Moja walka: Księga trzecia – Karl Ove Knausgård

Moja walka 3Chyba popełniłem błąd. Nie trzeba było się porywać na opisywanie każdego tomu z osobna, bo teraz muszę iść za ciosem, zdać relację z Księgi trzeciej, a w perspektywie mam jeszcze kolejne trzy. Nie wiem o czym zamierzam w nich pisać, prawdopodobnie będę musiał wspiąć się na wyżyny improwizacji i wodolejstwa, a do tego dorzucić jakieś roznegliżowane fotki (ale nie swoje, bo szanuję wzrok czytelników bloga) i być może uda mi się kogokolwiek zainteresować tekstem. Ale nie martwmy się na zapas i zajmijmy się tymczasem tomem trzecim, w którym to przestaję Knausgårdowi w niektórych momentach wierzyć, chociaż na tę chwilę zostawię temat, ale obiecuję wrócić do niego później, ok? Bo czym jest cykl Moja walka to chyba nie muszę już nikomu tłumaczyć. Gdyby jednak: to autobiograficzna podróż przez życie i wspomnienia norweskiego pisarza – wyprawa pozbawiona stylistycznych ozdobników, boleśnie szczera, uderzająca prosto i celnie w bliskich autora, ale najczęściej w jego samego. Taki trochę literacki masochizm Knausgårda, a skoro ktoś się przede mną w ten sposób otwiera, to uznałem, że ludzki odruch wymaga, by poświęcić mu chwilę uwagi. Ale tylko chwilę, bo – umówmy się – ja nawet gościa nie znam osobiście, więc nie przesadzajmy z tą empatią.

Czytaj dalej „Moja walka: Księga trzecia – Karl Ove Knausgård”

Reklamy

Snuff – Chuck Palahniuk

Snuff_Chuck-PalahniukNaturalnie, że obejrzałem w życiu trochę filmów porno. Trochę więcej, niż trochę. Co ciekawe – chyba żadnego w całości, ale to pewnie nie tylko ja. Być może nie zabrzmi to najlepiej, ale przed erą powszechnego Internetu odbywały się organizowane wspólnie z kolegami seanse, kiedy to szturmowaliśmy wypożyczalnię kaset wideo i gremialnie wybieraliśmy z niepozornego, ukrytego w kącie segregatora najlepiej zapowiadający się według okładki film. Dyskusja była burzliwa: „o, są podwiązki, bierzemy ten”, „nie, włoski, musi być włoski, włoskie są najlepsze”, „w tym jest Sylvia Saint, ja bym go wziął”, „patrzcie na te pielęgniareczki” i takie tam. Wstydu nie mieliśmy, a pani zza lady tylko przewracała oczami. Potem zgrzewka piw, przewijanie od sceny do sceny (jeśli był pilot to luksus, jeśli nie, to najmłodszy za karę siedział przy odtwarzaczu, dusząc przyciski) i żywa wymiana opinii dotyczących gry aktorskiej, montażu, a także fabuły. Istny kącik krytyków filmowych i rozrywka prawdziwych mężczyzn, dla których był to jedyny kontakt z seksem na jaki mogli sobie pozwolić. Uprzedzam pytania: nie było porównywania długości członków i wspólnej masturbacji, nie byliśmy ze sobą aż tak blisko, choć każdy dyskretnie obserwował krocze kolegów, czy aby nie robi się za ciasne. Łezka się w oku kręci na wspomnienie. Ale wystarczy już mojego ekshibicjonizmu emocjonalnego, bo Palahniuk też obejrzał w życiu sporo filmów dla dorosłych, a dodatkowo mocno zainteresował się kulisami branży. Efekt? Powstała powieść poświęcona w całości filmom pornograficznym, ale czad. I jak to u Palahniuka – będzie zabawnie, będą przemycone w tekście branżowe niuansiki i ciekawostki, nie obędzie się bez ironicznej krytyki, będzie też nad wyraz brawurowo i obscenicznie.

Czytaj dalej „Snuff – Chuck Palahniuk”

Iggy Pop. Open Up and Bleed – Paul Trynka

iggy popPlan jest taki. Odpalasz YouTube, w wyszukiwarce wpisujesz słowa kluczowe: Stooges i 1970, a następnie w wynikach klikasz na filmik autorstwa mrsugarhotpants, ze względu na najlepszą proponowaną jakość nagrania. Istnieje też drugi plan, roboczo nazwany przeze mnie planem B, w którym to korzystasz z mojej wspaniałomyślnej postawy i klikasz na odpowiedni sznureczek, który sprytnie ukryję pod wyrazem LINK. Na jedno wychodzi, ale niektórzy lubią wyzwania, a inni pielęgnują swoje lenistwo. Niezależnie od wybranego planu podkręcasz głośność i wytrwale wysłuchujesz utworu, zastanawiając się, co ma reprezentować ten chaotyczny łomot oraz desperacki wrzask wokalisty, który najwyraźniej próbuje przekrzyczeć hałas instrumentów. Brudna, gęsta, klaustrofobiczna muzyka, ale kompletnie uodporniona na upływ czasu i po blisko czterdziestu latach nadal posiadająca to COŚ. Tak, uwielbiam ten kawałek. Uwielbiam całą płytę Fun house i regularnie od kilku lat do niej wracam. Perkusja i bas hipnotyzują monotonnym wręcz rytmem, a wyraźne (szczególnie w utworze Dirt) gitarowe riffy, sporadycznie próbują sabotować swoistą harmonię podkładu. O niespodziewanym pojawieniu się saksofonu w utworze 1970 nawet nie wspomnę, bo choć chwilami brzmi on jakby ktoś spuszczał powietrze z nadmuchanego balona (wiecie – tak rozciągając wentyl), to w tym szaleństwie jest metoda i trudno ten wariacki fragment określić inaczej, jak małym dziełem sztuki. Ale, ale! Przecież tam ktoś… chciałbym napisać, że śpiewa, ale to słowo zupełnie nie oddaje natury tych dźwięków. Najtrafniej byłoby to nazwać wrzaskiem, skrzekiem, a nawet szczekaniem. Tak, ktoś szczeka do mikrofonu. A to właśnie Iggy.

Czytaj dalej „Iggy Pop. Open Up and Bleed – Paul Trynka”

Niezwykła podróż Pomponiusza Flatusa – Eduardo Mendoza

Wyobraź sobie mężczyznę (choć łatwo powątpiewać w kwestii jego dojrzałości, za którą przemawia jedynie metryka) częściowo siedzącego, częściowo leżącego na skrzypiącym przy każdym poruszeniu krześle. Wyobraź sobie tego samego chłopka wpatrzonego w mrugający kursor na monitorze, głaszczącego czule klawiaturę z resztkami jedzenia między klawiszami. W końcu wyobraź sobie go odzianego w koszulkę z Myszkiem Miki i zajadającego gumisie Haribo z półkilogramowego zbiorniczka stojącego na biurku. Już? To było łatwe, prawda? Następnie odpowiedz sobie na pytanie, czy tego rodzaju twór wyobraźni mógłby być autorytetem w jakimkolwiek temacie. Na przykład literatury. Czy istnieje sposobność, by jego rekomendację potraktować poważnie? By jego nieuczesane myśli – spisane między pierwszym czerwonym a ostatnim białym gumisiem – były na tyle przekonujące, aby kogokolwiek zmusiły do sięgnięcia po daną lekturę? Jak na mój gust, to nie bardzo. Miej to na uwadze teraz i w przyszłości, a wszystkim będzie łatwiej. Ty się nie rozczarujesz przewracając ostatnią stronę powieści, a ja uniknę odpowiedzialności.
Dobra, sięgam po garść gumisiów i może wreszcie uda mi się napisać coś o książce Mendozy. Wypadałoby.

Czytaj dalej „Niezwykła podróż Pomponiusza Flatusa – Eduardo Mendoza”

Historia Edgara – David Wroblewski

Uwielbiam psy. Tak bardzo za nimi przepadam, że w kategorii zwierząt domowych stawiam je w hierarchii ponad żoną i dzieckiem. Stale przypomina mi się pewne retoryczne pytanie: gdybyś na kilka godzin zamknął w bagażniku samochodu żonę i psa, a następnie ich uwolnił, to które z nich zareagowałoby radością na twój widok? Czysta, bezwarunkowa miłość psa do właściciela jest nie do przecenienia i wielokrotnie możemy poczytać o jej wzruszających efektach. Wystarczy przytoczyć choćby historię psa Dżoka (jego pomnik stoi w Krakowie), synonimu wierności. Internet aż pęka w szwach od bogactwa świadectw dokumentujących niezwykłość tych stworzeń. Oczywiście, pies to musi być pies, a nie jakaś pokraczna miniaturka sarenki, głupia i szczekająca bezustannie pchła, ale to nie czas i miejsce na dyskusje na ten temat.
Czworonogów w naszym życiu nigdy nie brakowało i nie zabraknie. Już od wczesnych lat dziecięcych oglądaliśmy kolejne bajki z Reksiem, Scoobym-Doo, Plutem czy (ci bardziej zaawansowani wiekiem) Štaflikiem i Špagetką, zwanymi również Szczudlikiem i Bagietką. W tychże latach, bawiąc się na łące czy w piaskownicy, trafialiśmy na psie kupy, obtaczaliśmy je w piasku i rzucaliśmy nimi w kolegów. Literatura również nigdy raczej nie cierpiała na niedobór psich bohaterów, a „Pies, który jeździł koleją” był jedną z niewielu lektur, które przeczytałem w podstawówce. Toteż Wroblewski (niech nikogo nie zmyli polsko brzmiące nazwisko), w swojej debiutanckiej powieści kładąc nacisk na relacje człowiek – pies, oryginalny nie był. Jednak pal licho nowatorstwo, bo czytając o uczuciach między psem a właścicielem możemy być pewni, że dostrzeżemy bezdyskusyjnie szczerą miłość, przynajmniej z jednej strony. A to już coś, czego mogą pozazdrościć nawet najbardziej łzawe i wydumane romanse.

Czytaj dalej „Historia Edgara – David Wroblewski”

Podejrzenia pana Whichera: Morderstwo w domu na Road Hill – Kate Summerscale

Ambicją tej książki jest opisać wydarzenie sprzed półtora wieku tak, abyśmy dzisiaj czytali o nim z przejęciem. Podejrzenia pana Whichera podobno rozpoczynają nową serię wydawnictwa Wab, zatytułowaną „Zbrodnie prawdziwe”. Co z tego wyjdzie to nie wiem, ale po pozytywnych recenzjach postanowiłem dać szansę debiutantce Kate Summerscale i przekonać się co też ona tam takiego wysmażyła, bo nazwisko ma fajne. Piszę „debiutantce”, choć coś tam podobno wcześniej napisała, ale nie ukazało się to w polskim przekładzie, więc mogę udawać niedoinformowanego i tak sobie ją nazywać, niech mnie wytarga za ucho, skoro jej to nie odpowiada. Summerscale postanowiła uderzyć w całkiem wstrząsającą zbrodnię, bo brutalne morderstwo trzyletniego chłopca. Nic nie szokuje tak, jak ofiara w postaci małego brzdąca, który poza wrodzoną upierdliwością wieku dziecięcego nikomu krzywdy nie zrobił. Pod względem doboru tematu autorka najwyraźniej wiedziała co robi, choć na pewno miała w czym wybierać. Zbrodnia ta, jeśli wierzyć sprawozdaniom, w 1860 roku rozpaliła społeczeństwo najpierw okoliczne, aby rozprzestrzenić się z czasem i brakiem satysfakcjonującego rozwiązania na cały kraj. W mediach aż huczało od domysłów, opinii, hipotez i wersji wydarzeń z felernej nocy. Cały kraj ogarnęła szajba i „gorączka detektywistyczna”. Właśnie o przebiegu tej gorączki oraz śledztwa traktuje ta powieść. Czy i czytelnikowi udziela się ożywienie?

Czytaj dalej „Podejrzenia pana Whichera: Morderstwo w domu na Road Hill – Kate Summerscale”