Imię róży – Umberto Eco

imie rozySą książki, które srogo zawodzą czytelnika, bo nie dają mu tego, czego się spodziewał i na co liczył. Są też książki, które miło zaskakują, kiedy to bez większych nadziei, być może nawet z lekkim sceptycyzmem podchodzi się do lektury, a po wszystkim zostaje konkluzja, że było lepiej, niż się wcześniej zakładało. Wreszcie są też książki kropka w kropkę odpowiadające wyobrażeniom i dokładnie takie, jakich się spodziewano. Myślę sobie teraz, że taki uniwersalny (i nie oszukujmy się – mało odkrywczy) podział funkcjonuje w wielu dziedzinach, ale mnie akurat ładnie przypasował do książek, bo przecież o nich staram się pisać. I Imię róży mógłbym przyporządkować do tej trzeciej, najmniej spektakularnej oraz budzącej najmniej emocji grupy powieści, które sprostały oczekiwaniom, ale nic ponadto. Oczywiście chodzi o moje oczekiwania, ale nikogo nie obliguję, by miał takie same, bo ja w ogóle staram się być mało zobowiązujący, choć nie zawsze skutecznie. Bądźmy jednak ze sobą szczerzy: czego można wymagać od książki, w której główne role obsadza zgraja zakapturzonych mnichów? Sam fakt, że nie uśniemy z nudów uważam za sukces, no ale klasyka literatury niby, więc może jednak wydarzy się coś przynajmniej względnie ekscytującego? Byłoby miło ze strony autora. Taką postawę obrałem i choć podczas lektury zdarzały się momenty gorsze oraz lepsze, to zasadniczo nie mogę mieć do Eco żalu, bo nie rozczarował. Że również nie oczarował, to inna para kaloszy.

Czytaj dalej „Imię róży – Umberto Eco”

Życie i los – Wasilij Grossman

Ździebko mało zachęcająco brzmiała dla mnie zapowiedź tej książki. Tematyka wojenna jakoś mi się ostatnio przejadła, holocaust i dzieje żydowskiego narodu nigdy nie pociągały mojej wrażliwej duszy. Natomiast jestem fanem literatury rosyjskiej, toteż przemogłem się bezproblemowo. „Życie i los” może zaintrygować już choćby samą świetną przedmową Adama Pomorskiego. Przedmową rzucającą światło na meandry losu maszynopisu z powieścią, konfiskatę w skutek donosu wszystkich jego kopii przez KGB, dwóch nielegalnych duplikatów powierzonych najbliższym przyjaciołom, mikrofilmu z treścią. Normalnie jak w dobrym szpiegowskim filmie. Koniec końców, możemy wziąć w dłonie te blisko dziewięćset zadrukowanych stron, tak bardzo przykrych dla totalitaryzmu radzieckiego. A było czego się obawiać, bo powieść intensywnie krytykuje władzę ZSRR, jej skrajne decyzje i posunięcia, system tłamszący i mielący w swoich żarnach wybitne indywidua. Jednak wbrew pozorom Grossman nie broni ofiar, zarzucając im bierność, tchórzostwo w wyrażaniu myśli, wszechogarniające donosicielstwo, bezmyślną przemoc i bezczynne przyzwolenie dla kontynuacji tych procederów. Łatwo o tym mówić z naszej perspektywy, mędrkować i miotać oskarżeniami, ale prawdą jest, że niewielu bez cynizmu potrafiłoby określić jak wspaniałomyślnie zachowaliby się w danej sytuacji a potem rzeczywiście tak się zachować. To dla nas niewyobrażalne okoliczności, przygnębiająco nieludzkie, znacznie bardziej niźli niejedna antyutopia, czy post-apokaliptyczna wizje. Bo w przeciwieństwie do mało optymistycznych przewidywań i fikcji, w tym przypadku świat rzeczywisty udokumentował, że rasa ludzka jest zdolna niszczyć i ograniczać, jednocześnie wmawiając sobie, iż robi to dla wyższego celu. Doprawdy, czytając wzruszający list uwięzionej matki do syna, jej wyznania, chwile rozstania bliskich w obozach zagłady, czy też sposób spędzenia Bożego Narodzenia przez żołnierzy w schronach, ich milczenie, otoczenie, warunki, nieśmiałe kolędowanie, czytając to wszystko ogarnia nas niewiele mniejsze wzruszenie, poruszenie i przygnębienie niż bohaterów.

Czytaj dalej „Życie i los – Wasilij Grossman”

Sprzysiężenie osłów – John Kennedy Toole

John Kennedy Toole napisał w zasadzie tylko jedną książkę (wcześniej „The Neon Bible”, jako szesnastolatek). Książkę, którą, dodajmy, nikt nie miał ochoty wydać. „Sprzysiężenie osłów” leżało w szufladzie, a w międzyczasie autor popełnił samobójstwo. Jedenaście lat po tym wydarzeniu, w 1980 roku, do publikacji powieści syna doprowadziła jego matka. W następnym roku książka zdobyła nagrodę Pulitzera. Do dzisiaj, wg informacji z okładki, sprzedano półtora miliona egzemplarzy w 18 językach. Ta sama okładka określa powieść jako ostrą satyrę i slapstick. I, cholera, sam bym chyba tego lepiej nie określił. Zresztą nie ma takiej potrzeby, bo jeśli ktoś kiedyś widział jeden z odcinków Benny’ego Hilla, to już może sobie śmiało zarysować w wyobraźni styl tej powieści. Mam na myśli te fragmenty z linią dialogową a nie te głupkowate z równie głupkowatą melodyjką. A sam Benny, gdyby był trochę młodszy, a przede wszystkim trochę mniej martwy, to mógłby z powodzeniem wcielić się w rolę głównego bohatera „Sprzysiężenie osłów”. Co więcej, ponoć szykowała się parę lat temu ekranizacja, z wcale nielichą obsadą, ale prawdopodobnie już dzisiaj można ją nazwać „NajlepsząByćMożeEkranizacjąKtóraNigdyNiePowstała”.

Czytaj dalej „Sprzysiężenie osłów – John Kennedy Toole”