Pobojowisko – Michael Crummey

pobojowiskoPo wrażeniach, jakie zostawiła po sobie wcześniejsza powieść autora (Dostatek; choć wcześniejszą jest ona jedynie w sensie ukazania się polskiego przekładu) było wyłącznie kwestią czasu, jak Crummey tu wróci. No i wrócił, zaskoczenia nic, null, nada. Jeśli wbić nazwisko kanadyjskiego pisarza w Google to wyskoczy nam portret gościa z fryzurą, jaką ja nosiłem w szkole podstawowej – w czasach kiedy włosy rosły mi wyłącznie na głowie i tego rodzaju uczesanie „na grzybka” (bądź „od salaterki”) było modne, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Crummey najwyraźniej na żaden podryw się nie wybiera i uznał, że nie musi być atrakcyjny. Nie żeby to było dla mnie ważne, bo nie jest, jednak wróciły obrazy z przeszłości i uznałem, że o tym wspomnę. Ale przestając już oceniać pisarza po jego powierzchniowości przypomnę, że moje pierwsze wieczory zapoznawcze z Crummeyem przebiegały niezwykle intensywnie pod względem zaangażowania i czytelniczych emocji, których w Dostatku było… no, pod dostatkiem. Wtedy to nawiedził mnie ździebko zapomniany i zaniedbany duch realizmu magicznego – tego wspaniałego, klasycznie folklorystycznego, najbardziej intensywnego realizmu magicznego obecnego w choćby Stu latach samotności (że podrzucę taki modelowy przykład). I za ten powrót wrażeń byłem autorowi wdzięczny, podobnie jak teraz za powrót zmory kiepskiego uczesania. A co do zaproponowania ma Pobojowisko?

Czytaj dalej „Pobojowisko – Michael Crummey”

2666 – Roberto Bolaño

bolano2666Zabrali nas kiedyś ciężarówkami na poligon wojskowy. Mocne słowa, bo jak dla nas to była zwykła, nieciekawa łąka na totalnym zadupiu, nie poligon. Trawa po pas, rzęsisty deszcz, a oni każą nam się czołgać: w hełmach, z kałachem i obwieszeni całym tym przestarzałym szmelcem. Łączą nas w pary i kolega ma odgrywać rolę rannego na polu bitwy kompana, którego ja muszę ciągnąć za szelki za sobą. Sam ledwo ruszam giczołami, nocnik zsuwa mi się na oczy, a oni oczekują ode mnie, że będę dodatkowo holował ważące ponad sto kilo zwłoki. W ramach motywacji strzelają nam nad głowami ślepakami, rozpylają gaz i zmuszają do założenia masek. Mógłbym się wczołgać w przepaść i pewnie nawet bym nie zauważył. Ciągnięty kolega świetnie się bawi, jedynie narzeka, że trochę mokro. Na półmetku następuje zmiana ról, więc z ulgą kładę się na plecach i pozwalam koledze tarmosić mnie po trawie. Teraz on stęka i co rusz mnie przypadkowo kopie, a ja krzyczę do niego: to na nic, zostaw mnie, ratuj siebie, powiedz mojej rodzinie, że ich kocham. Potem mamy jeszcze kilka atrakcji, aż w końcu kadra szkoleniowa się upija, a my w oczekiwaniu na transport, cali mokrzy i zziębnięci rozpalamy ognisko ze starych opon. Dym trochę gryzie w gardło, więc zakładamy maski przeciwgazowe i stajemy tak blisko ognia, że mundury nam parują. Nie zamierzam wnikać i zanudzać szczegółami, ale to był dzień, w który dostałem jeden z największych wycisków w życiu. A wspominam o tym, bo 2666 to taki literacki odpowiednik tamtego dnia. Już dawno żadna lektura tak mnie nie przeczołgała po swojej treści. Dawno nie byłem tak wykończony po ostatniej stronie – wyczerpany zarówno fizycznie jak i mentalnie. Co ciekawe, zapisuję to po stronie plusów.

Czytaj dalej „2666 – Roberto Bolaño”

To nie jest kraj dla starych ludzi – Cormac McCarthy

To-nie-jest-kraj-dla-starych-ludziMcCarthy to mój filar i ostoja literacka, bo za każdym razem, gdy zaczynam odczuwać swego rodzaju przesyt przeciętnością lektur, chwytam za grzbiet Cormaca i przełamuję nim szarą serię. To taka pewna i zaufana inwestycja, defibrylator na zwalniające swe bicie serce czytelnika. Jest jak szklanka zimnej wody w upalny dzień, jak pierwszy lajk na fejsbuku, jak zastrzyk gotówki dla pogrążonego w długach człowieka, jak prawdziwy (udany) seks z drugą osobą po miesiącach przedłużającej się masturbacji. Krótko mówiąc: sprawia, że chce się jeszcze te kilka dni dłużej pożyć. Wiem, że wyolbrzymiam, ale to jest takie śmieszne, takie dobre, że zostawię. Akurat ta powieść McCarthy’ego miała już kilka lat temu swoją polską premierę, jednak jakość tamtego przekładu – delikatnie mówiąc – pozostawiała wiele do życzenia. Będąc już mniej subtelnym dodam, że pierwsze tłumaczenie ssało po całej linii i pozostanie wielką tajemnicą, czy ktoś w ogóle próbował to ze zrozumieniem przeczytać przed wydaniem. Wstyd, hańba, skandal i schabowe bez panierki. Piszę o tym w ramach przestrogi, bo osobiście wolałbym przyłożyć twarz do rozpędzonego śmigła, niż czytać tamten przekład, w którym nawet dialogi były wyróżnione myślnikiem, a każdy fan McCarthy’ego wie, jak bezczelna to profanacja wobec oryginału. Skruszone wydawnictwo pochyliło głowę, wzięło się w garść i wydało To nie jest kraj dla starych ludzi ponownie, tym razem jak należy. A ja, również jak należy, dodałem książkę do swojej kolekcji.

Czytaj dalej „To nie jest kraj dla starych ludzi – Cormac McCarthy”

Złodziejka książek – Markus Zusak

zlodziejka-ksiazek_300Gdybym miał wskazać najbardziej wyeksploatowane tematy w literaturze, to jednym z pierwszych, jeśli nie pierwszym, byłaby II Wojna Światowa. Przyznaję, że płaszczyzna tego konfliktu jest bardzo nośna – w obliczu licznych dramatów z łatwością obnaża tę niekoniecznie chlubną naturę człowieka, dodatkowo jest zdolna pomieścić wszystkie emocje znane ludziom, bo okazji ku temu nie brakuje. Tło II Wojny Światowej w dużym stopniu jest dla literatury tym, czym nieszczęśliwa miłość dla muzyki pop –  obie problematyki są już tak sprane, że aż wyblakłe, jak moje dyżurne spodenki do brykania po domu. Z tą drobną różnicą, że moje wierne szorty mi się jeszcze nie znudziły. Gdzie więc szukać świeżości i czy w ogóle powinienem podejmować się lektury, która już w samych założeniach mnie nudzi? Ile jeszcze zniesie moja tolerancja na takie oczywistości, że żołnierze na froncie ginęli, cywile chowali się po ciemnych kątach, a Żydzi umierali na chyba wszystkie znane ludzkości sposoby (i zapewne kilka nieznanych)? Cenię okrucieństwo, ale w dokładnie wymierzonych dawkach, dodane dla kontrastu, ekscytująco zindywidualizowane. Zbyt wiele zła w ujęciu globalnym najpierw mnie przygnębia, następnie obojętnieje i staje się nudne. Trochę się więc złościłem, że Złodziejka książek zgarnia wszędzie tak pochlebne opinie, bo to bezlitośnie pchało mnie w jej objęcia, ale pomyślałem, że jeśli będzie to wystarczająco kameralna powieść, to nie może być tak źle. By nie sięgać daleko pamięcią: Morfina Twardocha też leży w niechcianych przeze mnie ramach czasowych, a w zasadzie nawet tego nie odnotowałem. Ryzyk-fizyk i czytam Złodziejkę książek, klasyfikowaną tu i tam jako literatura młodzieżowa (a nawet dziecięca!). Jednak nie jestem aż tak naiwny, by w to uwierzyć.

Czytaj dalej „Złodziejka książek – Markus Zusak”

Metro 2033 – Dmitry Glukhovsky

metro-2033Ponoć najtrudniej o te najprostsze pomysły. Bo przecież te wyrafinowane i skomplikowane same przychodzą do głowy podczas śniadania. Najczęściej są tak pogmatwane, że po prostu brakuje im sensu. Natomiast mam wrażenie, że argument o najprostszych pomysłach ma przede wszystkim na celu tłumaczyć nas samych i to, dlaczego sami na ten (jakże przecież banalny!) pomysł nie wpadliśmy. Nagle się okazuje, że ktoś to zrobił przed nami, a niech to. Odrębną kwestią jest to, co z tym pomysłem zrobimy, bo od suchej idei do jej zgrabnej realizacji długa droga. I trzeba wyraźnie stwierdzić, że koncepcja Glukhovsky’ego (bądź też swojsko brzmiącego Głuchowskiego) jest świetna. Prosta, ale jednocześnie ze sporym potencjałem do jej rozbudowy. Potwierdzeniem jest rozwijające się Uniwersum Metro, w którego skład wchodzi już kilkadziesiąt powieści różnych autorów (w większości rodaków Głuchowskiego, ale zdarzają się wyjątki), z czego kilka ukazało się w polskim przekładzie. Głuchowski najwyraźniej uznał, że w tych ciasnych tunelach wystarczy miejsca dla każdego i zachęcającym gestem zmotywował innych do rozwijania pomysłu, a sam jedynie udziela błogosławieństwa tym najlepszym tworom. Być może będzie okazja do tematu wrócić, ale póki co skupmy się na „Metro 2033” – powieści, od której wszystko się zaczęło. Bo o zagładzie ludzkości zawsze miło poczytać, by rankiem wstać do pracy i w jakimś stopniu żałować, że tej zagłady póki co nie widać na horyzoncie.

Czytaj dalej „Metro 2033 – Dmitry Glukhovsky”

Lubiewo bez cenzury – Michał Witkowski

lubiewoA pamiętasz tamten sklepik przy podstawówce, na każdej przerwie oblegany przez rozentuzjazmowanych chłopców w za dużych t-shirtach i z plecakami U.S. Army zarzuconymi po łobuzersku na jedno ramię? Pamiętasz, jakim powodzeniem cieszyły się zakupione w nim i jedzone na sucho zupki chińskie, ówczesny substytut czipsów? Otóż tego sklepiku już nie ma. W jego miejscu stoi śliczny, ale pusty skwer z dwiema ławkami naznaczonymi przypaleniami po papierosach. A przypominasz sobie przyszkolne podwórko i zawieszone na łańcuchach opony, na których huśtaliśmy się przy okazji każdej międzylekcyjnej przerwy, a nasze śmiechy doprowadzały do szaleństwa mieszkańców pobliskiego bloku? Miałem tam swoją pierwszą rozczarowującą „solówkę” (zapewne z jakiegoś błahego powodu), która bardziej przypominała homoseksualne macanko pijanych anorektyków, niż twardą, męską wymianę argumentów. W miejscu opon stoi obecnie domek z drewna o cukierkowych barwach, ale w zasięgu wzroku nie widać żadnego dziecka. Chyba nie zapomniałeś też „Zielonej sali” – obszaru boiska szkolnego z oficjalnym zakazem wstępu dla wszystkich uczniów, a to ze względu na nieprzyzwoicie wysokie drabinki, sięgające na wysokość czterech, może pięciu metrów. Wspiąć się na nie i stanąć wyprostowanym – to był prawdziwy akt odwagi. Ich też już nie zobaczysz, a na samym boisku sztuczna trawa zastąpiła betonową nawierzchnię, która kilkanaście lat temu zdarła setki kolan i dłoni. Furtka w szkolnym ogrodzeniu, przez którą tysiące razy przechodziliśmy została zaspawana, natomiast przez lata wydeptane naszymi identycznymi trampkami (bo wyboru w sklepie nie było) zabłocone dróżki już nie istnieją, bądź bezdusznie je zabrukowano. Wraz z upływem czasu nasza selektywna pamięć wypiera złe wspomnienia, a uwypukla te miłe, wywołujące coś w rodzaju wzruszenia. Często są one związane z miejscami, a po chwili przypominamy sobie osoby i niektóre wydarzenia, które potrafimy opisać z zaskakującą nas samych szczegółowością. „Lubiewo” Michała Witkowskiego to przede wszystkim zbiór sentymentalnych historii, anegdotek i postaci z przeszłości. Ciotowskich historii, anegdot i postaci, należałoby uściślić. Dostrzegasz potencjał? Dobrze.

Czytaj dalej „Lubiewo bez cenzury – Michał Witkowski”

Drive – James Sallis

Ekranizacja tej powieści mnie oczarowała. Nie, to złe określenie. Ona mnie poskładała niczym scyzoryk, a na następny dzień poczułem potrzebę obejrzenia jej ponownie. Oba seansy spędziłem siedząc napięty jak struna na krańcu łóżka, bo ostatnio tak umiejętnie moimi emocjami widza manipulowało „Zabójstwo Jesse’ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda”, a od tego czasu minęło parę mniej lub bardziej udanych lat. Filmowy „Drive” urzeka naprężoną atmosferą, aż elektryzującą od poczucia zagrożenia, poetyką i brutalnością podaną w idealnych proporcjach. Z wielką ochotą przystąpiłem do weryfikowania moich filmowych wrażeń z literackim pierwowzorem. Chudziutka – pomyślałem, biorąc książkę do ręki. Przekartkowałem i moja konsternacja dodatkowo wzrosła, kiedy się okazało, że strony ozdobione są czcionką, której nie powstydziłby się żaden elementarz pierwszoklasisty. Zabrakło jedynie barwnych ilustracji i Ali z kotem. To nie potrwa długo – pomyślałem, i była to już druga bezdyskusyjnie celna, choć mało odkrywcza uwaga tego dnia. Bądźmy szczerzy – lektura „Drive” trwa niewiele dłużej od samego filmu i nie jest nawet w połowie tak satysfakcjonująca jak obraz Nicolasa Winding Refna. Powieść Sallisa nie podołała artyzmowi własnej ekranizacji. Piszę o tym świadomy, że powinienem raczej porównać film do książki, ale przecież nikt mi nie zabroni rozliczyć książki względem filmu, prawda? No to sru!

Czytaj dalej „Drive – James Sallis”

Miasta pod Skałą – Marek S. Huberath

Ta powieść powstawała dziewięć lat i jeden miesiąc, a jej kolejne fragmenty wyłaniały się z wyobraźni autora podróżującego po całej Europie. Hiszpania, Włochy, Niemcy – nigdy nie wiadomo, gdzie i kiedy złapie pisarza inspiracja. Tak długi okres twórczy pozwala czytelnikowi zakładać, że ma do czynienia z literackim molochem. No i ma, bo „Miasta pod Skałą” to okazała, nieporęczna księga, która wypadając z niezdarnych dłoni czytelnika i waląc z hukiem o podłogę (szczęście, że nie na stopy!) budzi sąsiada z dołu. Czujcie się ostrzeżeni.
Mój poprzedni kontakt z twórczością pana Marka („Gniazdo światów”) wspominam dwojako. Koncepcja była świetna, ale treść nie potrafiła mnie na dłużej porwać, a powoli rozwijająca się fabuła prawie nudziła. Podjąłem więc ryzyko i by rozwiać swoje wątpliwości sięgnąłem po dzieło, w którym miejsca na rozwinięcie wątków nie powinno zabraknąć. Po ośmiuset stronach można spodziewać się godziwie rozbudowanej uczty literackiej, bez potrzeby stosowania przez autora półśrodków i hamowania weny, prawda? Kompromis polega na tym, by pisać szeroko, szczegółowo, ale nie rozwlekle i nużąco. No właśnie. Moje odczucia względem twórczości pana Marka najwyraźniej skazane są na dwojakość, bo znów nie potrafię jednoznacznie ocenić jego dzieła.

Czytaj dalej „Miasta pod Skałą – Marek S. Huberath”

Anatomia. Monotonia – Edy Poppy

„Zmysłowa seria” brzmi intrygująco, choć nie należy zapominać o fakcie, iż poprzednia powieść wydana w ramach tego cyklu – „Jedenaście tysięcy pałek” Apollinaire’a – ze zmysłowością miała tyle wspólnego, co rabunek, zbiorowy gwałt, zasztyletowanie ofiary i ponowny zbiorowy gwałt na zwłokach. Delikatnie pisząc. Tym razem dobrano jednak znacznie bardziej adekwatną do zobowiązującej nazwy serii lekturę. „Anatomia. Monotonia” uderza w zdecydowanie subtelniejsze tony i odnoszę wrażenie, że jest lekturą na wskroś kobiecą – pisaną przez kobietę, o kobiecie i dla kobiety. Tak, wiem, mężczyźni też mogliby się z powieści czegoś nauczyć, ale cóż poradzić, skoro wolą oni zjeść goloneczkę, drapiąc się po wydatnym brzuchu, donośnie przy tym sapiąc, a potem narzekać „się nażarłem, nie mogę się ruszyć, gdzie pilot?!”. Nie oszukujmy się – powieść Edy Poppy by ich raczej od tego pilota nie oderwała (a już od golonki to na pewno), ale w ramach solidarności plemników dodam, że mnie do ponownej lektury najprawdopodobniej też nie udałoby się zagonić. Raz wystarczy.

Czytaj dalej „Anatomia. Monotonia – Edy Poppy”

Uczta dla wron – George R.R. Martin

To był dobry rok dla G.R.R. Martina. Serial HBO wiernie oparty na „Grze o tron” okazał się co najmniej udaną ekranizacją i zrobił niesamowite wrażenie na widzach. Sprzedaż książek z cyklu „Pieśń Lodu i Ognia” drastycznie wzrosła (i nadal utrzymuje się na przyzwoitym poziomie), a sześć lat oczekiwania na kolejny tom zostało wreszcie fanom wynagrodzone w postaci „Tańca ze smokami”.  Kolejne części „się piszą”, HBO właśnie kręci drugi sezon serialu (podobno zamówiono już dwa następne), a Martin zyskał nowego fana – mnie. Tak, to zdecydowanie udany rok dla autora serii, szczególnie przez wzgląd na to ostatnie.
Niech się nikt jednak nie waży porównywać Martina do Tolkiena. Jedyne co łączy tych dwóch dżentelmenów, to zamiłowanie do składania pojedynczych literek w słowa, słów w zdania, a zdań w powieść. Łączy ich także fakt, iż obaj posługują się trzema imionami. Zbliża ich oprócz tego szeroko rozumiany gatunek literacki, w którym najlepiej się panowie czują, czyli ogólnie pojęta fantastyka. Poza tym, to całkowicie inne wizje, inna stylistyka, inne światy oraz inne czasy, a co za tym idzie, zapotrzebowania czytelnika. Zarówno Tolkien, jak i Martin są świetni w swoim fachu, z tym, że ten drugi ma przewagę nad kolegą, bo nadal trzyma się kurczowo życia. I lepiej, żeby się z tym nie rozmyślił, bo spoczywa na nim potężna odpowiedzialność, a fani cyklu „Pieśń Lodu i Ognia” oczekują zakończenia sagi z intensywnym przytupem, odwagą literacką (której Martinowi nie brakuje) i ryjącym bruzdę w pamięci czytelnika finiszem. Nie spierdol tego Dżordż.

Czytaj dalej „Uczta dla wron – George R.R. Martin”

Millennium (trylogia) – Stieg Larsson

Serii Millennium chyba nie trzeba przedstawiać. W związku z tym, Larssona również. Tak, tego, który w 2008 roku był podobno najlepiej sprzedającym się autorem w Polsce, zaraz po Khaledzie Hosseinim, o którego prozie wypowiedziałem się już przy okazji wrażeń z lektury „Chłopca z latawcem”. Larsson ma nad Hoseinim przewagę w fakcie, że zdążył umrzeć przed publikacją pierwszej powieści swojego autorstwa. Śmierć zawsze pomaga w napędzaniu zainteresowania. Opatrzność nad Larssonem czuwała, bo ten najwyraźniej wcale nie miał zamiaru poprzestawać na trzech tomach i najprawdopodobniej prędzej czy później spuściłby z tonu. Nieco by mnie to zniesmaczyło. A tak jest elegancko, piszę o tym od razu. Całość i każdy tom z osobna po prostu pożera czytelnika, wywołując syndrom „jeszcze jednego rozdziału”. Kolejne setki stron pochłania się czysto rozrywkowo, bo trylogia nie aspiruje do tytułu powieści z głębokim przesłaniem, potrójnym dnem i filozoficzną mamałygą. Fabuła jest wartka, wciągająca, niewymagająca i cholernie dobrze się przyswaja. Ostatnio tak niezobowiązująco i wyśmienicie bawiłem się przy lekturze „Kodu Leonarda Da Vinci” z całą jego kontrowersją i traktowaniem czytelnika jak idiotę, który sam nie domyśli się niczego. Tutaj jest podobnie, bo parokrotnie samodzielnie skojarzyłem fakty, łącząc zgrabnie zdarzenia, ale autor nie pozwolił mi długo być dumnym z siebie, wykładając w następnym akapicie łopatą ustalenia, żeby, nie daj Boże, czytelnik się nie pogubił i nadążył. Pal licho, najwyraźniej to przepis na sukces, ale takie książki też są potrzebne. Początkowo miałem zamiar opisać wrażenia z każdego tomu osobno, ale mądrzejszy po lekturze stwierdziłem, że nie będę się wygłupiał i wrzucę wszystkie go jednego wora, co nie?

Czytaj dalej „Millennium (trylogia) – Stieg Larsson”

Pan Lodowego Ogrodu (tomy 1-3) – Jarosław Grzędowicz

okladka-640Do polskiej fantastyki mam uczucia dosyć ambiwalentne, bo w pewnym sensie przeraża mnie nawał publikacji z tej kategorii wyrzygiwanych co miesiąc. Prym tutaj wiedzie Fabryka Słów, która chyba za cel istnienia obrała sobie wydanie każdego, nawet całkowicie nieczytalnego szamba z metką „fantastyka”, bądź „sci-fi”, dla niepoznaki opakowując to w oczojebne, zawierające wszystkie kolory tęczy okładki (choć przyznam, że niektóre są niezłe).  Czasami mam wrażenie, że każdy początkujący pisarz chwyta się za fantastykę. Nie wiem, może to dlatego, że łatwiej w niej wytłumaczyć nieścisłości logiczne, niesamowite zbiegi okoliczności i inne braki, bo przecież „to tylko fantastyka i w świecie, który wymyśliłem, takie rzeczy są możliwe”. Trochę to wygodne. Mimo to, co jakiś czas chętnie wbijam się w fantastyczne światy stworzone przez naszych rodaków, bo to w zasadzie jedyne, co od nich czytam. Największy problem z polską literaturą to fakt, że nie ma tutaj jakiegoś sita odcedzającego z grubsza szmirę od poprawnie napisanej książki. W Polsce nikt nie wyda słabej powieści nieznanego rosyjskiego pisarza, natomiast słabą powieść polskiego pisarza owszem. Nigdy nie ma w takim przypadku pewności, że ktokolwiek, pomijając samego autora, przeczytał tę książkę. Ktoś, kto by mu powiedział „ej, niezłe gówno żeś napisał, serio chcesz to wydrukować?”. Książkę spoza naszej granicy przeczytał zawsze przynajmniej tłumacz. A to już coś.
No dobra, wystarczy tego jadu, bo oto mamy do czynienia z powieścią przynajmniej poprawną. Zapraszam do Lodowego Ogrodu.

Czytaj dalej „Pan Lodowego Ogrodu (tomy 1-3) – Jarosław Grzędowicz”