Witajcie w Ciężkich Czasach – E.L. Doctorow

witajcie w ciezkich czasachWszyscy kojarzymy, jak to zwykle bywa w westernach, kiedy do spokojnego dotychczas miasteczka przybywa banda zbirów, którzy nie potrafią się zachować jak na dżentelmenów przystało. Zarośnięci jak agrest, śmierdzą gorzej od własnych koni, przesiadują w knajpie podszczypując prostytutki i pijąc whisky, a z płacenia za obie te przyjemności zamierzają wykręcić się poprzez wymachiwanie rewolwerem. Ostatecznie robią rozróbę, kogoś zranią, coś zniszczą, wsiądą na własne (albo nie) konie, oddadzą kilka strzałów na wiwat i krzycząc coś w stylu „hija!” pogalopują w siną dal. Albo nie. Albo w międzyczasie w knajpie pojawi się śmiałek z błyszczącą gwiazdą szeryfa na piersi, ze wsparciem kilku uzbrojonych w strzelby mieszkańców miasteczka. Szeryf opanowanym tonem wyjaśni bandytom, jak bardzo nie odpowiada mu ich obecność oraz zachowanie, każe im zapłacić za kobiety, whisky i wynosić się pod kamień, spod którego wypełzli. Panowie nagle odnajdą w sobie głęboko ukrytą szarmanckość oraz dobre wychowanie, po czym spełnią prośbę szeryfa, uchylą zakurzone od preriowego piasku kapelusze i grzecznie się oddalą na własnych koniach, odprowadzani wzrokiem dumnych z szeryfa mieszkańców. Albo nie. Albo łobuzy odpowiedzą temu cieciowi z gwiazdką, by odbył stosunek płciowy z własnym koniem, a potem z samym sobą, po czym wyciągną rewolwery i oddadzą kilka ostrzegawczych strzałów w kierunku głowy szeryfa oraz pozostałych obrońców. Wywiąże się strzelanina, pęknie mnóstwo butelek z dobrym alkoholem, z głowy pospadają kapelusze, a w trociny wysypane na podłodze knajpy zacznie wsiąkać krew. Scena z gatunku: klasyka Dzikiego Zachodu, ale możecie o niej zapomnieć. Powieść Doctorowa pozbawiona jest klasycznych scen i już piszę, co dostaniemy w zamian.

Czytaj dalej „Witajcie w Ciężkich Czasach – E.L. Doctorow”