Mechaniczna pomarańcza (wersja R) – Anthony Burgess

Uwielbiam te chwile, kiedy powieść już od pierwszych stron zaczyna mnie intrygować – stylem, słownictwem i zalążkiem klimatu, bo o warstwie fabularnej trudno zazwyczaj na tym etapie cokolwiek powiedzieć. Jeszcze bardziej niezwykłym uczuciem jest, gdy autor powieści bezlitośnie rzuca wyzwanie czytelnikowi i bez szczególnego przygotowania na to, co go czeka – z zaskoczenia jakby – wprowadza go w mocno nieznane realia. Za to uwielbiam Jacka Dukaja i podobnie czułem się przy lekturze „Mechanicznej pomarańczy”. W takich przypadkach dla każdego oczywistym jest, że wraz z upływem stron do umysłu czytelnika zacznie coraz szerszym strumieniem napływać zrozumienie, ale nie każdemu dano tyle cierpliwości. „Mechaniczna pomarańcza” stanowi wyzwanie w warstwie słownictwa, początkowo kompletnie nowego i niezrozumiałego, ledwie uchwytnego jedynie dzięki kontekstowi zdania. Burgess mianowicie, tworząc pewnego rodzaju antyutopię, stworzył także całkowicie nowy żargon (najwyraźniej zauważalna jest inspiracja językami rosyjskim i niemieckim, przede wszystkim), którym posługują się główni bohaterowie (gwara „ślunska” się chowa). Slang kojarzący się z więzienną grypserą tym wyraźniej, że owi bohaterowie charakteryzują się mocno kryminalną mentalnością i postawą.

Czytaj dalej „Mechaniczna pomarańcza (wersja R) – Anthony Burgess”

Limes inferior – Janusz A. Zajdel

Jednym z ostatnich określeń, które użyłbym do opisu swojej osoby to „fan sci-fi”. Naprawdę. Miałbym spory zgrzyt, czy aby nie jest ze mnie większy fan wszelakich reklam środków przeciwbólowych w polskich mediach, niż sajens fikszyn. Nigdy jakoś szczególnie nie przemawiały do mojej wyobraźni wizje świata przyszłości, zazwyczaj mało optymistycznie nastawiające, a najczęściej dystopiczne. Nie żebym się spodziewał za kilkadziesiąt lat łąk pełnych kwiatów, błękitnego nieba i beztroski w sercu, z którą budziłbym się każdego słonecznego poranka, ale jakoś ciężko wypracować ten kompromis, by nie było zbyt mrocznie i zbyt landrynkowo zarazem. A może po prostu taki kompromis byłby nudny, nie wiem. Po jedną z najważniejszych, często określaną najlepszą powieść Zajdla (patrona każdego roku wręczanej nagrody w dziedzinie literatury fantastycznej) sięgałem bez jakichś szczególnych oczekiwań, bo w zasadzie trafiłem na nią przypadkiem podczas przeglądania półek księgarni. Przeczytałem ją zaskakująco (dla samego siebie) szybko, okazała się zaskakująco bliska wspomnianego kompromisu, a w związku z tym – zaskakująco dobra. Byłem nawet w pewnym sensie z siebie dumny, że książkę w klimatach sci-fi potrafię czytać z takim zaangażowaniem i zadowoleniem. Nie jest to co prawda przełomowa lektura w moim życiu, która sprawi, że od teraz zatopię się na dobre w fantastyce naukowej, ale wystarczy mi świadomość, że bez grymasów ją przeczytałem i nie uznałem za stratę czasu, a to już powód, by móc dumnie postawić ją na półce i być może kiedyś wrócić do lektury.

Czytaj dalej „Limes inferior – Janusz A. Zajdel”

Władca Much – William Golding

Wielokrotnie nagradzane dzieła w dziedzinie literackiej mają to do siebie, że zawsze znajdzie się ktoś, dla kogo będą one przecenione i przereklamowane. To oczywiste, bo nie dogodzisz każdemu, choćbyś nawet lizał go po jajkach przy lekturze. W przypadku Władcy Much miałem obawy, że Golding mimo wszystko mi nie dogodzi. Nie żebym robił z tego jakąś tragedię, ale chciałem, by ta książka mi się spodobała. Liczyłem na to i byłbym podwójnie zawiedziony gdyby się okazało, że powieść nie robi na mnie żadnego wrażenia. I co się okazało? Po dwóch wieczorach lektury uznałem książkę za dobrą. Zaledwie dobrą. Jednak z dnia na dzień zacząłem wspominać ją coraz milej. I tak, na tę chwilę, mógłbym ją określić jako bardzo dobrą, chwilami świetną. Nie znakomitą i nie wybitną, czy genialną, ale z pewnością świetną. Czyli Golding trochę mnie popieścił, z tym, że nie doszło do szczęśliwego zwieńczenia, bo jednak wolę kobiety.

Czytaj dalej „Władca Much – William Golding”

Nowy wspaniały świat – Aldous Huxley

Huxley, oprócz komicznego imienia (i klawego nazwiska, dla równowagi) miał całkiem spory dar przewidywania i snucia prognostyków. Jego antyutopijna wizja przyszłości jest dosyć prawdopodobną, bo, na przykład, do klonowania ludzkości, jakże istotnego zagadnienia w książce, wciąż niestrudzenie dążymy i zapewne któregoś deszczowego dnia, przy blasku błyskawic jakiś szalony naukowiec uniesie w górę próbówkę i zakrzyknie „powstań, potworze genetyczny!”. Więcej jak pewne.  O ile „Rok 1984” Orwella, choć pisany także jeszcze w pierwszej połowie XX wieku, prowadził czytelnika do Londynu roku… no, 1984, tak Huxley pogalopował o wiele dalej w dziejach, choć również do Londynu. I na miejscu akcji w zasadzie kończą się takie gołym okiem dostrzegalne podobieństwa, pomijając fakt, że obie powieści są antyutopiami.
Ale nie mam zamiaru tutaj porównywać obu książek, bo Orwella czytałem już dosyć dawno i aż na tyle to nie ufam swojej pamięci, by teraz na niej się opierać w głębszej analizie. Choć czasem nie omieszkam coś wspomnieć.

Czytaj dalej „Nowy wspaniały świat – Aldous Huxley”