Piotruś Pan – Régis Loisel

loiselpiotrusBrzmi znajomo? Powinno, bo o Piotrusiu słyszało, a w zasadzie powinno słyszeć, każde dziecko. Przynajmniej w Idealnym Świecie. Jeśli jednak jakimś cudem nie słyszało, albo słyszało niewiele, to nic nie stoi na przeszkodzie, by nadrobić zaległości w dowolnym wieku (nadal nie jest za późno!), bo choć powieść sir Jamesa Matthew Barriego uchodzi za historię dla kilkulatków, to jednocześnie z łatwością wymyka się tego rodzaju powierzchownym ograniczeniom i klasyfikowanie jej wyłącznie pod literaturę dziecięcą byłoby popisem ignorancji oraz jawnej niesprawiedliwości. No właśnie – J. M. Barriego – więc chwila, moment: co tu robi jakiś Régis Loisel? A, i tu się kryje cała niespodzianka stojąca za tym wpisem, bo mówić będziemy o ukazującej się w latach 1990-2004 serii sześciu komiksów inspirowanych dziełem Barriego i będących prequelem dla wydarzeń, które zna (albo, jak już autorytatywnie stwierdziłem: powinno znać) każde dziecko. Zanim jednak ziewniecie ze znudzenia i pójdziecie sprawdzić co tam na Fejsbuku to zdradzę, że Piotruś Pan Loisela, poza kolorowymi obrazkami, nie ma wiele do zaproponowania dzieciom i z czystym sumieniem można go określić powieścią graficzną dla dorosłych. Piszę poważnie, spodziewajcie się alkoholu, krwi i golizny. Ale przede wszystkim to gigantyczna gratka dla fanów oryginału: opowieści o zamieszkujących Nibylandię pozbawionych pamięci chłopcach i latającym Piotrusiu, który nie chciał dorosnąć, bo i po co? Żeby złorzeczyć na kredyt we frankach?

Czytaj dalej „Piotruś Pan – Régis Loisel”

Gra o tron – George R. R. Martin

Tak, do grona podnieconych czytelników cyklu „Pieśń Lodu i Ognia” miałem zamiar dołączyć od dawna. Przerażał mnie jedynie jej ogrom, bo do obecnych sześciu tomów (niechudych zresztą) już w lipcu dołączy siódmy, a autor przewiduje dwa kolejne, które dopiero powinny zamknąć serię. Śmiałe założenie, biorąc pod uwagę fakt, iż ponad sześćdziesięcioletni Martin na wenę twórczą ostatnio nie cierpi – najnowszy tom, „A Dance with Dragons” pisał sześc lat. Zastanawiam się więc, ilu czytelników i fanów „Pieśni Lodu i Ognia” zdąży umrzeć, nie doczekując finału serii. Kolejne wiosny mijają nieubłaganie, Martin na okaz zdrowia też jakoś szczególnie nie wygląda, nie należy więc się dziwić fanom, że ci obawiają się o dalsze losy Pieśni Lodu i Ognia – o to, czy autorowi wystarczy zapału, no i czasu, nie bójmy się o tym „pisać głośno”, nawet jeśli to nieuprzejme.  Czarny scenariusz, ale byłby to bolesny cios dla milionów czytelników na całym świecie. Zawsze istnieje możliwość dokończenia cyklu przez innego autora, z tym, że to niezmiennie tylko półśrodek, który trudno byłoby niektórym zaakceptować i potraktować poważnie. Z drugiej strony, nie byłby to oczywiście żaden precedens, bo natychmiast przypomniał mi się świetny cykl „Troja” Davida Gemmella, który za swojego małżonka dokończyła Stella. David odszedł w trakcie pisania ostatniego, trzeciego tomu.
No, ale dobra, gdybanie już zostawiam innym i przechodzę do „Gry o tron”.
Czytelnicy na całym globie rozpływają się w zachwytach, cykl zgarnia najwyższe noty, multum nagród, wszelkie rekordy świata i galaktyki, a recenzenci łkają ze szczęścia i zaszczytu obcowania z prozą Martina. To wiadomo, gdyż pozytywne opinie ogólnie dominują, więc ja skupię się na wadach powieści, bo taki ze mnie gbur i krytyk od siedmiu boleści.

Czytaj dalej „Gra o tron – George R. R. Martin”

Wiedźmin (saga) – Andrzej Sapkowski

Kim jest Geralt z Rivii i czym dla polskiej literatury fantastycznej są jego przygody nie trzeba pisać. Andrzej Sapkowski w latach 90. zeszłego wieku stworzył sagę, która rozkochała w sobie miliony. Udało mi się wejść w posiadanie edycji kolekcjonerskiej Wiedźmina, stylowego, czarnego zestawu sześciu tomów (pięcioksiąg właściwy, plus zestaw opowiadań), w twardej oprawie z autografem samego autora. Nadrukowanym na grzbietach, żebyście nie myśleli, że Sapkowski był u mnie na Sylwestra i własnoręcznie wykoślawił swoją sygnaturkę. Nie pozwoliłbym na tego rodzaju niszczenie moich przyjaciółek – książek. Wracając jednak do meritum,  do czytania zabrałem się z zapałem, który stracił jednak nieco ochłonął, gdy okazało się, że pierwszy tom to dwa zbiory opowiadań („Ostatnie życzenie” i „Miecz przeznaczenia”). Nie jestem fanem tychże, preferuję raczej konkretną, zbitą w całość powieść, bez rozdrabniania się w niekoniecznie połączone ze sobą wspólną intrygą nowelki. Jednak w tym przypadku warto przez nie przebrnąć, bo kilka wątków w nich poruszonych odbije się szerokim echem we właściwym pięcioksięgu. Opowiadania pełnią funkcję czysto poznawczą, wprowadzającą nas w klimat powieści, w mroczny świat wykreowany przez autora. Dla lepszego odbioru wypada je przeczytać, bo przynajmniej jedna z nich stanowi swoisty prolog dla głównej sagi. Następnie z czystym sumieniem możemy wziąć się za „Krew elfów”, który daje początek jednej, długiej powieści. Od razu poczułem się pewniej.

Czytaj dalej „Wiedźmin (saga) – Andrzej Sapkowski”

Prawiek i inne czasy – Olga Tokarczuk

Uwielbiam powieści o takiej atmosferze. Nie do końca realistyczne, mocno mistyczne. Otoczone baśniową aurą, umiejętnie przeplatające i wplatające fascynujące bajania w treść twardo osadzoną w realizmie, który kontrastując nadaje im dodatkowego uroku. Tokarczuk dała mi coś, za czym podświadomie tęskniłem od dzieciństwa i lektury baśni Andersena, które niekiedy poważnie mnie poruszały swoim mrocznym klimatem. Piszę o tym z pełną świadomością, że może to niektórych zadziwić i skonsternować, ale prawdą jest, iż lektura Prawieku obudziła we mnie takie właśnie skojarzenia i wspomnienia. Możliwe, że tylko we mnie, w końcu to rzecz indywidualna, ale znów poczułem się jak ten zafrapowany brzdąc w pokoju z przyciemnionymi światłami (nomen omen tym samym co obecnie), leżący na materacu, z głową na kolanach starszej siostry i słuchający bez ruchu, niczym we śnie, jak ta czyta „Królową Śniegu”. „Prawiek i inne czasy” wrzuca te same przyjemne dreszcze na kark, choć ciężko tę powieść nazwać baśnią. Tytułowy Prawiek to wieś, mieścina, parę domów na krzyż, rzucona przez Boga gdzieś w okolicach Kielc i zapomniana. Wieś jakby zatrzymana w czasie i przestrzeni, niezdecydowana między snem a jawą. Osada, która w przekroju dwóch wojen i kilku pokoleń zmienia się jedynie nieznacznie, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Sioło, gdzie ludzka synteza z naturą osiągnęła iście mitologiczny wydźwięk i bynajmniej nie mam tu na myśli żołnierzy kopulujących z kozami, choć i tacy się zdarzą, oczywiście. Prawiek jest w związku z tym otoczony licznymi legendami, gdzie natura gra pierwsze skrzypce, wchłaniając ludzkie istnienie, dominując ich sny, obawy oraz omamy. I nie są to bajki o Jasiu i zaczarowanej fasoli, po której wspina się on do nieba. To raczej mroczne klechdy w stylu miejscowej kurwy gwałconej przez spersonifikowaną roślinę. Określenie „zapuścić korzenia” nabiera dla mnie właśnie nowego znaczenia.

Czytaj dalej „Prawiek i inne czasy – Olga Tokarczuk”

Naiwny. Super – Erlend Loe

Po fabularnych uniesieniach z trylogią Larssona, chwyciłem w dłonie Naiwnego, przekartkowałem, filozoficznie stwierdziłem „a, se przeczytam!” i przeczytałem. I nie powiem, żebym był jakoś szczególnie oczarowany, gotowy okrzyknąć tę książkę powieścią kultową, jak sugeruje okładka. Podobno czytelnicy są zachwyceni jej radosną wymową, beztroską otaczającą jej treść i zaraźliwym optymizmem, który rzekomo wypełnia każdą spację między słowami.  Być może, ale ja oprócz tego wymagam od powieści nieco więcej, na przykład wątku fabularnego. A tego w tym przypadku dramatycznie zabrakło. Pozostał jedynie swoisty manifest i zbiór luźnych myśli, którymi dzieli się z nami bohater/autor. A ten, w skutek niezwykle traumatycznego przeżycia doświadczonego w wieku 25 lat postanawia wycofać się z dotychczasowego życia, mentalnie cofnąć się do czasów dzieciństwa i tam odzyskać chęć do podjęcia dalszego żywota na tym rozczarowującym padole. No i tyle w kwestii fabularnej. Cała reszta to snucie się bohatera w samotności, wynajdywanie tak angażujących zajęć jak odbijanie piłki od ściany, tworzenie niezbędnych list o tematach w stylu „co mnie napawa optymizmem”, albo „jakie zwierzęta widziałem w życiu”, kumplowanie się z przedszkolakiem i analizowanie naukowych teorii różnych profesorów dotyczących upływu czasu i konstrukcji wszechświata. A robi to z ujmującą, iście dziecięcą powagą, formułując swoje wnioski w zdaniach wypełnionych tak profesjonalnymi określeniami jak „czegoś tam” i „ileś tam”. Ironicznie i z humorem.

Czytaj dalej „Naiwny. Super – Erlend Loe”