Opowieści z meekhańskiego pogranicza: Północ – Południe – Robert M. Wegner

meekhan-ppMogę obwiniać wyłącznie siebie, skoro do czytania wybrałem coś, co w tytule ma opowieści, a nie opowieść w liczbie pojedynczej. Nie byłem więc szczególnie zaskoczony, gdy okazało się, że Opowieści… (przecież nie będę za każdym razem pisał pełnego tytułu książki, co nie?) to tak naprawdę zbiór opowiadań, a ja przecież fanem opowiadań nie jestem, delikatnie rzecz ujmując. W ogóle chyba nie przepadam za krótkimi formami literackimi i dla odreagowania będę musiał za chwilę zaopatrzyć się w jakąś opasłą powieść, minimum tysiąc stron. Albo tysiąc dwieście, co sobie będę żałował. Z moim tempem czytania to zajęcie na miesiąc i prawie jak detoks od krótkich form. No, ale to pieśń przyszłości, a tu i teraz mamy pierwszy tom opowiadań o przydługim tytule autorstwa Roberta M. Wegnera, z tym, że nikt tak naprawdę nie wie od czego jest ten skrót M., bo pisarz wymyślił sobie taki pseudonim i co mu zrobisz. Nie do końca przemawia do mnie też sama idea posługiwania się pseudonimem przy jednoczesnych publicznych wystąpieniach, ale pisarzem nie jestem, więc co ja tam mogę wiedzieć. Może autor ma mało reprezentatywne nazwisko, z którego koledzy w szkole się śmiali? ALBO może wcześniej podpisywał się nim pod jakimiś opowiadaniami porno i teraz boi się, że ktoś go z tamtą niechlubną twórczością połączy, więc potrzebny był pseudonim? A przecież nie ma się czego wstydzić, bo tego rodzaju opowiadań jest pełno w Sieci i jeszcze przed Erą Szybkich Łącz i Darmowych Serwisów Z Filmami Porno (piękne mamy obecnie czasy, by w nich żyć) to właśnie te erotyczne historyjki dostarczały sporo rozrywki, a nawet fizycznej przyjemności. Coś, czego najlepsze opowiadania fantastyczne nie są w stanie zapewnić czytelnikowi, mówię jak jest.

Czytaj dalej „Opowieści z meekhańskiego pogranicza: Północ – Południe – Robert M. Wegner”

Moja walka: Księga druga – Karl Ove Knausgård

Knausgard_Moja walka_t2_m_Mówią, że ten cykl stoi na półce co dziewiątego Norwega. Nie wiem czy ten wynik jest powodem do dumy, ale chyba tak, skoro się tym chwalą na okładce. Wygląda więc na to, że Knausgård od jakiegoś czasu jest w swojej ojczyźnie szeroko znanym autorem, no ale skoro ktoś potrafi poświęcić kilka lat na drobiazgowe opisanie w sześciu opasłych tomach własnego życia i zrobić to w co najmniej niezłym stylu, to chyba zasługuje na choćby krztynę zainteresowania. Księdze pierwszej, z którą szarpałem się ponad rok temu, udało się podsycić we mnie jakiś apetyt i ciekawość, a przecież nie można napisać, że Knausgård prowadzi widowiskowe życie i o jego codzienności czyta się z wypiekami na twarzy. Nie. W takim razie co skłoniło go do opisania swojego nieciekawej codzienności i podjęcia karkołomnej próby zainteresowania tym czytelników? Do tego będziemy pewnie dochodzić w trakcie kolejnych tomów, jednak już teraz mogę uznać, że mu się udało, skoro cykl zaczął z powodzeniem zajmować miejsce nie tylko na norweskich półkach. To chyba jakiś rodzaj ewenementu literackiego, który przy okazji obnaża we mnie i wielu innych czytelnikach skłonność do podglądactwa czyjegoś życia, koniecznie podanego w ponadprzeciętnej formie. Niektórzy nazwaliby to jakimś zboczeniem, ale to raczej coś w rodzaju chęci porównania własnego życia z czyimś i poszukiwania w nich wspólnych (nawet uniwersalnych) cech, a także próba ujęcia w słowa różnych emocji oraz uczuć. Bo gdzie szukać inspiracji i chwili na zadumę, skoro życie bohaterów „Na Wspólnej” obfituje w codzienne ekscesy, romanse, zbrodnie i nie ma nawet czasu na zastanowienie? A u Knausgårda nic się nie dzieje. I gdy – dajmy na to – Jurek z „Klanu” wychodzi na spacer, to można się spodziewać, że w trakcie zostanie napadnięty, albo chociaż uratuje kogoś z pożaru, kotka przynajmniej. A Karl Ove wychodzi na spacer, spaceruje i – niespodzianka! – wraca do domu. Sami oceńcie, która codzienność jest Wam bliższa.

Czytaj dalej „Moja walka: Księga druga – Karl Ove Knausgård”

Dostatek – Michael Crummey

dostatekTak szczerze, między nami: ilu kanadyjskich pisarzy mieliście okazję czytać? Gdyby się okazało, że kilku, to utrudnię pytanie, byście nie poczuli się zbyt oczytani: a ilu znacie kanadyjskich pisarzy urodzonych na Nowej Fundlandii? I co, już trudniej? Tak, jest taka wyspa, nie wymyśliłem jej sobie. Słynie ona z rybołówstwa i… no, to w zasadzie kończy listę jej osiągnięć, choć może się nieco zagalopowałem i „słynie” to też zbyt mocne określenie. Nowa Fundlandia w teorii należy do Kanady, lecz ich związek można trafnie scharakteryzować jednym sformułowaniem: razem, ale osobno. Jak się pewnie już domyśliliście, Michael Crummey urodził się na Nowej Fundlandii, jest z tego dumny i jego dokonania prozatorskie chochlami oraz wiadrami czerpią z wyspiarskich tradycji, wierzeń, legend. Samo to powinno stanowić wystarczającą inspirację i zachętę do zainteresowania się jego powieścią, ale jeśli odkrywanie nowych Literackich Lądów kogoś nie przekonuje, to niżej postaram się przytoczyć więcej argumentów (uprzedzając pytania: tak, w powieści są też sceny). A ostrzegam, że po lekturze Dostatku mam w moim bezcennym notesiku całe trzy strony spisanych zalet tejże powieści, więc mogę nimi strzelać bez opamiętania. Zdaję sobie sprawę, że czytelniczych oporniaków i tak nie przekonam, ale właściwie po co ja się przejmuję? Przecież nie ja będę stratny i mojego zachwytu nie umniejszy to ani ciut ciut. A inni się nie znają i kto nie przeczyta, ten trąba.

Czytaj dalej „Dostatek – Michael Crummey”

Moja walka: Księga pierwsza – Karl Ove Knausgård

Knausgard_Moja walka_t1_mSam nie wiem. Niby nie przepadam ani za biografiami, ani ich podgatunkiem z przedrostkiem auto-, ale w przypadku Knausgårda zadziałał jakiś inny mechanizm, który nie pozwolił mi zignorować jego dzieła. Bo tak trudno przegapić autobiografię szczelnie wypełniającą sześć tomów (czyli około 3,5 tysiąca stron) oraz sprzedanej w nakładzie, na wydrukowanie którego zapewne trzeba było ściąć średniej wielkości las w Norwegii. Ale to nie w statusie skandynawskiego bestsellera upatruję magnetycznej siły przyciągania Mojej walki. Pomijam również oczywistą ciekawostkę w postaci prowokacyjnego tytułu, który w Niemczech musiał być zmieniony, wszak tam już jakiś mało znany literat swoją walkę opisał. Nie. Siła autobiografii (a raczej powieści autobiograficznej) Knausgårda jest zasadzona w wartościach czysto literackich, przynajmniej na to się zanosiło przed lekturą, a z każdą napotkaną opinią umacniałem się w postanowieniu, że Mojej walki skosztuję. Być może się kwaśno skrzywię, w najgorszym razie zadławię, ale nie wybaczyłbym sobie, gdyby dobra literatura takich gabarytów przeszła mi koło (nieco zbyt szpiczastego) nosa. Bo nie oszukujmy się: nazwisko Knausgård przeciętnemu polskiemu czytelnikowi mówi tyle co sugestywne i pojemne NIC, więc kogo mogłyby interesować dzieje jego życia? I natychmiastowa odpowiedź: nikogo, jeśli nie będą podparte czymś naprawdę mocnym – warsztatem pisarskim, kontrowersyjnymi fragmentami, bezwzględną szczerością wobec samego siebie i bliskich. I o ile dwa pierwsze elementy to kwestia gustu, tak nie można Knausgårdowi odmówić pewnej dosadności, brutalności wręcz, w rozliczaniu się z rodziną, znajomymi, ale przede wszystkim z własnymi wspomnieniami i samym sobą. Przygotujcie się na literacki ekshibicjonizm pierwszej jakości.

Czytaj dalej „Moja walka: Księga pierwsza – Karl Ove Knausgård”

W komnatach Wolf Hall – Hilary Mantel

w komnatach wolf hallDla mnie to niezrozumiałe. Przecież ja nigdy nie lubiłem historii, zawsze nużyły mnie wątki dotyczące kolejnych monarchów, a oni sami z czasem zaczęli zlewać się w mojej świadomości w jedną i mdłą bryłę bez wyraźnego kształtu. Nie odróżniałem królów angielskich od tych francuskich, czy hiszpańskich – jeden szrot. Tym większą tajemnicą dla mnie jest, że kolejny raz sięgam po powieść historyczną, a potem jestem trochę zawiedziony, że nie było w niej złego czarnoksiężnika, elfów, czy – nie wiem – smoka jakiegoś chociaż. Za to mamy XVI wiek, deszczową Anglię i władającego nią Henryka VIII z dynastii Tudorów. Zestaw o znacznie mniejszym potencjale i chyba jednak wolałbym ten pierwszy, ale trudno, co zrobić. Sam Henryk – z racji swojej imponującej kolekcji sześciu żon – już niejednokrotnie był bohaterem licznych dzieł literackich i filmowych. Nie zrozumcie mnie źle: może i był on dobrym władcą, zapewniał dobrobyt podwładnym, dawał im bezpieczeństwo i poczucie sprawiedliwości, wygrywał jakieś bitwy, modnie się ubierał, ale nadal przede wszystkim miał sześć żon. Łał. Kiedy jedna mu się znudziła, zmieniał ją na nową, często naginając przy tym prawo – jak bardzo odjazdowym trzeba do tego być? I nieważne, że wszystkie były albo jednakowo brzydkie, albo szesnastowiecznym portrecistom brakowało talentu. Liczy się wynik. Hilary Mantel była chyba świadoma, że każdemu wystarczająco zainteresowanemu historią czytelnikowi żywot Henryka VIII jest znany, postanowiła więc przemieścić nieco środek ciężkości wydarzeń, odsunąć się od Tudora i spojrzeć na wszystko z nowej, świeżej perspektywy. Kto udźwignie tego rodzaju ciężar? Oczywiście, że osobisty doradca monarchy i niezdzieralny wulkan energii w jednym: Tomasz Cromwell! Co? Że nie wiesz kto to? Uf, myślałem, że tylko ze mnie taki nieuk. Lepiej kojarzyć Natalię Siwiec znaną z tego, że jest znana, niż jakiegoś tam Krąłela, słuszna postawa.

Czytaj dalej „W komnatach Wolf Hall – Hilary Mantel”

Terapia narodu za pomocą seksu grupowego – Arundati

Rozumiem powody i sens ukrywania się pod pseudonimem. Sam korzystam z tej wygodnej możliwości, bo aż trudno mi sobie wyobrazić ten skandal i ostracyzm wśród znajomych, gdyby się wydało, że czytam książki. Co za zboczeniec. Arundati wyszła zapewne z tego samego założenia i dla wygody innych, a przede wszystkim własnej, wygrzebała sobie pseudonim, by nim podpisywać swoją ekspresyjną i szczerą twórczość. Na wstępie trzeba wszak wiedzieć, iż książka ta najpierw ukazywała się fragmentami na blogu autorki. Dopiero kiedy forma tegoż się nieco wyczerpała (a Arundati najprawdopodobniej nasyciła swój ekshibicjonizm) wtedy całość ukazała się drukiem, a sam blogasek został usunięty. Posunięcie marketingowo słuszne, choć sam należę do osób, które mając do wyboru wersję elektroniczną i papierową, bez zastanowienia sięgają po coś namacalnego. Inna sprawa, że w Sieci, jak w naturze – nic nie ginie i nie trzeba być wybitnym hakerem, by dotrzeć do tamtych (wprawdzie niekompletnych, ale jednak) materiałów.
Dodatkowym pretekstem do ukrycia się pod pseudonimem może być fakt, że ponoć Arundati jest (a może już nie?) związana z szeroko rozumianym polskim show-biznesem. W jakim stopniu i czy w ogóle jest to prawdą, trudno osądzać, ale chyba nie warto się nad tym dłużej zastanawiać, bo absolutnie nie ma to znaczenia dla przeciętnego czytelnika. Zabieg z pseudonimem niesie jeszcze jedną zaletę: zaoszczędzi wszystkim nadpobudliwym wielogodzinnego przeczesywania książek telefonicznych w poszukiwaniu namiarów autorki.

Odwlekałem, odwlekałem, ale w końcu muszę to napisać. Tak – ta książka jest o seksie. Już. Wyrzuciłem to z siebie i nawet nie bolało.

Czytaj dalej „Terapia narodu za pomocą seksu grupowego – Arundati”

Drood – Dan Simmons

„Chuja się znasz.” – pochwalił w komentarzu moją opinię o „Hyperionie” anonimowy czytelnik. Nieistotne jak bardzo obojętny i niewzruszony bywam, to zawsze miło jest przeczytać dobre słowo, być poklepanym po cyber-plecach przez całkowicie obcą osobę po drugiej stronie kabla. Też jestem próżny, łasy na komplementy, choć zazwyczaj zbywam je milczeniem i rumieńcem. W tym przypadku zabrakło jednak anonimowemu czytelnikowi nieco siły i bogactwa argumentów, bym pod wpływem jego komentarza sięgnął po powieść po raz drugi i zagłębił się w nią na tyle, na ile (wg Anonima) zapewne zasługuje. Bywam też uparty. Jednak Simmonsa nie skreśliłem, bo rzadko zrażam się definitywnie do jakiegokolwiek autora. Toteż Dan Simmons, znany szerzej jako Ten, Który Napisał Hyperiona, ponownie znalazł się najpierw w moim plecaku, potem na półce (na której i bez niego jest ciasno), a następnie w moich czułych dłoniach, na moim łóżku i gdzie tam jeszcze zdarzyło mi się podejmować lekturę. Ale to całkowicie inny Simmons i za nic bym go nie rozpoznał w tych szatach, gdyby nie nazwisko umieszczone na okładce! Jego metamorfoza tematyczna i gatunkowa jest dla mnie najmilszym zaskoczeniem literackim ostatnich miesięcy. Nieprzemawiająca do mnie sci-fi poszła do kąta, a autor na tapet wziął rzeczywiste wydarzenia z przeszłości i osnuł wokół nich fabułę swojej powieści.
„Tajemnica Edwina Drooda” była ostatnim, choć niedokończonym dziełem Charlesa Dickensa i wśród fanów jego twórczości jest ona otoczona swego rodzaju kultem. Zastanawiają się oni, na ile Edwin Drood był postacią autentyczną i doszukują się spisku w fakcie, że Dickens zmarł, nim zdążył dokończyć pisanie. Tak jakby ludzie umierali jedynie według ścisłego planu. Simmons postanowił wrócić do ostatnich lat życia tego słynnego pisarza, którego kolejne powieści idealnie wpisywały się w ówczesny nurt popkultury (gdyby tylko wtenczas taki nurt istniał), a on sam był witany przez fanów na Wyspach niczym Beatlesi i David Beckham razem wzięci. W jakich okolicznościach powstawała „Tajemnica Edwina Drooda”? Co było inspiracją i motywacją pisarską Dickensa? Zaręczam, że to jedne z najmniej intrygujących pytań, na które spróbuje w „Droodzie” odpowiedzieć Simmons.
I w związku z tym okryjcie się ciepło kocem, bo będą dreszcze.

Czytaj dalej „Drood – Dan Simmons”

Trzy sekundy – Börge Hellström, Anders Roslund

Nie uwolnimy się. Z półek atakuje nas skandynawska literatura. Z lodówki wypadają kolejne tomy szwedzkiej i norweskiej powieści. Media donoszą o każdym nowo koronowanym królu skandynawskiego kryminału, bo rotacja na tronie większa niż w ochronie kas Tesco. Można się irytować, można się z tego śmiać, ale można również postawić stówę przeciw garści orzechów, że się nie uwolnimy. „Trzy sekundy” to podobno zdobywca tytułu najlepszej szwedzkiej powieści kryminalnej 2009 roku, ale kto by ich tam sprawdzał, czy rzeczywiście tak było i co za autorytet tak zadecydował. Niemniej ciekawe, że dopiero teraz, po trzech latach, ukazuje się polski przekład powieści. I choć „Trzy sekundy” figurują w bibliografii autorów jako piąta część cyklu (z czego po polsku ukazały się trzy, a czwarta z niezrozumiałych przyczyn została pominięta) to z powodzeniem i bez poczucia dyskomfortu można czytać ją jako samodzielne dzieło. A już na wstępie przyznam szczerze, że przeczytać warto. Powieść Roslunda i Hellströma może bowiem się pochwalić swoistym magnetyzmem, za którym nieco tęskniłem od czasu Larssona. Tak! Właśnie w pełni świadomie porównałem „Trzy sekundy” do trylogii Millenium (prawdopodobnie już uznanej za dobro narodowe Szwecji). Nie w kwestii tematyki, bo to bardziej thriller, niż kryminał, ale w potencjalnej zdolności do przyciągnięcia wzroku czytelnika, że to tak skomplikowanie nazwę. No, cholernie dobrze się to czyta, po prostu.

Czytaj dalej „Trzy sekundy – Börge Hellström, Anders Roslund”

Córka łupieżcy – Jacek Dukaj

Istnieje teoria (a istnieje, bo ją wymyśliłem przed momentem), że krótkie powieści są odpowiednie dla czytelnika, który chciałby poznać danego autora – sprawdzić jego styl, wiedzę, zakres wyobraźni. No, przekonać się, czy pisarz mu „leży”. Ale to tylko teoria, bo mała objętość książki może także ograniczać walory autora, który potrzebuje przestrzeni, by rozwinąć skrzydła swojej imaginacji, rozłożyć przed czytelnikiem dywan erudycji i pozwolić mu się po nim przechadzać. Gdybym rozpoczął znajomość z Jackiem Dukajem od „Córki łupieżcy” to najprawdopodobniej nie sięgnąłbym po żadną inną jego powieść. Nie dlatego, że „Córka łupieżcy” jest słaba, czy nie reprezentuje godnie autora, o nie. Po prostu ja innego Dukaja pokochałem – Dukaja obszernego, z rozwiniętymi wątkami, wieloma drugoplanowymi postaciami, przerażającego początkującego czytelnika już od pierwszej strony. „Córka łupieżcy” spełnia jedynie ten ostatni warunek, a przy monumentalnym „Lodzie” (inicjującym moje czysto heteroseksualne uczucie do autora), prezentuje się jak zaledwie jakiś szkic. Jak opowiadanie, które aż prosi się o rozbudowanie pomysłów w nim zawartych, nadanie wielowymiarowości bohaterom w nim występujących i dodanie paru wątków, ku uciesze czytelnika. Mojej uciesze.

Czytaj dalej „Córka łupieżcy – Jacek Dukaj”

Wada ukryta – Thomas Pynchon

W ramach cyklu „Spotkajmy się z pisarzami, którzy spotkać się z nami nie chcą” przedstawiam Thomasa Pynchona. Jeśli Cormac McCarthy jest uznawany za tajemniczego autora, to jak należałoby określić Pynchona (urodzonego w 1937 roku), którego ostatnie oficjalne zdjęcie pochodzi z czasów studenckich? Skromny? Intrygujący? Aspołeczny? Jakkolwiek by go jednak nie nazwać, nie zmieni to faktu, że szeroko rozumiana krytyka okrzyknęła Pynchona wielkim współczesnym powieściopisarzem amerykańskim, ustawiając go w jednym szeregu między innymi z McCarthym właśnie. Ponieważ nie wierzę na słowo ludziom, których namacalnie nie znam, postanowiłem osobiście przekonać się co do trafności tej charakterystyki. „Wada ukryta„, najnowsza powieść autora, która trafiła w me dłonie całkowicie nieoczekiwanie, była ku temu okazją nie do pogardzenia i choć wolałbym znajomość z Pynchonem zacząć od którejś z jego wcześniejszych i szerzej zachwalanych powieści („Tęcza grawitacji„, „Mason i Dixon„), to jednak nie zawsze dostajemy to, na co zasługujemy. I nie zawsze zasługujemy na to, co dostajemy. Czyli równowaga jest zachowana. Spójrzmy więc.

Czytaj dalej „Wada ukryta – Thomas Pynchon”

Pigmej – Chuck Palahniuk

Co wspólnego mają Chuck Palahniuk i J. R. R. Tolkien? Pozornie niewiele, poza niezaprzeczalnym faktem, że obaj w życiu złożyli mnóstwo literek obok siebie, z czego powstała mniej lub bardziej udana proza. Natomiast osobiście zawdzięczam im znacznie więcej, wszak to właśnie ci dwaj dżentelmeni wytargali za rękaw z piwnicy moją chęć do czytania. Biedaczka siedziała w tej ciemnicy latami, od kiedy zamknął ją tam i przetrzymywał (niczym Josef Fritzl córkę) kanon lektur szkolnych. Nie chciałbym utyskiwać, ale kiedy z „polaja” groziła gała na koniec roku, to moja chęć lektury była ofiarą nawet gwałtów, bo ocenę jakoś podciągnąć trzeba było. Matka z każdej wywiadówki przychodziła do domu przytłoczona moimi jedynkami i napakowana frazesami z gatunku „pani syn jest zdolny, ale leniwy”. To wynik miłosierdzia ciała pedagogicznego, bo nie każdy nauczyciel miał odwagę rodzicowi wyznać, że jego pociecha, krew z krwi, kość z kości, jest idiotą, który woli cyrklem na ławce grawerować męskie narządy płciowe, niż posłuchać mądrzejszych, próbujących go czegoś nauczyć.
Wracając jednak do meritum: po lekturze „Fight Clubu” odżyło we mnie przekonanie (wyniesione jeszcze z dzieciństwa otoczonego miliardem komiksów), że nieprzymuszona lektura książki może stanowić potężną pożywkę dla wyobraźni i generować sporo różnorakich emocji oraz satysfakcji. W kolejnych powieściach Palahniuka dostrzegam oczywiście pewien szablon, ale daleki jestem od nazywania Chucka pisarzem jednej powieści, bo i z takimi opiniami się spotykam. Specyfika jego stylu, w moim odczuciu, już zapewnia pewien poziom, poniżej którego Palahniuk nie schodzi. Cynizm, czarny, bardzo czarny humor, bezkompromisowość i brutalność językowa, nieodłączna drwina skierowana w stronę codzienności konsumenckiej (przede wszystkim amerykańskiej), odwaga w poruszaniu tematyki wszelakich używek (niekoniecznie tradycyjnych) oraz seksu (również rzadko kiedy tradycyjnego, pozbawionego niecodziennych zboczeń, sodomii i w ogóle) – oto mocno ogólna charakterystyka stylu Palahniuka. Mnie tego rodzaju przekrój satysfakcjonuje, więc trudno się dziwić, że każdą jego świeżo wydaną na naszym rynku powieść ściągam z półki księgarni, nawet nie zaglądając do środka i rzucam z hukiem na ladę przy kasie. Pozdrawiam atrakcyjne kasjerki.

Czytaj dalej „Pigmej – Chuck Palahniuk”

Miasto i miasto – China Miéville

Nagroda Hugo. Nagroda Locusa. Nagroda im. Arthura C. Clarke’a. Nagroda British Science Fiction Association. Nagroda World Fantasy. Nagroda Cybernetycznej Brokuły. Nie wiem czy istnieją na świecie jeszcze jakieś inne nagrody z dziedziny fantastyki (poza wymienionymi powyżej; no dobra – ostatnią wymyśliłem sam), ale China Miéville chyba nie może czuć się niedoceniony – jego „Miasto i miasto” zgarnęło większość znaczących w skali globalnej wyróżnień. Jurorów nie zraziło nawet co najmniej nietuzinkowe imię pisarza. Osobiście byłem swego czasu święcie przekonany, że kryje się pod nim kobieta. Gdy któregoś razu ujrzałem jego zdjęcie na tylnej okładce książki, pomyślałem w pierwszej chwili: „o! to ona jest łysa”. No co? Niewyraźne było, nie moja wina.
Taka tam anegdotka.
Czym bezwłosy Miéville podbił serca członków jury? „Miasto i miasto” należałoby dla potrzeb recenzji podzielić na dwie warstwy. Pierwszą byłaby powłoka kryminalna, bo jakby nie kręcić, to dupa i tak z tyłu, więc inaczej jak thrillerem kryminalnym wprost nie sposób tej powieści nie nazwać. Do oceny tego elementu za moment przejdziemy. Drugą powłoką „Miasta i miasta” jest tytułowe miasto. I drugie tytułowe miasto. Nie nadążasz? Przywyknij, bo przez pierwsze kilkadziesiąt stron samej powieści też prawdopodobnie nie dotrzymasz kroku autorowi. Aż do czasu gdy na pewnej pogodnej stronie, w trakcie któregoś słonecznego akapitu spłynie na Ciebie promień zrozumienia oraz doznasz olśnienia, niczym sarna oślepiona reflektorami nadjeżdżającego samochodu. Nie skończy się boleśnie, bez obaw, ale wyobraźnia zerwie się z łańcucha i na brak pożywki narzekać nie powinna.

Czytaj dalej „Miasto i miasto – China Miéville”

Tajemnice ciała – Frank Gonzales-Crussi

Wciąż ta beletrystyka, powieści, opowiadania, nowele. Przyznaję, mój horyzont zainteresowań nie wykracza daleko poza zakres literatury pięknej, nawet poezji unikam. Po prostu nie przepadam. Jak to mówią, jeden lubi pomarańcze, a drugi jak mu stopy śmierdzą, nie oceniajcie mnie. To wszystko jednak nie oznacza, iż nie obserwuję wydawnictw odległych gatunkowo od moich zamiłowań. Za „Tajemnice ciała” wziąłem się z pełną premedytacją, w ramach metaforycznej odskoczni. Nie tylko, bo z drugiej strony przyznaję, że tematyka sama w sobie również mnie zainteresowała, gdyż nigdy zbyt wiele ciekawostek dotyczących tego worka pełnego gnatów i flaków, którego tak dumnie zwiemy ciałem. Jednak pytanie zasadnicze: czy książka popularnonaukowa dotycząca medycyny może być interesująca dla kogoś poza studentami tejże i doktorem Lubiczem? Oczywiście, że może, jeśli tylko dowolny autor wyjdzie ze słusznego założenia, opanuje swoje zboczenie zawodowe oraz ograniczy słownictwo i pojęcia, którymi posługuje się na sympozjach, czy w pijackim amoku, kiedy proponuje partnerce wycięcie appendix vermiformis na kuchennym stole. I tak, Gonzales-Crussi wiedział co czyni, dostosował się, a w wyniku tego możemy poznać parę fascynujących anegdot dotyczących rozwoju medycyny na przestrzeni wieków. Opisanych lekkim stylem, bez zawodowego zadęcia, z humorem i dystansem.
A wiedziałeś na przykład, że kobiety co miesiąc, w regularnych cyklach krwawią z macicy?
Taaa? Wiedziałeś?
Akurat…

Czytaj dalej „Tajemnice ciała – Frank Gonzales-Crussi”

1Q84 (tom 1) – Haruki Murakami

Do zapoznania się ze skośnookim Murakamim przymierzałem się od pewnego czasu. Bo sporo dobrego o nim czytałem. Bo miałem ochotę na literaturę o azjatyckim kolorycie. Bo dlaczego nie? Okazja przyszła do mnie sama, gdy ukazał się świeży „1Q84”, pierwszy tom intrygująco zapowiadającej się powieści, która w samej Japonii osiąga imponujące nakłady, a małe, żółte ludziki czytają jak opętani. Nie dziwota więc, iż po dodatkowym zapoznaniu się z notką z okładki oczekiwałem, że będę miał do czynienia z fascynującą treścią. Teraz, będąc już daleko po lekturze, jestem jednocześnie równie daleko od zachwytu. Ciężko mi w tej chwili oceniać na podstawie jednej powieści (a w zasadzie jej fragmencie, bo to trylogia), co takiego widzą czytelnicy w twórczości Murakamiego. Zrozumiałbym jeszcze, gdyby „1Q84” otrzymywał niskie noty, a wszelacy recenzenci byli dalecy od podniety, ale dotychczas spotykałem się jedynie z pozytywnymi opiniami. Inna sprawa, że zazwyczaj autorstwa kobiety. Może wymagałem zbyt wiele, może problemem jest moja płeć i inny rodzaj podejścia do literatury, jednak to nie zmienia faktu, że srogo się rozczarowałem. Inicjację z Murakamim mógłbym porównać jedynie do pierwszego stosunku (nie żebym go już miał za sobą, ale dużo o nim czytałem) – niecierpliwe oczekiwanie na mistyczne przeżycie, a w rezultacie dwa, trzy pchnięcia, plum!, ciężkie westchnięcie, zakładam spodnie i ze spuszczoną głową wychodzę.

Czytaj dalej „1Q84 (tom 1) – Haruki Murakami”

Niewidzialni Akademicy – Terry Pratchett

Kilka najświeższych książek z serii Świata Dysku, w mojej opinii, można śmiało oceniać z tendencją zwyżkową, bo najwyraźniej Pratchett z kolejnymi latami na karku nie traci wcale animuszu, pomysłów, ani ciętej klawiatury. Dawno temu odpuścił już sobie cykl o wiedźmach i bardzo dobrze, bo był on mało rozwojowy. Mniej cieszy schowanie do piwnicy cyklu o Śmierci, ale rozpaczać nie ma nad czym, bo uroczy Żniwiarz zalicza rozbrajające, nieoczekiwane epizody w prawie każdej książce.
Cyklu o magach oficjalnie nigdy nie było. Owszem, pojawiali się i to obficie, ale zazwyczaj na drugim planie perypetii Rincewinda. Tym razem, Terry postanowił odwrócić proporcje. Miło z jego strony, prawda?

Czytaj dalej „Niewidzialni Akademicy – Terry Pratchett”

Pan Lodowego Ogrodu (tomy 1-3) – Jarosław Grzędowicz

okladka-640Do polskiej fantastyki mam uczucia dosyć ambiwalentne, bo w pewnym sensie przeraża mnie nawał publikacji z tej kategorii wyrzygiwanych co miesiąc. Prym tutaj wiedzie Fabryka Słów, która chyba za cel istnienia obrała sobie wydanie każdego, nawet całkowicie nieczytalnego szamba z metką „fantastyka”, bądź „sci-fi”, dla niepoznaki opakowując to w oczojebne, zawierające wszystkie kolory tęczy okładki (choć przyznam, że niektóre są niezłe).  Czasami mam wrażenie, że każdy początkujący pisarz chwyta się za fantastykę. Nie wiem, może to dlatego, że łatwiej w niej wytłumaczyć nieścisłości logiczne, niesamowite zbiegi okoliczności i inne braki, bo przecież „to tylko fantastyka i w świecie, który wymyśliłem, takie rzeczy są możliwe”. Trochę to wygodne. Mimo to, co jakiś czas chętnie wbijam się w fantastyczne światy stworzone przez naszych rodaków, bo to w zasadzie jedyne, co od nich czytam. Największy problem z polską literaturą to fakt, że nie ma tutaj jakiegoś sita odcedzającego z grubsza szmirę od poprawnie napisanej książki. W Polsce nikt nie wyda słabej powieści nieznanego rosyjskiego pisarza, natomiast słabą powieść polskiego pisarza owszem. Nigdy nie ma w takim przypadku pewności, że ktokolwiek, pomijając samego autora, przeczytał tę książkę. Ktoś, kto by mu powiedział „ej, niezłe gówno żeś napisał, serio chcesz to wydrukować?”. Książkę spoza naszej granicy przeczytał zawsze przynajmniej tłumacz. A to już coś.
No dobra, wystarczy tego jadu, bo oto mamy do czynienia z powieścią przynajmniej poprawną. Zapraszam do Lodowego Ogrodu.

Czytaj dalej „Pan Lodowego Ogrodu (tomy 1-3) – Jarosław Grzędowicz”