Piotruś Pan – Régis Loisel

loiselpiotrusBrzmi znajomo? Powinno, bo o Piotrusiu słyszało, a w zasadzie powinno słyszeć, każde dziecko. Przynajmniej w Idealnym Świecie. Jeśli jednak jakimś cudem nie słyszało, albo słyszało niewiele, to nic nie stoi na przeszkodzie, by nadrobić zaległości w dowolnym wieku (nadal nie jest za późno!), bo choć powieść sir Jamesa Matthew Barriego uchodzi za historię dla kilkulatków, to jednocześnie z łatwością wymyka się tego rodzaju powierzchownym ograniczeniom i klasyfikowanie jej wyłącznie pod literaturę dziecięcą byłoby popisem ignorancji oraz jawnej niesprawiedliwości. No właśnie – J. M. Barriego – więc chwila, moment: co tu robi jakiś Régis Loisel? A, i tu się kryje cała niespodzianka stojąca za tym wpisem, bo mówić będziemy o ukazującej się w latach 1990-2004 serii sześciu komiksów inspirowanych dziełem Barriego i będących prequelem dla wydarzeń, które zna (albo, jak już autorytatywnie stwierdziłem: powinno znać) każde dziecko. Zanim jednak ziewniecie ze znudzenia i pójdziecie sprawdzić co tam na Fejsbuku to zdradzę, że Piotruś Pan Loisela, poza kolorowymi obrazkami, nie ma wiele do zaproponowania dzieciom i z czystym sumieniem można go określić powieścią graficzną dla dorosłych. Piszę poważnie, spodziewajcie się alkoholu, krwi i golizny. Ale przede wszystkim to gigantyczna gratka dla fanów oryginału: opowieści o zamieszkujących Nibylandię pozbawionych pamięci chłopcach i latającym Piotrusiu, który nie chciał dorosnąć, bo i po co? Żeby złorzeczyć na kredyt we frankach?

Czytaj dalej „Piotruś Pan – Régis Loisel”

Rącze konie – Cormac McCarthy

Nie sposób zliczyć, ile to już razy Wspaniałe Stany Zjednoczone Ameryki, pępek naszej planety, ratowały świat. Przed kosmitami, asteroidami, epidemiami, Indianami, wszelkiego rodzaju kataklizmami, powodziami, huraganami, niczyją ropą naftową, a nawet piracką muzyką. I bynajmniej nie myślę o szantach. Często tych chlubnych czynów dokonuje samodzielnie jeden osobnik w śmiesznym wdzianku, bo jeśli superbohater nie jest Amerykaninem, to pochodzi najpewniej spoza naszego świata (ale i tak trafia w końcu do USA, bo przecież nie na Białoruś). Amerykanie są tak zaaferowani niesieniem pomocy całemu światu, że nie został wśród nich już nikt wolny, kto mógłby nam załatwić w końcu te nieszczęsne wizy, bo niedługo zaczniemy o nie żebrać (tak słyszałem, a mam już dość słuchania o tym). Mniejsza o to, wszak Amerykanie mają też Cormaca McCarthy’ego, którego każda kolejna powieść wywołuje wśród tamtejszych krytyków grupowy orgazm literacki. No tak, ale McCarthy jest Amerykaninem piszącym o swojej ojczyźnie, jej historii i swoich rodakach. Czy szary, polski czytelnik (bez wizy) zarabiający średnią krajową (akurat!), uodporniony na patriotyczne uniesienia oraz odpowiednio zdystansowany do wszystkiego co mejd in juesej, może równie entuzjastycznie podchodzić do lektury kolejnej książki tego autora? Cóż, wygląda na to, że tak, bo dobra literatura jest uniwersalna i obroni się na całym świecie. Jednak wypada wiedzieć, czego po McCarthym i jego twórczości oczekiwać, a czego raczej u niego nie doświadczymy. Kiedy już będziemy mieli za sobą te ustalenia, wtedy pozostaje przewrócić pierwszą stronę i pozwolić, by aura przyjemności z lektury na nas spłynęła.

Czytaj dalej „Rącze konie – Cormac McCarthy”

Wiedźmin (saga) – Andrzej Sapkowski

Kim jest Geralt z Rivii i czym dla polskiej literatury fantastycznej są jego przygody nie trzeba pisać. Andrzej Sapkowski w latach 90. zeszłego wieku stworzył sagę, która rozkochała w sobie miliony. Udało mi się wejść w posiadanie edycji kolekcjonerskiej Wiedźmina, stylowego, czarnego zestawu sześciu tomów (pięcioksiąg właściwy, plus zestaw opowiadań), w twardej oprawie z autografem samego autora. Nadrukowanym na grzbietach, żebyście nie myśleli, że Sapkowski był u mnie na Sylwestra i własnoręcznie wykoślawił swoją sygnaturkę. Nie pozwoliłbym na tego rodzaju niszczenie moich przyjaciółek – książek. Wracając jednak do meritum,  do czytania zabrałem się z zapałem, który stracił jednak nieco ochłonął, gdy okazało się, że pierwszy tom to dwa zbiory opowiadań („Ostatnie życzenie” i „Miecz przeznaczenia”). Nie jestem fanem tychże, preferuję raczej konkretną, zbitą w całość powieść, bez rozdrabniania się w niekoniecznie połączone ze sobą wspólną intrygą nowelki. Jednak w tym przypadku warto przez nie przebrnąć, bo kilka wątków w nich poruszonych odbije się szerokim echem we właściwym pięcioksięgu. Opowiadania pełnią funkcję czysto poznawczą, wprowadzającą nas w klimat powieści, w mroczny świat wykreowany przez autora. Dla lepszego odbioru wypada je przeczytać, bo przynajmniej jedna z nich stanowi swoisty prolog dla głównej sagi. Następnie z czystym sumieniem możemy wziąć się za „Krew elfów”, który daje początek jednej, długiej powieści. Od razu poczułem się pewniej.

Czytaj dalej „Wiedźmin (saga) – Andrzej Sapkowski”

Panowie i damy – Terry Pratchett

panowie i damyNie ukrywam, że uwielbiam cykl Świata Dysku, który jest dla mnie idealną satyrą na wszystkie elementy życia codziennego. Pratchett stworzył coś na tyle trafnego i podatnego na rozwój, że przez ponad trzydzieści tomów nie zabrakło mu pomysłów ani weny twórczej na kontynuowanie i rozszerzanie uniwersum.
Nie od dziś wiadomo także, że seria jest podzielona na cykle, w zależności od bohaterów, którzy grają „pierwsze skrzypce”, a przyznać muszę, że cykl o czarownicach jest tym najmniej entuzjastycznie mnie nastrajającym. Przy większości tomów z wiedźmami miałem wrażenie „tego samego, w innej scenerii”. Cykl o czarownicach lubuje się w nawiązywaniu do twórczości Szekspira i może w tym tkwi mój problem z asymilacją, bo Anglik jakoś nigdy do mnie nie przemawiał swoimi Hamletami i innymi Makbetami. Taki już ze mnie gbur.

Czytaj dalej „Panowie i damy – Terry Pratchett”