Cyberiada – Stanisław Lem

CyberiadaMłode pokolenie może tego nie pamiętać, ale ja już kiedyś czytałem Lema – Solaris będąc dokładnym i byłem w zauważalnym stopniu rozczarowany lekturą. Nie wszystko mi tam zagrało w odpowiednim rytmie, choć ogromny potencjał autora nie uszedł mojej uwadze, więc Lema skreślać nie zamierzałem. Teraz, po blisko pięciu latach do niego wróciłem. Pod tamtym wpisem pojawiło się kilka komentarzy z propozycjami tytułów, z którymi powinienem spróbować: Niezwyciężony czy też Głos Pana. A co robię ja? Kupuję Cyberiadę, bo tak mną pokierował spontaniczny kaprys, a logika i rozsądek niech umierają w męczarniach. Cóż, przynajmniej w razie ponownego rozczarowania będę mógł winić wyłącznie siebie. Samego Lema przedstawiać bliżej chyba nie muszę, bo i bez tego uchodzi on za Dobro Narodowe. Coś w tym ogólnym uwielbieniu Lema jest, bo nawet ja i to jeszcze długo przed pierwszą lekturą, czułem do autora jakiś podskórny szacunek. Nie wiem, to jakaś magiczna sztuczka, czy coś? Zresztą nawet chłodno przeze mnie przyjęty Solaris nie odebrał Lemowi prestiżu w niczyich (nawet moich) oczach, więc pan Stanisław z pewnością musiał być potężnym czarodziejem, że dzieją się wokół niego takie cuda.

Czytaj dalej „Cyberiada – Stanisław Lem”

Reklamy

Z zimną krwią – Truman Capote

z-zimna-krwia-b-iext23538759Pod koniec lat 50-tych ubiegłego wieku, gdzieś w Kansas, w świecie ranczerów i małych miasteczek, w ślicznym domku na uboczu mieszkała sobie zamożna rodzinka Clutterów. Pan Clutter był człowiekiem sukcesu, ale jednocześnie pozostał skromnym, miłym i uczynnym mężczyzną, na którego szlachetne lico nie padał ani cień pychy. Pani Clutter to rozchwiana emocjonalnie dama ze skłonnością do popadania w depresję, a jej liczne problemy mentalne budziły wśród bliskich i znajomych współczucie dla tej tyleż samo nieszczęsnej, co uczynnej i dobrej kobiety. Powszechnie szanowaną w społeczeństwie rodzinę Clutterów uzupełniała dwójka nastoletnich dzieci. Wspaniała Nancy to wymarzony materiał na królową licealnego balu: ładna, inteligentna, zabawna i – a jakże! – uczynna dziewczynka. Uwielbiana przez rówieśników, osiągała świetne wyniki w nauce, miała mnóstwo zainteresowań, grała na instrumentach, z pasją piekła ciasta, szyła, jeździła konno i pomagała każdemu, kto o to poprosił. Dziecko idealne, a jej umysł prawdopodobnie nawet nie wziął pod uwagę, że mogłaby zrobić coś niegodziwego. Jej brat Kenyon trochę ginął w blasku wspaniałej siostry: uwielbiał przesiadywać w piwnicy, którą uczynił swoją jaskinią i oddawał się tam przyjemnościom majsterkowicza. Stukał, piłował, wiercił, malował, lakierował. Wysoki i niezgrabny, nikt nie chciał go wybierać do drużyny podczas wuefu w szkole, bo bez okularów był ślepy jak kret. Nie muszę chyba wspominać, że był również uczynny? Tak wspaniała i praktycznie pozbawiona skazy rodzina to godne podziwu, ale jednak nudne zjawisko. Szczęśliwie (przynajmniej dla nas, jako czytelników poszukujących wrażeń) już na początku powieści cała czwórka zostaje brutalnie, acz mało finezyjnie zamordowana. Uf, bo już się bałem, że będę zmuszony dalej czytać o kolejnych lekcjach gry na fortepianie Nancy, ale skoro nie, to kamień z serca.

Czytaj dalej „Z zimną krwią – Truman Capote”

Muminki – Tove Jansson

muminki-ksiega-pierwszaA wiedzieliście na przykład, że do autorki Muminków zgłosił się pewnego razu producent podpasek, aby otrzymać zgodę na nazwanie swojego produktu „Małą Mi”? No kurde, chwytliwe, nie zaprzeczę. Dziewczynki byłyby zachwycone, niestety, Tove Jansson grzecznie odmówiła. Natomiast ja, w czasach gdy nie wiedziałem jeszcze czym jest i do czego służy podpaska, w każdy piątek, punktualnie o dziewiętnastej godzinie z wypiekami na twarzy biegłem przez podwórko, z hukiem wpadałem do domu i nie ściągając dziurawych trampek (aby nie zgubić cennego piasku, który w nich cały dzień zbierałem), z brudnymi kolanami rozsiadałem się na wersalce, by z przejęciem obejrzeć przygody Muminków. Po prostu ta bajka miała w sobie trudny do określenia urok i pomimo cukierkowej powierzchowności, była dostrzegalnie muśnięta przerażająco mrocznymi fragmentami i uczuciem ciągłego zagrożenia. Choćby Buka – symbol dziecięcych koszmarów – to chyba najlepszy przykład, ale byli przecież niepokojąco milczący Hatifnatowie, czy też Czarodziej, poszukujący po całym świecie swojego magicznego kapelusza. To wszystko byłoby jednak niczym, bez odpowiedniej atmosfery, a tej zarówno w bajkach, komiksach, a przede wszystkim w literackim pierwowzorze mamy po same uszy.

Czytaj dalej „Muminki – Tove Jansson”

Diuna – Frank Herbert

Niby nie lubię sci-fi, ale jednak wciąż masochistycznie grzebię w tym gatunku i regularnie podejmuję się kolejnych wyzwań w postaci lektury jego reprezentantów. A może tylko próbuję sobie wmówić, że go nie lubię? Trudno ocenić, bo poezji tez nie lubię i jakoś potrafię bez niej żyć, więc może rzeczywiście powinienem zrewidować swoje preferencje. „Diuna” Herberta (Franka, nie Zbigniewa, żeby nie było) jest uznawana za ambasadorkę gatunku, więc stwierdziłem, że jeśli ona mi nie podejdzie, to… w zasadzie nie wiem co wtedy, ale pewnie świat by mi się nie zawalił, a i rozczarowania boleśniejsze już przechodziłem. Po prostu odpuściłbym sobie sci-fi na dłuższy czas.
Z odpuszczania najwyraźniej nici, bo zanim jeszcze skończyłem pierwszy tom Kronik Diuny, to już się zaopatrzyłem w kolejny. I choć w owym momencie nie byłem jakoś szczególnie oczarowany czy zafascynowany lekturą, to jednak ta pobudziła mój apetyt na tyle, że długo się nie zastanawiałem. Teraz – już po zakończeniu pierwszego tomu – mogę jedynie sobie przyklasnąć, przybić piątkę i zacierać łapki na myśl o stojącej na półce kontynuacji powieści, o której wraz z upływem czasu myślę z coraz większym uczuciem. Ba!, przyznaję nawet, że „Diuna” była jedną z niewielu powieści, której wyobrażenie fragmentów naszło mnie podczas snu. Tak! Najnormalniej w świecie śniła mi się, w postaci poszarpanych kadrów, starannie przez mój umysł wyselekcjonowanych z lektury, według tylko jemu znanego klucza. Później śniły mi się jeszcze różne ciekawe rzeczy, o których wstydzę się tutaj pisać, poza tym nie znam tej kobiety. Ale chętnie bym poznał.

Czytaj dalej „Diuna – Frank Herbert”

Strażnik sadu – Cormac McCarthy

Polski czytelnik w zasadzie dopiero teraz ma okazję głębiej zapoznać się z twórczością McCarthy’ego. Wiadomy bestseller, tytułu którego obiecałem sobie nie wymieniać w tym tekście, na tyle zachwycił krytyków i odbiorców, że teraz Wydawnictwo Literackie raczy nas nową powieścią Cormaca co trzy miesiące. Nową w sensie polskiego przekładu. Nie chcę być złym prorokiem, ale to może doprowadzić do przesytu autorem, z tym, że trudno się dziwić wydawnictwu, bo trzeba kuć pisarza, póki gorący. Po kapitalnym, mało romantycznym i cierpkim aż między zębami chrzęści „Krwawym południku”, zaprezentowany nam zostaje „Strażnik sadu” – debiutancka powieść McCarthy’ego, która musiała czekać blisko pół wieku na możliwość stanięcia na półce polskiego czytelnika. Czy ma zadatki na kolejny bestseller, taki jak ten wałkowany do znudzenia z okładki? A może stanowi równie ciężkostrawną, ale nie pozostawiającą obojętnym żadnego czytelnika przeprawę w stylu Krwawego południka? Gdyby bestseller o oczywistym tytule (którego nie wymienię i basta) postawić w punkcie A, natomiast krwisty, na wpół surowy stek („Krwawy południk”) położyć w punkcie B, to odnoszę wrażenie, że „Strażnik sadu” świetnie wkomponowałby się w punkt Ą, w połowie drogi między tymi dwoma. Jak to obliczyłem, jakiego wzoru użyłem? Już wyjaśniam: obliczyłem w pamięci i tak mi wyszło, nie dyskutuj.

Czytaj dalej „Strażnik sadu – Cormac McCarthy”

Malowany ptak – Jerzy Kosiński

Po „Malowanego ptaka” sięgnąłem w ramach wprawy przed zachwalanym „Good night, Dżerzi”, którego mam szczery zamiar niedługo przeczytać. Przejrzałem wszystkie znane mi księgarnie (tradycyjne oraz internetowe) i wszędzie „Malowany ptak” figuruje w sąsiedztwie etykiety „produkt niedostępny”. Niby taki kult, kontrowersja, oburzający obraz antysemityzmu polskiej wsi i w ogóle, a tymczasem nikt go nie drukuje. Nic to, uśmiechnąłem się do Siostry, ta zdmuchnęła kurz ze swojego egzemplarza i wrzuciła do mojego plecaka.
Jerzy Kosiński (właściwie Lewintopf), emigrant i niezły ściemniacz, który swój życiorys omotał mitami na tyle, że chyba sam się w nim pogubił. Człowiek autokreacji, z twarzy podobny do porucznika Columbo, ale najwyraźniej nie do końca normalny (tak, wiem, „normalność” to pojęcie względne). Zarzucano mu nawet, że nie jest autorem „Malowanego ptaka”, napisanego po angielsku, kiedy podobno nie znał jeszcze języka tak biegle, by móc tego dokonać. Jego debiut literacki odbierano jako wstrząsający dokument autobiograficzny, ale zaraz obok funkcjonowało przekonanie, że to czysta fikcja literacka. I choć należałoby się skłaniać ku tej drugiej wersji (Jurek dzieciństwo i okupację spędził z rodzicami), to sam autor nigdy się nie ustosunkował do tych opinii, nie potwierdzał, nie zaprzeczał i pogrążał się coraz głębiej w mrocznej mistyfikacji osnuwającej jego życie. Życie, którego linia dramatycznie dobiegła końca w maju 1991 roku, kiedy to Kosiński popełnił rytualne samobójstwo (combo: środki nasenne + alkohol + wanna + foliowy worek na głowie), pozostawiając kontrowersje otaczające jego barwną postać bez rozwiązania. Wszystkie te sporne fakty i manipulacje miały najwyraźniej coś ukryć. Coś, czego Kosiński się obawiał, bądź wstydził, bo ciężko sobie wyobrazić, że robił to jedynie dla zabawy i z tendencji do autodestrukcji, która jednego z najbardziej znanych na świecie polskich pisarzy zepchnęła na dno bez szans na odbicie.

Czytaj dalej „Malowany ptak – Jerzy Kosiński”