – Stanisław Lem”

Reklamy

Pogrzebany olbrzym – Kazuo Ishiguro

pogrzebany-olbrzymWyznaję, że dałem się zaintrygować temu dość osobliwemu – zdawało się – połączeniu. Bo oto gość o typowo japońskim nazwisku napisał powieść głęboko zakorzenioną w angielskiej historii, a przede wszystkim w jej legendach. Jednak ewentualne zafascynowanie tą niecodzienną sytuacją pryska szybciej niż każdy nastolatek podczas swojej pierwszej masturbacji (wiem co mówię – myślałem wtedy, że zrobiłem sobie jakąś krzywdę), wszak pan Kazuo Ishiguro już od piątego roku życia mieszka w Anglii i jest na wskroś brytyjskim pisarzem (z na wskroś japońskim nazwiskiem). Wiem, że dla większości obeznanych czytelników nie będzie to żadnym zaskoczeniem, ale dla mnie owszem, było. Przechodząc już jednak do prasowych notek na temat Pogrzebanego olbrzyma, to najczęstszym elementem porównawczym jest w nich nazwisko samego Tolkiena, bo najnowsza powieść Ishiguro rzekomo obficie się dokonaniami twórcy Śródziemia inspiruje. Możliwe, choć według mnie nie ma na tę teorię twardych dowodów i podejrzewam, że to brzydki podstęp, by przekonać do lektury potencjalnych czytelników. Bo nazwisko Tolkiena jako punkt odniesienia zawsze przyciąga wzrok i budzi skojarzenia: niekoniecznie dobre, ale zawsze intensywne oraz jasne. Jednak w tym miejscu jestem zmuszony wejść w rolę Ostatniego Uczciwego Opiniotwórcy (nadal mam problem z określaniem siebie RECENZENTEM) i na zawsze odciąć Tolkiena od Pogrzebanego olbrzyma. Nie ma w tej powieści nic z twórczości profesora fantasy i nie wiem skąd w ogóle pomysł na tak dziwaczne porównanie. Sama przynależność gatunkowa nie wystarczy.

Czytaj dalej „Pogrzebany olbrzym – Kazuo Ishiguro”

Baśnie braci Grimm – Philip Pullman

basnie-braci-grimm-dla-doroslych-i-mlodziezy-bez-cenzuryPanuje mylne przekonanie, że bracia Grimm byli autorami tych baśni. To ma sens, bo skoro coś jest nazywane baśniami braci Grimm, to sugestia jest wyraźna. Otóż nie. Może kogoś tym zaskoczę, ale bracia nie wymyślali tych historii. Oni jedynie je zebrali do kupy i wydali. Więc kto je wymyślał? Okazuje się, że lud. Najhojniejszymi dostarczycielkami materiałów było kilka kobiet, które chętnie dzieliły się opowieściami z braćmi Grimm, a jedną z nich Wilhelm nawet poślubił, pewnie w ramach rozliczenia. Jednak owe kobiety również trudno określić autorkami, bo one same zasłyszały te historie od znajomych, służby, chłopów. Czyli tak naprawdę nie sposób wskazać prawdziwych twórców baśni, bo krążyły one wśród ludności od wielu lat, dekad, wieków i poddawane były różnorakim modyfikacjom, a fragmenty raz znikały, to znowu były dodawane w nieco zmienionej formie. Samych braci wypadałoby więc określać bardziej redaktorami, niż autorami, choć niektórzy woleliby ich nazywać złodziejami, jednak prawda jest taka, że Grimmowie nigdy nie przypisywali sobie na własność tych baśni i nie jest ich winą, że zaszło tego rodzaju nieporozumienie. W takim razie co tutaj robi Philip Pullman? Cóż, w sporym skrócie wygląda na to, że zebrał on baśnie zebrane przez braci Grimm, jakkolwiek to nie brzmi. Ale nie tylko, bo każdą z pięćdziesięciu opowieści okrasił on dodatkowo krótkim posłowiem, w którym wyjaśnia genezę danej baśni, jej inspiracje i odniesienia do innych bajkopisarzy oraz ciekawostki natury ogólnej. Należy dodać, że Pullman unikał ingerencji w treść i wybrane przez niego opowieści podane są w dosyć surowej, pierwotnej formie – pozbawione poetycznych ozdobników, dynamiczne narracyjnie, oczyszczone z osobistych interpretacji. I nawet jeśli komuś się wydaje, że świetnie zna daną baśń, to ostrzegam, że jest kilka sporych zaskoczeń.

Czytaj dalej „Baśnie braci Grimm – Philip Pullman”

Pinokio – Carlo Collodi

W zasadzie nie znałem bajki o Pinokiu. Owszem, utarło się w mojej świadomości pewne powierzchowne pojęcie, że pajacyk był z drewna, że rósł mu nos kiedy mijał się z prawdą, że chciał stać się chłopcem z krwi i kości. Jednak to wszystko nic w kontekście całości jego historii. Wystarczy wspomnieć, iż najbardziej rozpoznawalny atrybut Pinokia, czyli jego wydłużający się nos – obiekt wyuzdanych i najczęściej suchych jak wiązka chrustu żartów – w samej bajce zasłużył jedynie na niewiele znaczący epizod i okazał się jednym z najmniejszych zmartwień bohatera. To zupełnie zrozumiałe, że jego kształt, w prawie każdym wyobrażeniu nawiązujący do fallusa, nie pozwala przejść obok zagadnienia obojętnie, jednak spróbujmy już do tego nie wracać. Zastanawiające, jak wszystkie najpopularniejsze wizje bajki o Pinokiu (np. ta od Disney’a) potrafią uparcie mijać się z rzeczywistą atmosferą literackiego pierwowzoru. Na podobną ułomność cierpią adaptacje „Piotrusia Pana” i choć w pewnym sensie zabiegi mające na celu ugrzecznić i ubarwić mroczną naturę baśni są zrozumiałe (w końcu odbiorcą jest kilkuletnie dziecko), to jednak szczypta zgrozy i horroru mogłaby jedynie spotęgować doznania, niekoniecznie wywołując przy tym nocne moczenia. A gdyby tak za rogi z Piotrusiem Panem, Pinokiem, czy twórczością Andersena i braci Grimm wziął się Guillermo del Toro? Albo Tim Burton? Tak, to mogłoby widowiskowo wypalić. Wróćmy jednak do meritum.

Czytaj dalej „Pinokio – Carlo Collodi”

Baśnie – Hans Christian Andersen

Musiało do tego dojść. Moja potrzeba ponownego zapoznania się z twórczością Andersena zwyciężyła, ale skłamałbym też, gdybym powiedział, że walczyłem z nią. Baśnie Duńczyka darzę oczywiście wielkim sentymentem, funkcjonują one w mojej pamięci wespół z obrazami z dzieciństwa, kiedy to drobnymi paluszkami dziecka przewracałem kartki, a te wypadały kolejno, tak marnego klejenia wydanie wówczas posiadałem. W 2005 roku Andersen obchodziłby dwusetne urodziny, gdyby nie taki detal, że już nie żyje. W tymże roku, dla uczczenia tej rocznicy, wydano po raz zapewne milionowy zbiór jego baśni. Wydanie atrakcyjne, bogato ilustrowane, gdzie praktycznie na każdej stronie możemy podziwiać kolorowy rysunek, wierny treści i najprawdopodobniej zajmujący dla dziecka, któremu akurat czytamy, bądź które jest naszą wymówką, żeby samemu poczytać. Piszę najprawdopodobniej, bo nie miałem okazji tego sprawdzić. Sam czytałem i sam byłem dzieckiem, które słucha.

Czytaj dalej „Baśnie – Hans Christian Andersen”

Piotruś Pan – James M. Barrie

Bajka o Piotrusiu Panie zawsze działała na mnie w jakiś szczególny sposób. Już za czasów posiadania konsoli Pegasus grałem namiętnie w grę opartą na jego przygodach i pomimo faktu, iż była paściarska, irytująca i nieprzemyślana w założeniu, mnie wciągnęła jak bagno. Baśń o chłopcu, który nigdy nie chciał dorosnąć ma w sobie jakiś niesprecyzowany mrok, ukryty pod kolorową Nibylandią, piratami, małymi wróżkami leśnymi i latającymi bękartami. Coś nieokreślonego i wyraźnie odmiennego od całej bajkowej otoczki. Coś podobnego doświadczyłem, gdy starsza siostra czytała mi Królową Śniegu Hansa Christiana Andersena. Coś, co nie pozwala Piotrusia określić jednoznacznie postacią pozytywną. Być może to właśnie to nieustannie przyciąga mnie do tej baśni, a być może po prostu ja sam cierpię na syndrom Piotrusia Pana i to właśnie on, a nie papież, nie czarny Majkel Dżordan, nie posiadacz największej liczby znajomych na naszej-klasie, nawet nie doktor Dom, ale właśnie chłopiec w zielonym ubranku z liści jest moim największym autorytetem.

Czytaj dalej „Piotruś Pan – James M. Barrie”