Sprawiedliwość – Alex Ross, Jim Krueger

sprawiedliwoscMiały się tutaj pojawiać komiksy wyłącznie wyjątkowe: uznane za kultowe, porażająco dobre, oryginalne artystycznie, pomysłowe koncepcyjnie i narracyjnie, bądź stawiane za wzór dla przyszłych twórców. Wszystko jednocześnie, albo choć jeden z tych warunków miał sprawiać, że chciałbym na chwilę oderwać się od książki i postukać trochę w klawiaturę na temat przeczytanego komiksu. A uwierzcie mi, przeczytałem mnóstwo obrazkowych historii, na temat których nie mam nic do powiedzenia poza tym, że znam, widziałem, machnąłem na to ręką. Więc o nich nie piszę – prawda, że proste? Ale kiedy najpierw zdyszany kurier ledwo dotargał do mnie paczkę ze Sprawiedliwością (jego twarz wyrażała pretensję o ilość schodów, które musiał pokonać z tym ciężarem), a potem osobiście zważyłem w dłoniach i przejrzałem pobieżnie ten komiks, to już miałem pewność, że odnajdę w sobie inspirację dla choćby krótkiego wpisu. Bo Sprawiedliwość jest wyjątkowa z powodu, który natychmiast rzuca się w oczy czytelnikowi: jakość polskiego wydania. Blisko pięćset stron kredowego papieru w dużym formacie, całość starannie zamknięta w twardej, szytej oprawie oraz obwolucie. Każdy komiksowy fetyszysta na premierę czekał z własnym penisem w ręce – wiem, bo sam byłem tego bliski. Niestety, wyjątkowa jest również cena tego cuda, bo na okładce krzyczą: 169 złotych. I choć bez większych problemów da się nowy egzemplarz kupić za 50 złotych mniej (księgarnie internetowe), to nadal jest to surowe sito dla potencjalnych klientów i raczej nikt nie pozwoli sobie na tego rodzaju spontaniczny wydatek. Wydawnictwo Mucha podjęło więc spore ryzyko, ale osobiście jestem im wdzięczny i winszuję odwagi. Jako duży dzieciak wychowany na kilkudziesięciostronicowych szmatławych zeszytach TM-Semic (i piszę o tym z szacunkiem oraz sentymentem) jestem zachwycony, że komiks w Polsce doczekał się tego rodzaju ekskluzywnych wydań. I że ja doczekałem.

Czytaj dalej „Sprawiedliwość – Alex Ross, Jim Krueger”

Marsjanin – Andy Weir

MarsjaninPojawił się pomysł na porno w kosmosie. Podobno nikt tego jeszcze nie robił w prawdziwie zerowej grawitacji, a nawet jeśli, to nie pozostał z tych figli żaden materiał filmowy. Więc najtęższe głowy w branży rzuciły ideę, by wysłać w kosmos słynnego Łysego z Brazzers i jakąś atrakcyjną cizię do pary, a ci zrobiliby już to, co leży w ich obowiązku. Im więcej materiału nakręcą, tym lepiej, bo z czegoś muszą filmik zmontować, dlatego trzeba kogoś z kondycją. Wyobrażam sobie, że byłoby sporo scen, w których bohaterowie w miłosnym uniesieniu nieważkości obijają się o przeróżne elementy scenografii, ściany, sufity i podłogi ich „rakiety pożądania”, bo te nigdy nie należały do przestronnych. To wszystko trzeba wyciąć, bo nie jest seksi, a powstałe przy okazji siniaki ukryć. Ale może by się udało wykroić dziesięć minut bezkolizyjnego, bezpiecznego seksu na filmik do sieci – dłuższych i tak nikt przecież nie ogląda w całości. Trzeba przyznać, że cały zamysł jest wielce ambitny i osobiście z niecierpliwością oczekuję na kolejne wieści oraz ostateczny produkt. Łysemu z Brazzers po takim wyczynie pozostałoby już tylko ubieganie się o fotel prezydenta USA, a nawet prezydenta świata. Albo mógłby zechcieć wybrać się z seks-misją na Marsa, by po raz kolejny zostać pionierem i zasłużyć na własne miejsce w podręcznikach historii. To jednak przyszłość, odsuńmy ją póki co na margines, a tymczasem musimy zadowolić się bardziej tradycyjnymi i niestety mniej widowiskowymi wyprawami na Czerwoną Planetę. Własną wizję jednej z takich ekspedycji przedstawi nam Andy Weir.

Czytaj dalej „Marsjanin – Andy Weir”

Wyznaję – Jaume Cabré

wyznajeMam kilka słabości, do których ani mi się śni tu i teraz przyznawać. Jednak nawiązując do tytułu omawianej powieści mogę wyznać, że od niedawna do rzeczy działających zmiękczająco na moje kolana należy masło waniliowo-pistacjowe. Ponoć do ciała, co uważam za dziwne, bo kto to widział masło do ciała – ja masłem chleb smaruję, ale może jestem jakiś dziwny. Najwyraźniej trzeba zmienić przyzwyczajenia żywieniowe, toteż masło do ciała preferowałbym z konkretnym ciałem do kompletu, bo bez to sam mogę sobie kupić na promocji w Rossmanie i zajadać łyżeczką. Inną moją słabością są grube, masywne powieści, których zawsze obdarzam jakimś kredytem zaufania przed lekturą, tak jakbym wmawiał sobie, że skoro coś jest tak kolosalne, to nie może być jednocześnie słabe. Głupie i łatwowierne założenie, ale historia ludzkości już nie takich naiwniaków rozwalcowała na asfalcie rozczarowań, więc w razie czego będzie mi raźniej. Z tym, że jeszcze nie dzisiaj, bo po gorącym przyjęciu powieści Cabré wśród polskich czytelników, ja muszę się zsolidaryzować z rodakami i również napisać kilka ciepłych słów o Wyznaję: słońce, kaloryfer, termofor i od razu zrobiło się przytulniej. Moje dalsze wypociny będą utrzymane w podobnym tonie, bo choćbym nawet bardzo pragnął wykazać się wywrotowym gustem i odważnie skrytykować dzieło Cabré, to sam autor nie dał mi ku temu argumentów. Wychodzi więc na to, że literackie upodobania mam powszechne i mało oryginalne, ale przynajmniej jestem na topie trendów. Wyznaję mi się podobało i trudno, co zrobić. Zaznaczam, że doznań z lektury raczej nie można porównać z przyłożeniem twarzy do rozpędzonego śmigła, bo to nie ten rodzaj gwałtownych emocji. Wyznaję wsącza się w czytelniczy umysł powoli, acz niestrudzenie: przez dłuższą chwilę trzeba się z powieścią cierpliwie oswajać, zaznajamiać i niech mnie śmigło trafi, jeśli nie warto.

Czytaj dalej „Wyznaję – Jaume Cabré”

Pięćdziesiąt twarzy Greya – E. L. James

Piecdziesiat-twarzy-GreyaDobrze widzisz. Przeczytałem „Pięćdziesiąt twarzy Greya”. Trafił się dogodny moment i okazja, ciekawość zwyciężyła, a teraz już rozlane mleko, poobiednia musztarda i nic nie zmaże tej plamy. Mogę sprzedać swój egzemplarz, z rozpaczą podrzeć go na strzępy, rytualnie spalić wyjąc przy pełni księżyca, ale już zawsze będę tym, który przeczytał „Pięćdziesiąt twarzy Greya”. Skaza na całe życie. Rzecz jasna istnieje też niewielka szansa na to, że podświadomie mocno pragnąłem przeczytać tę książkę, że moje głęboko skrywane perwersyjne ciągoty wzięły górę i zasłaniając się ciekawością odnalazły wreszcie ścieżkę do spełnienia. Ale nie będziemy deliberować nade mną. Abstrahując już od tego, co napiszę poniżej i jakkolwiek sprzecznie to będzie brzmiało – każdemu polecam lekturę „Pięćdziesięciu twarzy Greya”. Przede wszystkim to czyn fenomenalny, że coś tak okropnie napisanego sprzedaje się w pierdylionach egzemplarzy. To może być jedynie zasługa aureoli perwersyjnego seksu, która otacza tę powieść, bo stylistycznie i warsztatowo E. L. James obraża literaturę tak samo mocno, jak Mandaryna podczas swoich występów na żywo brutalnie gwałci uszy słuchaczy. Wygląda więc na to, że wystarczy ckliwy, na wskroś sztampowy romans okrasić scenkami figlarnego seksu (do tego wrócimy, koniecznie!) i już można otwierać szampana, bo nawet talent literacki na poziomie pierwszej klasy gimnazjum (nie obrażając gimnazjalistów) nie przeszkodzi w osiągnięciu sukcesu sprzedażowego. Natomiast brytyjski Amazon ponoć uznał E. L. James za pisarkę wszech czasów, co uważam za wyższą szkołę sarkazmu, bo, umówmy się, nikt nie mógł tego napisać poważnie.

Czytaj dalej „Pięćdziesiąt twarzy Greya – E. L. James”

Wśród obcych – Jo Walton

wsrod obcychMiałem kiedyś figurki różnych postaci komiksowych: Batmana, Robina, Supermana i innych takich gostków w obcisłych trykotach. Określenie „figurki” było dla mnie zbyt wyszukane, więc nazywałem je „ludzikami”. Mamo, kup mi ludzika. No i bawiłem się tymi ludzikami, a w związku z tym one musiały przechodzić niejedną torturę. Na przykład wkładałem Supermana do pojemniczka, zalewałem wodą i tak zamarynowanego wstawiałem do zamrażalnika. Następnego dnia wyciągałem zahibernowanego superbohatera i umieszczałem w wyimaginowanej fortecy jakiegoś szwarccharakteru. Że niby go pojmał i uwięził. Co ciekawe, w roli tych złych występowały zazwyczaj lalki siostry. Ponieważ wyglądały one mało złowieszczo i jak na mój gust zbyt różowo, przerabiałem je na własną potrzebę przy pomocy mazaków, taśmy klejącej i nożyczek (nie pytajcie…). Batman wraz z Robinem zakradali się do siedziby wroga, staczali z nim zażarty bój o uwolnienie kolegi po fachu. Walka była bezlitosna, zawzięta i długa: ludziki zyskiwały kolejne nowe rany (twarze oraz bicepsy zalane mazakową krwią i sińcami), lalka-arcy wróg traciła kończyny (wyjmowały się), włosy (paliły się) i mutowała (kończyny nie zawsze trafiały na swoje miejsce i czasem były zastępowane widelcem, albo wyrzutnią rakiet zamiast ramienia). Batman wpadał do akwarium z żółwikami, a Robin rzucał mu sznurówkę z przywiązanym na końcu spinaczem biurowym i wyciągał go ze szponów tych morderczych bestii, a jednocześnie – pewnej śmierci. W końcu stojący pod biurkową lampką Superman się rozmrażał (nie przewidziałem, że to potrwa aż tyle czasu), strzelał laserem z oczu, ratował świat od kolejnego zła, a ja wracałem do odrabiania lekcji. I wszyscy żyliby szczęśliwie, gdyby nie siostra i jej niedorzeczne pytanie: „co ty gnojku zrobiłeś z moją lalką?!”.
Dlaczego zdradzam tutaj coś, co powinienem opowiadać na kozetce u psychologa? To mój mały hołd dla wyobraźni dziecka, a wyobraźnia w powieści Jo Walton ma znaczenie nie do przecenienia.

Czytaj dalej „Wśród obcych – Jo Walton”

Bracia Sisters – Patrick deWitt

bracia sistersJa western zawsze z otwartymi ramionami. Przywitam, obejmę, utulę do snu. „Bracia Sisters” to ponoć hołd złożony czarnym westernom, braciom Coen oraz Cormacowi McCarthy’emu. I tylko ten McCarthy mi tutaj nie pasuje. Bo o ile specyficzny sznyt Joela i Ethana Coenów (oraz inspirację nimi) miejscami wyczuwam, o ile westernu noir tutaj sporo, o tyle nie rozumiem w jaki sposób „Bracia Sisters” mieliby stanowić ukłon w stronę McCarthy’ego. Być może jestem w jakimś stopniu upośledzony i czegoś nie dostrzegam, ale idę w zaparte – nie ma tam McCarthy’ego. Poza tym wiecie, że krótkie streszczenie utworu, bądź jego rekomendację zamieszczaną najczęściej na tylnej okładce książki określa się blurbem? Ja się dopiero niedawno dowiedziałem, a wymądrzam się w tym miejscu tylko dlatego, byście nie wierzyli blurbom. I politykom. I właścicielom warsztatów samochodowych. Mnie możecie wierzyć, bo nie dostaję ani grosza za pozytywną opinię wystawioną książce. Za negatywną też zresztą nie dostaję. Do dupy z taką pasją. Wracając jednak do „Braci Sisters”, to tak się złożyło, że blisko połowę powieści przeczytałem w trakcie podróży międzymiastowej. I w sumie mam tylko jedną uwagę: dlaczego nikt mnie nie ostrzegł, że od tego tak dramatycznie boli szyja? Myślałem, że już nigdy nie będzie mi dane spojrzeć w górę. Morał z tej sensacyjnej historii jest taki, że „Bracia Sisters” skutecznie zajmują uwagę czytającego. Czym jeszcze się charakteryzują?

Czytaj dalej „Bracia Sisters – Patrick deWitt”

Pory roku – Anna Borisowa

boris-akunin-pory-rokuWydało się. Ostatnio piszący pod pseudonimem pisarze nie mają łatwego, intymnego życia. Autorka Harry’ego Pottera wyrzeźbiła jakąś powieść detektywistyczną, którą dla hecy podpisała pseudonimem i kupiło ją dwanaście osób (tak wynika z moich rachunków). Następnie sprawa wyszła na jaw – okazało się nagle, że „oborze! to napisała ta od Harry’ego!” i czytelnicy tłumem pobiegli do księgarni nabyć swój egzemplarz tej niczym niewyróżniającej się zapewne powieści. A potem wielce rozczarowani, że czarodziej w okularach nie wystąpił nawet w małym epizodzie. Z powieścią Anny Borisowej było podobno tak, że wszyscy zachwycali się błyskotliwym debiutem pisarki, drążyli temat na tyle namiętnie, że nie sposób było już dłużej ukrywać prawdziwego autora „Pór roku”. A okazał się nim nie kto inny, jak sam Boris Akunin. Tak – ten od perypetii Erasta Fandorina. Pisarz wszechstronny, który z gracją i swobodą potrafi „przełączać” się między gatunkami literackimi, na zawołanie zmieniać stylistykę. Nie będę tutaj zgrywał bystrzejszego niż jestem i udawał, że rozpoznałbym pod pseudonimem Anny Borisowej pióro Akunina, bo pewnie by mi nawet to do głowy nie przyszło. Nie jestem z natury podejrzliwy w kwestii książek, traktuje je jak przyjaciółki, które nie mają powodów, by mnie zdradzić, poza tym uznaję tezę, że błyskotliwe debiuty się zdarzają. Przejdźmy jednak do meritum i spójrzmy co do zaproponowania ma autor cyklu o Eraście Fandorinie, jeśli odebrać mu Erasta Fandorina.

Czytaj dalej „Pory roku – Anna Borisowa”

Limonow – Emmanuel Carrère

Carrere_Limonow_m

Kurde, życiorysem Eduarda Limonowa (właściwie  Sawienko) można hojną ręką obdzielić kilka osób i jeszcze zostanie wiadro ciekawych faktów w zapasie. I nie szkodzi, że nikt nie kojarzy tego pisarza, pomimo kilku powieści i politycznych dzieł jego autorstwa. No dobra, może komuś coś nazwisko Limonow mówi, ale to jeszcze nie powód by czuć się lepszym. Pomijając jednak stopień jego rozpoznawalności – ilość oraz rodzaj zajęć i zawodów, których w swoim życiu podjął się Eduard Limonow musi imponować. I wbrew temu, że jego biografię (nieszczególnie rozumiem, dlaczego książka bywa określana powieścią) wyraźnie można podzielić na część bardziej i znacznie mniej interesującą, to przez całość niezmiennie przebija się charyzmatyczna postać bohatera, która nawet w obliczu mało atrakcyjnych okoliczności nie przestaje ciekawić i nieco fascynować. Bo czyż nie jest barwną postacią ktoś, kto Sołżenicyna bez skrępowania nazywa starym kretynem, twórczością Nabokowa wręcz gardzi, a w międzyczasie ostro rywalizuje na polu literackim z Josifem Brodskim? Nie? To może przyciągnie uwagę ktoś, dla kogo sposobem na odreagowanie zawodu miłosnego jest romantyczne wspominanie swoich byłych kobiet i dramatyczna masturbacja z tym związana? A ta już nieszczególnie romantyczna (choć zależy, co kto lubi), z istotnym udziałem przedmiotów codziennego użytku – świeczka już nigdy nie będzie taka niewinna. Tania kontrowersja, powiesz? Być może, ale jak bardzo zdesperowanym facetem trzeba być, by w ramach tejże kontrowersji pozwolić się analnie zerżnąć czarnoskóremu bezdomnemu kloszardowi? A następnie wielokrotnie to powtórzyć?

Czytaj dalej „Limonow – Emmanuel Carrère”

Drwal – Michał Witkowski

Mając lat kilka, które przepoczwarzyły się następnie w lat kilkanaście, znałem pewnego Michała Witkowskiego. Grał z nami w kapsle oraz zbierał puste puszki po piwie, by następnie z dumą prezentować je na meblościance, przy okazji zasłaniając swoją kolekcją braki w tapecie – takie były wtenczas trendy. Włosy początkowo ścinał na grzybka (niektórzy mówili, że „od garnka”), potem zaczesywał do tyłu na wodę z cukrem, a jego podwórkowy pseudonim brzmiał Spieprzaj. Poważnie – lubił się tak ordynarnie wyrażać, a nam zabrakło inwencji twórczej, więc Michał został oficjalnie Spieprzajem i nie wydawał się tym faktem urażony. Nie sądzę jednak, by Michał Witkowski, autor „Drwala”, był tym samym Michałem Witkowskim, który pożyczał ode mnie kartridże do Pegasusa. Szkoda, bo moje szanse na egzemplarz książki z autografem znacznie by wzrosły. Tymczasem przeczytałem „Drwala” i muszę przyznać, że jestem nieco skonfundowany. Nie wiem, na ile ta powieść jest oparta na autentycznych wydarzeniach, a ile w tym wszystkim zgrywy (moja intuicja podpowiada mi, że mnóstwo), ale wygodniej dla wszystkich będzie, jeśli potraktujemy „Drwala” jak najmniej poważnie. Wówczas można przy lekturze wyśmienicie się bawić i mrużąc oczy – raz jedno, raz drugie, czasem oba jednocześnie – wyławiać z treści umyślnie osadzone stereotypy, brawurową autoironię Witkowskiego, niesamowite zbiegi okoliczności i w większości kapitalne żarty. Bo choć „Drwal” został oficjalnie sklasyfikowany jako kryminał, to mam wrażenie, że nawet w tym autor widzi psotę.

Czytaj dalej „Drwal – Michał Witkowski”

Taniec ze smokami – George R.R. Martin

To zadziwiające, jak nie wiedzieć kiedy, choć na moich oczach, cykl „Pieśń Lodu i ognia” rozrósł się do nieprzeciętnych, wręcz kolosalnych rozmiarów. Patrząc na ilość i objętość kolejnych tomów to pozornie rzecz oczywista, ale w zasadzie dopiero niedawno dotarło do mnie z jakim molochem mam do czynienia, oraz jak potężny potencjał w nim tkwi. Martin nie ustaje w rozwoju swojego koronnego cyklu, dokłada kolejne setki, tysiące stron i… ani przez moment mnie nie nudzi. Fenomenalne. Nie wiem jak on to robi, ale to wymyka się wszelkiej logice.
Dla porządku ustalmy fakty: „Taniec ze smokami” to już piąty tom z serii, ponownie rozbity na dwie części, bo licząca tysiąc pięćset stron książka nie uchodziłaby za wzór szczupłej, kieszonkowej sylwetki (inna sprawa, że dwie części po osiemset stron każda również zgrabnymi trudno nazwać). Te cyfry kompletnie nie mają znaczenia w zestawieniu z magnetyzmem treści zawartej na tych stronach. Muszę w buty sobie wsadzić mój czytelniczy snobizm i przyklasnąć autorowi za umiejętność uchwycenia mnie za uszy i trzymania tak, bym nie mógł oderwać wzroku od ciągu literek. Kolejne strony lecą, a ja zaczynam wpadać w syndrom „jeszcze jednego rozdziału”, tak bolesnego i przeklinanego, kiedy trzeba rano wstać. Nienawidzę cię, Martin.

Czytaj dalej „Taniec ze smokami – George R.R. Martin”

Niuch – Terry Pratchett

Jak ja się stęskniłem za tym sympatycznym, brodatym starszym panem Pratchettem! Blisko dwa lata kazano mi czekać na kolejny pełnoprawny tom serii o Świecie Dysku i choć w międzyczasie ukazała się powieść „W północ się odzieję”, to jednak należy ona do cyklu dla młodszych czytelników, do których, pomimo najszczerszych chęci, nie potrafię jakoś się zaliczyć. Pozostało mi więc uzbroić się w cierpliwość. Cierpliwość do potęgi, twardszą od stali, diamentu i suchego chleba, kojoną jednak wyrozumiałością pod adresem autora w związku z jego zdrowiem, czy też raczej niedostatkiem tegoż. Lecz odsuńmy na bok nieprzyjemności, wszak oto ukazał się „Niuch”, trzydziesty czwarty tom niepowtarzalnego Świata Dysku, a rzesza spragnionych fanów pognała do księgarni oraz e-księgarni, by jak najszybciej i najczulej móc pieścić dłońmi grzebień jego kartek. I choć grzbiet pierwszego tomu zdążył już na mojej półce nieco wyblaknąć od słońca wpadającego przez okno (pozostałym tomom również się oberwało), to jednak żyję nadzieją, że wraz z Prachettem zdążymy dołożyć na ten regał jeszcze kilka, a może nawet kilkanaście grzbietów. Tymczasem, drżąc z tęsknoty, niezwłocznie zabrałem się za lekturę, błagając samego siebie, by potrwała ona jak najdłużej.

Czytaj dalej „Niuch – Terry Pratchett”

Potępieni – Chuck Palahniuk

Znooowu on? Tak, to kolejna powieść Palahniuka, o której mam zamiar napisać kilka słów. Bo taką mam ambicję. I tak, wiem, że dla niektórych może to być męczące, ale w sumie mnie to nie interesuje. Bo tym razem będzie inaczej. Będzie inaczej choćby z tego powodu, że „Potępieni” to wreszcie udany kawałek prozy w wykonaniu Palahniuka. Zaskoczeni?  Co prawda na moje prywatne podium powieści nie udało się wskoczyć, ale wyraźnie dostrzegam przebłyski wysokiej formy autora, a tego nie uświadczyłem od czasu polskiej premiery „Opętanych”. W zasadzie powinienem otrzymać chyba jakiś medal, albo odznaczenie za cierpliwość i wiarę w klawiaturę Chucka. Dzielnie i z uporem przebijałem się przez kolejne powieści, każdorazowo będąc nie do końca zadowolonym z efektów, aż na scenę wszedł on – charakteryzujący się wściekle czerwoną okładką egzemplarz „Potępionych” i usatysfakcjonował mnie zaskakująco łatwo. A może moje oczekiwania osiągnęły już tak niski pułap, że sprostanie im nie stanowiło problemu? Też mogło się tak zdarzyć.

Czytaj dalej „Potępieni – Chuck Palahniuk”

Thorgal. Dziecko z gwiazd – Amélie Sarn

Z komiksowym Thorgalem wiążą się jedne z moich najwcześniejszych wspomnień dzieciństwa. Z okresu, kiedy jako mały szkrab przewracałem z namaszczeniem kolejne wymiętolone strony pokryte rysunkami Grzegorza Rosińskiego, nie zaprzątając sobie szczególnie uwagi chmurkami z tekstem, może dlatego, że pewnie czytać jeszcze nie potrafiłem, a już na pewno nie płynnie. Tomy, wtenczas pożyczone od wiele starszego kolegi, robiły na mnie niesamowite wrażenie, a atmosfera niektórych zeszytów siała zamęt w moim jakże wtedy wrażliwym, dziecięcym umyśle. Wiem, sentyment to dziwka, ale nie wstydźmy się go, bo może dać sporo przyjemności. Na wiadomość, że przygody Thorgala ukażą się w postaci prozy, początkowo zareagowałem z entuzjazmem, zupełnie jakbym po tych wszystkich latach miał spotkać przyjaciela z dzieciństwa. Potem przyszła pora na obawy związane ze spotkaniem. Czy on nadal będzie tak fascynującym kompanem? Czy będziemy mieli wspólne tematy? Czy nie będzie wstyd się z nim pokazać na mieście? Uczucie niepewności dodatkowo potęgował fakt, że nie miałem się z nim spotkać w postaci, w której się do tej pory znaliśmy, czyli komiksu, a właśnie wzbogaconej dodatkowymi wątkami i poddanej chronologicznej aranżacji powieści. Co z tego wzruszającego spotkania po latach wyszło?

Czytaj dalej „Thorgal. Dziecko z gwiazd – Amélie Sarn”

Saturn – Jacek Dehnel

„Czarne malowidła” – przepełnione mrokiem, udręką i szaleństwem autora freski, naniesione na ściany Domu Głuchego, gdzie Francisco Goya spędził kilka lat starości i choroby. To podobno właśnie wtedy stworzył tych kilkanaście słynnych obrazów, projekcji jego lęków, bólu, a najprawdopodobniej także obłędu. Kiedy w 2003 roku ukazała się kontrowersyjna książka profesora Juana Jose Junquery, w świecie sztuki zawrzało. O co cały raban? Otóż Junquera wysunął w niej interesującą hipotezę, iż fascynujące „Czarne malowidła” są niesłusznie przypisywane autorstwu Goi. A precyzując – są przypisywane nie temu Goi, co trzeba. Otóż słynny Francisco Goya, choć był jurnym i płodnym kogucikiem, to jednak jego potomstwo obdarzone było raczej lichym zdrowiem. Kolejne dzieci malarza szybciej umierały niż się rodziły, a ojcowska duma Francisco cierpiała. Javier był jego jedynym synem, któremu udało się opóźnić swoją śmierć na tyle, że przeżył własnego ojca. I to właśnie Javierowi, postaci o której próżno szukać jakichkolwiek szerszych informacji, Junquera przypisuje autorstwo „Czarnych malowideł”. Jacek Dehnel (poeta, pisarz, malarz, felietonista) najwyraźniej znalazł w tym pomysł na powieść. Powieść omijającą klasyfikację gatunkową, podobnie jak szufladkowania uniknął Janusz Głowacki ze swoim znakomitym „Good night, Dżerzi” – to bardzo podobne z założenia książki. Pewnie nigdy się nie dowiemy, czy wersja wydarzeń Dehnela jest w jakimkolwiek stopniu prawdziwa, ale z pewnością jest ona pochłaniająca literacko.

Czytaj dalej „Saturn – Jacek Dehnel”