Ilion – Dan Simmons

ilionDan Simmons pojawia się tutaj już po raz kolejny, ale co najciekawsze, zawsze jest to na tyle odmienne podejście do literatury, że równie dobrze możemy mówić o innym autorze. Obecny Simmons niewiele ma cech wspólnych z autorem niedawno omawianego i niewątpliwie wspaniałego Terroru, czy też równie wyśmienitego Drooda. Simmons, o którym będzie dzisiaj mowa najbardziej przypomina Simmonsa z niedocenionego i w dawnych czasach szturchanego przeze mnie kijem  Hyperiona (nigdy nie twierdziłem, że się znam). Gdybym o tym wiedział przed lekturą, to parokrotnie bym kwestię przemyślał. A tak: zaślepiony uwielbieniem do ostatnich dzieł autora oraz zachęcony tematyką Ilionu (bo przecież – gdyby ktoś nie był świadom – to inne określenie dla mitycznej Troi) rzuciłem się tę na powieść, jak kuna w agrest. Liczyłem, że otrzymam to w czym autor jest według mnie najlepszy, czyli swoistą wariację znanych wydarzeń, alternatywną wersję historii, w której białe plamy niewiedzy zostaną przez Simmonsa zakamuflowane jego wyobraźnią. Cóż, wyszło nie do końca tak, choć nie powiem żebym był akurat tą kwestią jakoś szczególnie rozczarowany. Bo słynna wojna trojańska jest tutaj obecna, ale jej okoliczności są dość niecodzienne i niewątpliwie fascynujące (wrócimy do tego). Jednak konflikt pod murami Priamowej Stolicy to zaledwie trzecia część tej książki, a pozostałe dwa wątki nie wypadają już w moich oczach równie okazale. Ale zacznijmy od paru słów o każdym z nich. Uwaga, mogę przynudzać. No to CYK, jak powiedział budzik do zegarka.

Czytaj dalej „Ilion – Dan Simmons”

Reklamy

Czerwony syn – Mark Millar

czerwony synUznałem, że warto. Że nawet jeśli nikogo to tak naprawdę nie zainteresuje, to warto, bym zaznaczył istnienie tego komiksu, bo o powieściach graficznych wspominam raczej rzadko, ale jednak rezerwuję sobie taką możliwość w wyjątkowych przypadkach. Od czego zależy tego rodzaju wyjątkowa okoliczność? To również zostawiam sobie do subiektywnej oceny, bądź też kaprysu – na jedno wychodzi. A Czerwony syn z pewnością jest opowieścią wyjątkową, której koncepcję powinni docenić również czytelnicy, którzy na co dzień traktują komiksy obojętnie. Nawet oni zwykle wiedzą, że niejaki Superman jeszcze jako niemowlę przybył na Ziemię z kosmosu (no, uogólniając) i wylądował swoją kapsułą ratunkową na polu w Kansas. Tam został znaleziony przez małżeństwo Kentów, wzięty pod opiekę i wychowany w imię i poszanowaniu dobra. Bla, bla. Taki jest żelazny kanon, nietykalne korzenie każdej historii z Supermanem w głównej roli. A co robi Mark Millar w swoim scenariuszu? Bierze do pomocy kilku rysowników, po czym bezczelnie wyrywają te korzenie. I najlepsze w tym wszystkim jest to, co dostajemy w zamian: bo gdyby mały Superman wcale nie rozbił się na terenie USA? Ba-dum! Co by było, gdyby nową ojczyzną Człowieka ze Stali został Związek Radziecki? No kurde, jak dla mnie pomysł tak nieprawdopodobny, że aż świetny. To tak, jakby Wilka i Zająca wysłać do Nowego Jorku. Nu, pogodi!

Czytaj dalej „Czerwony syn – Mark Millar”

Inne pieśni – Jacek Dukaj

Dukajowe „Inne pieśni” figurują obok „Lodu” w wielu rankingach i podsumowaniach minionej dekady. Często na czołowych pozycjach. Aż wstyd było przyznać przed samym sobą, że mnie, któremu „Lód” wybił bezpieczniki w głowie i absolutnie zauroczył klimatem, że właśnie mnie, od tamtego czasu nie zdarzyło się przeczytać niczego nowego od Dukaja. Trochę wynikało to zapewne z obawy, że już nic tego autora nie rozsmaruje mnie w równym stopniu po podłodze, wszak „Lód” uchodzi za jego największe osiągnięcie. Tak, wiem, teoria od A do Z błędna i nie jest żadnym argumentem. Byłem tego świadomy, ale najwyraźniej chciałem też ugruntować historię Benedykta Gierosławskiego w swojej pamięci, nacieszyć się nią, pozwolić jej osiąść w podłożu mojego umysłu, niczym fundamentom nowego domu. Jednak pewien rodzaj głodu i wyższej potrzeby obcowania z czymś wybitnym w kategorii fantastyki, musiał prędzej czy później doprowadzić mnie do właśnie Dukaja. Bo on zapewnia potencjalnie największą szansę na wymagającą a zarazem wciągającą i satysfakcjonującą lekturę. Czym prędzej więc pochwyciłem w dłonie stojące od dłuższego czasu na półce „Inne pieśni”, zdmuchnąłem kurz, który osiadł na górnym grzbiecie, przewróciłem okładkę (z tajemniczą póki co wyklejką), parę kolejnych stron, wygładziłem dłonią i rozpocząłem wielkie czytanie.

Czytaj dalej „Inne pieśni – Jacek Dukaj”

Chłopiec z latawcem – Khaled Hosseini

Zirytowała mnie ta lektura. Nie sama w sobie, ale w takiej formie jaką zaproponowało ją wydawnictwo Albatros. Dotychczas bez żadnych oporów czytałem wszelakie notki umieszczane na okładkach książek, bo sądziłem, że mam do czynienia z rozsądnymi ludźmi, którzy mają w głowie coś oprócz trocin i popcornu. Tymczasem temu, kto zredagował tak zwane „skrzydełka” do tej książki zafundowałbym kręcenie wora, autentycznie. Otóż wyobraź sobie, że ktoś postanowił nam streścić ponad połowę książki i to w tak perfidny sposób, że przez 250 stron lektury (z 400) nie doświadczymy żadnego zaskoczenia, niespodziewanego wydarzenia ani intrygującego rozwinięcia akcji. Już przed przystąpieniem do czytania wiemy kto jest kim, kto okaże się kim, jakie wydarzenia przed nami, do czego doprowadzą bohaterów i w zasadzie dopiero po 60% lektury możemy czytać powieść bez irytacji i wyklinania redaktora wydania. Doprawdy nie wiem, jak można było odjebać taki numer czytelnikowi, który w momencie czytania notki ze „skrzydełka” nie jest jeszcze świadomy, że właśnie wypunktowano mu najważniejsze elementy zwrotne w fabule. W dupie mi się to nie mieści. Brawo Albatros.

Czytaj dalej „Chłopiec z latawcem – Khaled Hosseini”