Czarodziejska góra – Thomas Mann

Ależ ja jestem dzielny! Ależ nieustępliwy! Jaki zmotywowany! Jestem jednak przede wszystkim pełen podziwu dla samego siebie, bo kiedy w pewnym momencie, po wielodniowych trudach i znojach przekroczyłem dwusetną (czyli ćwiartkę całości) stronę „Czarodziejskiej góry” byłem zrezygnowany. Trudno zliczyć ilekroć zasnąłem przy lekturze, poważnie. Mann najwyraźniej postawił sobie za zadanie zanudzić mnie na śmierć. Każdy rozsądny człowiek szanujący swój czas i wzrok odstąpiłby w takiej sytuacji od dalszych prób czytania, bo przecież miała to być przyjemność, a tymczasem im dalej w treść „Czarodziejskiej góry”, tym zagrożenie śpiączką bądź pęknięciem twarzy od ziewania rosło. Ale tak! Ukończyłem! Dobrnąłem do ostatniej strony, zdruzgotany mentalnie, z nieco pogłębionymi od fatygi zakolami, ale za to wyspany na zapas. Czy zyskałem coś jeszcze? Tak, mam niniejszym możliwość podzielenia się publicznie opinią na temat tytułu powieści, który został przez kogoś wyjątkowego określony „ładnym”. Nie mam zamiaru dyskutować z tym bezapelacyjnym werdyktem. Od siebie dodam jedynie, iż w oryginale prezentuje się równie atrakcyjnie (Der Zauberberg), co jest nie lada wyczynem, biorąc pod uwagę fakt, że język niemiecki brzmi zazwyczaj jak garść kamieni wrzucona do blaszanego wiadra.
Że co? Że nie tego rodzaju opinii oczekiwaliście? Że kogo interesuje tytuł? Trudno, osobiście było to dla mnie na tyle ważne, by doczołgać się do końca lektury, więc trochę wyrozumiałości proszę. Skoro jednak już tutaj jestem, to nieco się poznęcam nad „Czarodziejską górą”, popisując się jednocześnie swoją ignorancją i niedojrzałością.

Czytaj dalej „Czarodziejska góra – Thomas Mann”