Długie pożegnanie – Raymond Chandler

Gdyby ktoś mnie zapytał o ulubiony gatunek literacki, to po pierwsze miałbym problem ze wskazaniem jakiegokolwiek, a po drugie na pewno nie przyszedłby mi do głowy kryminał. To takie mało wyszukane! A tymczasem, kiedy spoglądam na półkę, to dostrzegam tam dosyć liczną grupę grzbietów reprezentujących tenże gatunek. Czyli co? Wychodzi na to, że jednak nie jestem tak wyjątkowy i mam genetycznie zaprogramowaną potrzebę sięgnięcia czasem po powieść, gdzie mężczyźni są bystrzy i twardzi, kobiety piękne i zabójczo zdradliwe, a zwłoki zamordowane na śmierć. I niech się zatnę boleśnie kartką papieru podczas lektury, jeśli oczekuję od każdego kolejnego kryminału czegoś niebanalnego, nieszablonowego. Nie, już nie – wyleczyłem się z tego rodzaju wymagań. Gatunek ten cenię za niewątpliwą satysfakcję płynącą z samodzielnie rozwikłanej zagadki, albo przynajmniej z podjętych prób jej wyjaśnienia. Jak przy oglądaniu Scooby-Doo. Za zarażenie czytelnika detektywistyczną gorączką, igranie z nim, stopniowe podsuwanie mu cennych informacji, ale i mylnych tropów, w myśl zasady „a niech się pogłowi, głupek”. I ja się głowię! W przypadku „Długiego pożegnania” przymykam oko na gatunkowe klisze i drążąc w lekturze, wiążę fakty oraz cierpliwie oczekuję rozwiązania zagadki zbrodni. I jeśli wydaje Ci się, że w połowie książki stwierdzisz z przekonaniem „mordercą jest ogrodnik”, to wiedz, iż nawet jeśli strzelisz celnie, to będzie to zaledwie jedna, wierzchnia warstwa smacznego ciasta o nazwie „intryga”. Tajemnica sięga o wiele głębiej, choć zadanie stojące przed czytelnikiem jest znacznie utrudnione – w fabule nie pojawia się żaden ogrodnik.

Czytaj dalej „Długie pożegnanie – Raymond Chandler”