Ulisses – James Joyce

ulissesBestia ubita. Joyce pisał go przez osiem lat, Maciej Słomczyński przekładał go na język polski przez dwanaście lat (pierwsze wydanie – 1969 rok), ja natomiast czytałem go przez 24 dni (moje drugie podejście po latach, bo nie mogłem mu podarować). Jedyna niewiadomą pozostaje dla mnie to, przez jaki okres czasu będę „Ulissesa” trawił. A jestem przekonany, że szybko nie zapomnę – już czuję przyjemne mrowienie fascynacji i zaciekawienia, już-już rozglądam się na allegro w poszukiwaniu esejów na temat powieści, jakże pomocnych w wychwytywaniu kolejnych smaczków i odniesień. Wszak nawet Maciej Słomczyński w posłowiu koronującym swój niezwykły przekład przyznał, że nie wyobraża sobie, by którykolwiek z czytelników objął całe bogactwo i skomplikowanie „Ulissesa” już po pierwszej lekturze. Rzecz jasna, przy odrobinie złej woli można to traktować jako zaklinanie rzeczywistości i niechęć do przyznania się tłumacza, że zmarnował ponad dekadę na bełkot jakiegoś schizofrenika. Ale nie, „Ulisses” ma w sobie ten magnetyzm i majestat arcydzieła do tego stopnia, że kiedy czytam później jakąś, niezłą przecież, powieść, to mam wrażenie, iż obcuję ze skarlałą, przygłupią kuzynką dzieła Joyce’a. Trochę się boję, że mi to zostanie na zawsze, że teraz wszystkie książki wydadzą mi się mdłe, ale nie panikujmy zawczasu. Uznajmy więc, że jest to moja próba uporządkowania wrażeń po pierwszej lekturze „Ulissesa”, kiedy jestem jeszcze nieco zdezorientowany, oszołomiony, lekko zaskoczony. Jak jeleń potrącony przez auto, ale jednocześnie mam ochotę to powtórzyć.

Czytaj dalej „Ulisses – James Joyce”