Lampart – Giuseppe Tomasi di Lampedusa

lampartE, no nie wiem. Czytam pobieżnie różne opinie o całym tym Lamparcie i czuję się trochę głupio, bo niektórym czytelnikom chciało się nawet rozebrać tę powieść na części pierwsze, po czym przeanalizować każdy rozdział z osobna: ocenić je pod kątem subtelnych odniesień, pozornie nieistotnych szczegółów i ukrytych znaczeń. Szacuneczek. Na przykład (choć ten akurat sobie wymyśliłem, by uchodzić za zabawniejszego): co miał symbolizować fakt, że jeden z bohaterów zasnął w trakcie monologu pewnego jezuity? Pokoleniową utratę wiary w boskie nauki? Ogólny brak wigoru epoki zmierzającej do upadku, a przynajmniej zapadnięcia w sen, z którego być może już nigdy nie wróci do dawnego blasku? Możliwe, tak, mhm. Ja mimo wszystko jestem na to zbyt prosty i przychylam się do wersji, że jezuita swojego słuchacza najzwyczajniej w świecie zanudził, bo to jak najbardziej prawdopodobne. Ot, po prostu. Nie można nikogo za to winić. Nawet nastolatka na amfetaminie i po sześciu Red Bullach zasnęłaby w takiej sytuacji. Trochę sobie kpię, bo nie jestem szczególnie przekonany co do wyjątkowości tej powieści, choć jednocześnie nikomu nie odmawiam prawa do wielbienia jej. Dostrzegam nawet elementy, które – gdyby tylko padły na bardziej wrażliwy grunt – mogły stać się powodami do zachwytu, ale ja nie mogę być tak czuły dwadzieścia cztery godziny na dobę, więc trochę wyrozumiałości proszę, bo jedynie gąbki nie mają gorszych dni.

Czytaj dalej „Lampart – Giuseppe Tomasi di Lampedusa”