Stacja Jedenaście – Emily St. John Mandel

stacja-jedenasciePrawdopodobnie nie każdy sobie zdaje z tego sprawę, ale świat postapokaliptyczny musi przecież posiadać wiele zalet, choćby takich jak skuteczna likwidacja ZUS-u i abonamentu RTV. W mrocznym zakątku swojej świadomości chyba nawet bym pragnął jakiegoś rodzaju epidemii, która przyniosłaby trochę wytchnienia w tym liczonym na godziny i dni świecie. Zabrzmiało jakbym był jakiś emo, ale pomyślcie ile problemów by się samoczynnie rozwiązało – ile priorytetów zrobiłoby fikołek, ile przedmiotów i codziennych czynności zyskałoby na wartości. Wiem, to niezbyt rozsądne, bo nowe niedogodności byłyby zapewne znacznie gorsze, niż stare (obecne), ale być może taki reset ludzkości wreszcie orzeźwiłby niektóre jednostki, byłoby wręcz fajnie, a martwilibyśmy się potem. I gdyby wszystko nagle poszło w pizdu, to prawdopodobnie w końcu dotarłoby do mnie skutecznie, jak bardzo nieistotne jest to, co tutaj piszę oraz po co piszę. Moja dziedzina i pasja to jeszcze pół biedy, ale wyobraźcie sobie, jak bezcelowe okazałoby się osiągnięcia tych wszystkich szafiarek blogowych (szacuneczek i pozdro dziewczyny), które od tej chwili musiałyby zacząć palić ogniska swoimi ciuchami, by ogrzać mieszkanie. A wiadomo, że książki do tego celu nadają się lepiej. I niełatwo mi to pisać, ale gdybym w takiej sytuacji musiał wrzucać do ognia kolejne powieści z półki, to dzieło Emily St. John Mandel byłoby jednym z pierwszych w kolejności. Nie to, że nie czytałem gorszych, bo czytałem, ale ich się już dawno pozbyłem. Uf, przez chwilę było rzeczywiście przykro, ale już mi ulżyło.

Czytaj dalej „Stacja Jedenaście – Emily St. John Mandel”

Co nas nie zabije – David Lagercrantz

co nas nie zabijeTrochę mnie ciekawi, jakie myśli zmotywowały Lagercrantza do podjęcia się tego śmiałego zadania. Jeśli ktoś jeszcze nie wie o jakie wyzwanie chodzi, to przypominam, że Co nas nie zabije jest oficjalną kontynuacją głośnej trylogii Millenium, która jeszcze kilka lat temu wywindowała skandynawski kryminał jako gatunek na szczyty popularności wśród masowego czytelnictwa. Było to wydarzenie o wielkiej sile literackiego rażenia i jeśli ktoś się nie zetknął z tematem to prawdopodobnie żył w tamtym okresie w jaskini, albo pod jakimś głazem. Nawiasem mówiąc to mam wrażenie, że autor Millenium musiał umrzeć, by świat się przekonał jak udane powieści spłodził. Ale może to tylko wrażenie właśnie. Więc co z tymi motywacjami Lagercrantza? Bo niby można się zasłaniać wyzwaniem literackim i próbie dorównania Larssonowi, ale bądźmy szczerzy – autor oryginalnej trylogii jakimś wybitnym wirtuozem prozy nie był, a siła jego książek leżała według mnie w przemyślanej intrydze, krwistych postaciach i płynnym stylu, który przede wszystkim miał nie przeszkadzać w chłonięciu treści. W takim razie może chodzi o splendor i rozgłos, bo czy można sobie wyobrazić lepszą promocję dla mało znanego (szczególnie poza Szwecją) pisarza, jakim jest Lagercrantz? Owszem – ten musiał się przy okazji wykazać trochę jajami ze stali, a trochę śmiałą bezczelnością oraz wiarą we własne możliwości, ale kiedy już podjął decyzję to było jak wspomniałem: warsztatowo poprzeczka nie wisiała wcale na jakimś niebotycznym poziomie, a całą czarną robotę odwalił wcześniej sam Larsson, zostawiając następcy gotowy kryminał-instant. Bo bohaterowie wraz ze swoim rysem psychologicznym już gotowi, sprawdzeni, zatwierdzeni przez czytelników i – co najważniejsze – obdarzeni przez nich sympatią. Środowisko działania i relacje między postaciami również wyraźnie nakreślone, na dobrą sprawę wystarczyło więc zalać to wszystko wrzątkiem nowej intrygi, a potem patrzeć co z tego wyniknie. A ponieważ Lagercrantz jest również dziennikarzem śledczym i spiski to jego codzienność, to inspiracji fabularnych zabraknąć mu nie powinno. Wiem: wymądrzam się niepotrzebnie, tak jakby napisanie kryminału to była bułka z mleczkiem i kaszka z masłem, ale chciałbym przez to zwrócić uwagę, że być może poziom wyzwania wcale nie był tak wysoki, jak mogłoby się z początku wydawać.

Czytaj dalej „Co nas nie zabije – David Lagercrantz”

Nie tylko Wiedźmin – Marcin Kosman

nie tylko wiedzminTen związek trwa już od ponad dwudziestu lat, a uczucie, które nas łączy jest tak samo silne, jak na początku lat 90. tylko może bardziej dojrzałe oraz niekoniecznie tak bezwarunkowe i ślepe. Początków miłości mógłbym szukać w licznych wypadach do lokali, które w tamtym czasie nazywało się dumnie salonami gier, choć zwykle były to ciemne, bo bezokienne zaplecza sklepów spożywczych, gdzie wstawiano kilka jakimś cudem zdobytych amerykańskich automatów z bajecznie kolorową grafiką. Istny obłęd, prawdziwa Arkadia, gdzie całymi dniami można było wypalać sobie gałki oczne od wściekle migających ekranów. I co z tego, że więcej się patrzyło jak inni grają, niż grało samemu. Było doskonale. Potem udało się tę miłość przenieść w zacisze rodzinnego domu i choć najpopularniejszy w tamtych czasach Pegasus znacznie ustępował w możliwościach maszynom z salonu, to był prywatny i ograniczony w dostępie jedynie przez goniących do nauki rodziców. O tamtych szalonych czasach każdy z graczy mógłby napisać bardzo osobistą książkę, podobnie jak o pierwszym PlayStation, które szturmem zawładnęło polskimi realiami, bo taka jakość rozgrywki i tego rodzaju standard grafiki 3D był dotychczas najzwyczajniej w świecie niedostępny dla naszego kraju. Myślę, że mężczyzna tak naprawdę nigdy nie wyrasta z gier, jedynie zaczyna brakować mu na nie czasu. Ale nie o tym, bo ja tu o książce i to książce o grach. Polskich grach w dodatku. Mogę się mylić (choć wątpię), ale chyba niewiele mamy takich publikacji. Pewnie aż jedną, o której właśnie będzie mowa.

Czytaj dalej „Nie tylko Wiedźmin – Marcin Kosman”