Kronika ptaka nakręcacza – Haruki Murakami

kronika-ptaka-nakrecaczaNo i już. Nie do końca chciałem przeczytać tę książkę, ale pod wpływem chwili pożyczyłem egzemplarz od siostry. Decyzja nie do końca przemyślana i musiałem ponieść konsekwencje. Powiecie, że trzeba było oddać książkę nieprzeczytaną i zapomnieć, ale to nie tak. Bo ostatecznie dostrzegłem w tej powieści okazję na definitywne rozwiązanie mojej „Kwestii Murakamiego”. Sam pisarz może uważać się za wielkiego szczęściarza, bo obdarowałem go wyjątkowo wieloma szansami, a zwykle tego nie robię. Spryciarz trochę mnie zwiódł udanym (głównie za sprawą niezapomnianej Midori) Norwegian Wood, ale przed Kroniką ptaka nakręcacza miał nóż na gardle, bo zamierzałem być bezlitośnie krytycznym czytelnikiem. Teraz mogę już ogłosić koniec pojedynku, w którym Murakami przegrał sam ze sobą w stosunku 1:3. Bo omawiana Kronika ptaka nakręcacza, choć oczywiście ma swoje momenty, to w gruncie rzeczy jest powieścią co najwyżej ledwo ponadprzeciętną. I nie zamierzam się tutaj narażać milionom fanów pisarza, ale już mnie zmęczyło czytanie o perypetiach tak samo skonstruowanych pod względem osobowości bohaterów. Zmęczył mnie autyzm męskich postaci i podejmowanych przez nich działań. Wreszcie zmęczyły mnie eksploatowane do znudzenia patenty z czymś w rodzaju równoległych, alternatywnych światów i autorski brak pomysłu na ich wykorzystanie. Wszystkie powieści Japończyka zaczęły niebezpiecznie zlewać się w mojej głowie w jedną pozbawioną charakteru całość i zmęczyły mnie próby ich rozróżnienia. Ustalmy coś: przy lekturze niektórych autorów wręcz wypada się zmęczyć i nawet spocić, ale kiedy dzieje się to przy Murakamim uznawanym za lekkiego i przystępnego pisarza, to już wiesz, że robisz coś źle.

Czytaj dalej „Kronika ptaka nakręcacza – Haruki Murakami”

Piotruś Pan – Régis Loisel

loiselpiotrusBrzmi znajomo? Powinno, bo o Piotrusiu słyszało, a w zasadzie powinno słyszeć, każde dziecko. Przynajmniej w Idealnym Świecie. Jeśli jednak jakimś cudem nie słyszało, albo słyszało niewiele, to nic nie stoi na przeszkodzie, by nadrobić zaległości w dowolnym wieku (nadal nie jest za późno!), bo choć powieść sir Jamesa Matthew Barriego uchodzi za historię dla kilkulatków, to jednocześnie z łatwością wymyka się tego rodzaju powierzchownym ograniczeniom i klasyfikowanie jej wyłącznie pod literaturę dziecięcą byłoby popisem ignorancji oraz jawnej niesprawiedliwości. No właśnie – J. M. Barriego – więc chwila, moment: co tu robi jakiś Régis Loisel? A, i tu się kryje cała niespodzianka stojąca za tym wpisem, bo mówić będziemy o ukazującej się w latach 1990-2004 serii sześciu komiksów inspirowanych dziełem Barriego i będących prequelem dla wydarzeń, które zna (albo, jak już autorytatywnie stwierdziłem: powinno znać) każde dziecko. Zanim jednak ziewniecie ze znudzenia i pójdziecie sprawdzić co tam na Fejsbuku to zdradzę, że Piotruś Pan Loisela, poza kolorowymi obrazkami, nie ma wiele do zaproponowania dzieciom i z czystym sumieniem można go określić powieścią graficzną dla dorosłych. Piszę poważnie, spodziewajcie się alkoholu, krwi i golizny. Ale przede wszystkim to gigantyczna gratka dla fanów oryginału: opowieści o zamieszkujących Nibylandię pozbawionych pamięci chłopcach i latającym Piotrusiu, który nie chciał dorosnąć, bo i po co? Żeby złorzeczyć na kredyt we frankach?

Czytaj dalej „Piotruś Pan – Régis Loisel”

Przeprawa – Cormac McCarthy

nowe tytu³y_okladki pw.cdrNo i co z tego, że „Przeprawa” mocno przypomina „Rącze konie”? Obie powieści, wchodzące przecież w skład Trylogii Pogranicza, są na pierwszy rzut oka bliźniaczo podobne, a ktoś złośliwy mógłby nawet powiedzieć, że nie dostrzega między nimi większej różnicy. I rzeczywiście – gdyby spojrzeć na obie powieści powierzchownie, to „Przeprawa” serwuje nam klasyczną powtórkę z rozrywki – znów młodociani bohaterowie, zbliżony czas akcji umiejscowiony w okolicach II Wojny Światowej, wyprawa do Meksyku, utracone konie, które potem wypadałoby spróbować odzyskać, znowu te same menu (niezniszczalna tortilla z fasolą), a przede wszystkim znów trzeba dojrzewać szybciej, niż ludzka natura pozwala – doskonale znamy te motywy z „Rączych koni”. I powtórzę – ktoś złośliwy mógłby lekceważąco prychnąć, wykonać nieokreślony gest dłonią i zacząć narzekać na odtwórczość, ale mam jeden argument przemawiający za tym, by jednak po tę książkę sięgnąć. Uwaga: „Przeprawa” jest lepsza. Najzwyczajniej w świecie lepsza i stanowiąca naturalny krok naprzód w rozwoju trylogii. Jest bardziej urzekająca, bardziej wstrząsająca, bardziej zapadająca w pamięć.

Czytaj dalej „Przeprawa – Cormac McCarthy”

Biały kruk – Andrzej Stasiuk

Odważne to posunięcie z nadaniem własnej powieści takiego, wiele obiecującego tytułu. Nawet nieco karkołomne, bo przy okazji podsuwa złośliwym krytykom pomysły na zgryźliwe bon moty w rodzaju „ta książka to żaden biały kruk, co najwyżej zmokła kura, niech będzie, że biała, na otarcie łez”. Oczywiście, przy wyborze potencjalnej lektury odradzam sugerowania się tytułem, czy okładką, choć sam czasami tak robię. Zachowuję się wtedy w księgarni jak szpak, co wpadł w wiśni krzak (nawiązując rymem do ornitologicznej tematyki). Ładuję pod pachę książki, o których do tej pory nie słyszałem, a same nazwiska autorów gdzieś jedynie przewinęły się w śledzonej dyskusji i w ogóle trudno wskazać kryteria, którymi się kieruję przy wyborze. Na bok jednak prywatne zboczenia. Wspomniałem o tym po pierwsze dlatego, by nakreślić w jakich okolicznościach powieść Stasiuka do mnie trafiła. Drugim, istotniejszym powodem jest usprawiedliwienie moich przyszłych napadów obłąkania, bo okazuje się, że przynoszą one wymierne korzyści w postaci udanej lektury. I choć nie okrzyknę „Białego kruka” białym krukiem wśród powieści, to lepszy wróbel w garści, niż biały kruk na dachu. Słowem: i tak jest dobrze.

Czytaj dalej „Biały kruk – Andrzej Stasiuk”

Mistrz z Petersburga – John Maxwell Coetzee

Coetzee wziął się za bary z, nie bójmy się tego słowa, legendą literatury światowej – Fiodorem Michajłowiczem Dostojewskim. Choćby przez krótką chwilę chciał poczuć się jak On. Prawdopodobnie zapuścił też z tej okazji imponująca brodę, ale to tylko moje osobiste przypuszczenia, więc nie wymagajcie źródła tej sensacyjnej plotki. Coetzee postanowił napisać głęboko psychologiczną powieść, osadzoną w realiach XIX wiecznej Rosji. Zabieg całkiem ryzykowny, bo z tego co się orientuję, a orientuję się dosyć powierzchownie, to południowoafrykański pisarz specjalizuje się raczej we współczesnych historiach. Eksperymentowania nikt mu nie zabroni, ale tego typu posunięcie świadczy jedynie o jego pewności siebie i wypracowanej reputacji, której nie obawia się wystawić na próbę. No dobra, ale XIX wieczna Rosja nie tylko Dostojewskim stoi, więc skąd wniosek, że właśnie on był inspiracją Coetzeego? Cwaniaki twierdzące „bo na okładce jest Dostojewski” (wyd. Znak, 2005) niech sobie darują i nie psują mi pointy. Znacznie bardziej oczywistą przesłanką fascynacji Coetzeego rosyjskim pisarzem jest fakt, że właśnie Dostojewskiego uczynił on głównym bohaterem powieści. Dość jednoznaczne, prawda? A nie tam jakieś okładki.

Czytaj dalej „Mistrz z Petersburga – John Maxwell Coetzee”

Wiedźmin (saga) – Andrzej Sapkowski

Kim jest Geralt z Rivii i czym dla polskiej literatury fantastycznej są jego przygody nie trzeba pisać. Andrzej Sapkowski w latach 90. zeszłego wieku stworzył sagę, która rozkochała w sobie miliony. Udało mi się wejść w posiadanie edycji kolekcjonerskiej Wiedźmina, stylowego, czarnego zestawu sześciu tomów (pięcioksiąg właściwy, plus zestaw opowiadań), w twardej oprawie z autografem samego autora. Nadrukowanym na grzbietach, żebyście nie myśleli, że Sapkowski był u mnie na Sylwestra i własnoręcznie wykoślawił swoją sygnaturkę. Nie pozwoliłbym na tego rodzaju niszczenie moich przyjaciółek – książek. Wracając jednak do meritum,  do czytania zabrałem się z zapałem, który stracił jednak nieco ochłonął, gdy okazało się, że pierwszy tom to dwa zbiory opowiadań („Ostatnie życzenie” i „Miecz przeznaczenia”). Nie jestem fanem tychże, preferuję raczej konkretną, zbitą w całość powieść, bez rozdrabniania się w niekoniecznie połączone ze sobą wspólną intrygą nowelki. Jednak w tym przypadku warto przez nie przebrnąć, bo kilka wątków w nich poruszonych odbije się szerokim echem we właściwym pięcioksięgu. Opowiadania pełnią funkcję czysto poznawczą, wprowadzającą nas w klimat powieści, w mroczny świat wykreowany przez autora. Dla lepszego odbioru wypada je przeczytać, bo przynajmniej jedna z nich stanowi swoisty prolog dla głównej sagi. Następnie z czystym sumieniem możemy wziąć się za „Krew elfów”, który daje początek jednej, długiej powieści. Od razu poczułem się pewniej.

Czytaj dalej „Wiedźmin (saga) – Andrzej Sapkowski”